Historia Chen. Rozdział 3 – Różne światy

Krwawa Konferencja z perspektywy Chen. Zapraszam na kolejny rozdział autorstwa Ady!

~Painted Lady

***

Dni płynęły jeszcze szybciej. Nim Iroh się obejrzał, już szykowała się kolejna wojna. Należał do wojska i umarłby za ojczyznę, lecz teraz… Gdy miał dla kogo żyć… Martwił się bardziej o nią niż o siebie. Gdyby coś się jej stało… Musiał mieć na nią oko. Każe najlepiej wyszkolonemu żołnierzowi ją pilnować. Każe nie spuszczać jej z oka. Była dla niego priorytetem. Była dla niego ważna. Nawet bardzo. Do pokoju weszła Renna. Widok pierworodnego syna, nie siedzącego nad mapami, tylko z rozmarzeniem wpatrującego się w okno, kompletnie zbił ją z tropu.
- Wszystko w porządku? – zapytała łagodnie, gdy zrozumiała, że nawet nie zauważył jej obecności.
- Och…! – spłoszył się. Nie lubił zbytnio odkrywać uczuć – T-tak, jak najbardziej. Rozmyślam nad wojną – odparł niepewnie. Kobieta od razu pochwyciła nutkę wahania w jego głosie. Nikt inny oprócz niej nie znał go tak dobrze.
- Czy aby na pewno? – zapytała z lekkim śmiechem – Coś podpowiada mi, że inne rzeczy chodzą ci po głowie…
Mężczyzna zachmurzył się. Nie. Nie powie jej. Jeszcze nie teraz.
- Przepraszam mamo, lecz muszę załatwić jeszcze parę ważnych spraw. Trzeba się przygotować do Konferencji Zjednoczonej Republiki Narodów – powiedział przekonująco. Renna udała, że wierzy i wyszła, zostawiając go samego. Nie minęła chwila, gdy wyszedł i pognał do pokoju ukochanej.

***

Chen siedziała na łóżku w samej pidżamie. Wszystkie wydarzenia toczyły się obok niej. Nie była w centrum zdarzeń, jak Valje. Dzięki temu, miała więcej czasu dla Iroh, którego z dnia na dzień zaczynała coraz bardziej lubić. Nie był wprawdzie Yunem, lecz dbał o nią. O wilku mowa. Mężczyzna w czerwieni wszedł do jej komnaty bez pozwolenia.
- Mama nie nauczyła cię pukać? – zapytała złośliwie, lecz w jej oczach czaiła się radość.
- Czytasz? Nie wiedziałem, że lubisz… – powiedział, napotykając wzrokiem okładkę – Książka historyczna? – zapytał z zaciekawieniem.
- Chciałabym poznać lepiej mój świat. Wiedzieć, co miałabym, gdyby…. – przerwała. Czuła wielką gulę w gardle. Nigdy wcześniej przed nikim się tak nie otworzyła. Nawet przed Yunem. Mężczyzna usiadł koło niej i mocno przytulił.
- Wiem, że przeszłości nie można zostawić. Wiem, że nie można o niej zapomnieć. Ale wiem też, że nie można nią żyć. Spróbuj cieszyć się tym co masz teraz. Chen, ja… chciałbym ci coś powiedzieć.
Dziewczyna popatrzyła na niego. Wyrwała się z objęć i usiadła naprzeciwko.
- Ja… pragnę tronu. Chcę rządzić w Narodzie Ognia. Chcę być władcą. I chciałbym, żebyś… – nie dokończył, bo do pokoju wpadła Renna. Zdziwiona patrzyła to na syna, to na Chen. Jej uwadze nie uszło, że jeszcze przed chwilą trzymali się za ręce. „Czy tutaj nikt nie puka?” – pomyślała ze złością Chen. Kobieta odchrząknęła. Była zdumiona całą tą sytuacją. Nie była jednak głupia i w lot zorientowała się o co chodzi.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale pora przygotować się na jutrzejszy dzień – przypomniała. Zakłopotana para wymieniła porozumiewawcze spojrzenia. Iroh cichym głosem pożegnał się i wyszedł.
- Co to miało znaczyć? – fuknęła Renna, gdy byli już na korytarzu – Romansowania ci się zachciało? Iroh, posłuchaj mnie! To nie czas na miłość. To czas na wojnę. Oboje musicie dać z siebie sto procent, lub nawet więcej – skłamała. Szukała racjonalnego wytłumaczenia, dlaczego nie mogą być razem. Wiedziała, że dziewczyna skrzywdzi jej syna. Nie chciała tego. Widziała jak patrzy na chłopaka Valje. Tylko trójkąta miłosnego brakowało. W sumie, czworokąta. Nie było na to czasu. Miała nadzieję, że Iroh jej posłucha, jednak nie miała wątpliwości – młodzieniec był wierną kopią swego ojca. gdy się na coś uparł, nawet Agni nie mogła go od tego odwieść.

***

Bal był wspaniały. Suknie mieniące się złotem wirowały w tańcu. Senna i Yun zabawiali gości, a raczej sponsorów wojny, Zhong i Tonraq siedzieli przy stole, a Chen razem z nimi. Iroh siedział kilka krzeseł dalej. Dziewczyna cieszyła się, że nie okazują sobie uczuć publicznie. Bała się reakcji Yuna. Pułkownik zerkał na nią od czasu do czasu, mimo karcących spojrzeń matki. Nie mogła zabronić mu kochać. Chen wyglądała jeszcze piękniej, niż podczas ich wspólnej kolacji. Włosy miała upięte wysoko, wpleciono w nie kilka pereł. Czerwona suknia nie była wcale gorsza od stroju Księżniczki Valje. Mieniła się złotem. W końcu mężczyzna przełamał się i poprosił ją do tańca. Dziewczyna zgodziła się z lekką obawą. W duchu powtarzała sobie, że taniec to nic złego. Nikt niczego nie zauważy. Pułkownik delikatnie ucałował jej dłoń. Trzymał ją mocno, tak by nie czuła się onieśmielona. Wirowali w tłumie. Nikt się dla nich nie liczył. Chen doznawała uczuć, o jakie nigdy by siebie nie podejrzewała. Czy się zakochała? Czy obdarzyła uczuciem drugiego człowieka? Czy uciekła przed uczuciem do Yuna? Na żadne z tych pytań nie znała odpowiedzi. Było jej smutno, gdy muzyka ucichła i każde z nich wróciło na swoje miejsce. Zhong dziwnie na nią patrzył.
- Nie wiedziałem, że umiesz tak dobrze tańczyć – powiedział w końcu. Chen przeklęła w duchu. Domyślił się! Musiała zachować zimną krew.
- Staram się dobrze wypaść – odpowiedziała zdawkowo. Spojrzała na miejsce Księżniczki.
- Gdzie Valje? – zapytała. Nie widziała też Tonraqa. Przyjaciel już miał jej odpowiedzieć, gdy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. W jednej chwili wielką salę zalała fala krwi. Chen nie rozumiała co się dzieje. To była rzeź. Istna rzeź. Iroh rzucił się do obrony ludzi, tak jak pozostali. Dziewczyna spostrzegła, że ktoś chce skrzywdzić Yuna. Szybkim ruchem odepchnęła chłopaka i przyjęła na siebie cios. Ten, nawet jej nie dziękując, pobiegł szukać Senny. Oberwała. Mocno. Jej lewa noga szybko pokryła się krwią. Iroh podbiegł do niej.
- Chen! – krzyknął. Szybko wziął pierwszą, lepszą szmatę i zaczął z całych sił tamować krew – Szybko, leć po pomoc – krzyknął do Zhonga, który się im przypatrywał. Chłopak, potykając się o leżące na ziemi ciała, pobiegł przed siebie.
- N-nic mi nie będzie – wyszeptała dziewczyna – Biegnij… biegnij ratować ojca… – wskazała na Meijiego, którego wlekli napastnicy.
- Nie ma mowy, nie zostawię cię! – uparł się. Przy dziewczynie już klęczał medyk.
- Dam sobie radę – przekonywała go.
- Zaopiekujesz się nią? – zapytał Zhonga. Chłopak zdecydowanie pokiwał głową. Iroh pobiegł do przybranego ojca. Było już jednak za późno.

***

Chen siedziała w swej komnacie z zabandażowaną nogą. Nie wiedziała, co dzieje się poza jej pokojem. Iroh ostrożnie otworzył drzwi i wszedł do środka. Gdyby dziewczyna mogła wstać, zrobiłaby to. Mężczyzna spojrzał jej w oczy.
- Tak mi przykro – powiedziała cicho. Miała wyrzuty sumienia. Jeśli Iroh nie zatrzymałby się przy niej, może zdołałby ocalić ojca. Nagle mężczyzna mocno się do niej przytulił. Nie płakał. Pułkownik nigdy nie mógł pozwolić sobie na łzy. Trzymał ją tak mocno, iż zdawało się jej, że ją udusi.
- Dobrze, że nic ci się nie stało – powiedział, wtulając się w jej włosy. Wtedy Chen ogarnęło dziwne uczucie. Nikt nigdy się o nią nie martwił. Nigdy. Wyrwała się z jego objęć i delikatnie pocałowała. To zawsze on ją całował. Chyba po raz pierwszy ona zaczęła. Teraz on potrzebował pocieszenia.
- Wszystko będzie dobrze – powiedziała słodko, głosem którego rzadko używała. Pogładziła go po policzku. Był taki podobny do swoich przodków.
- Chen… Kocham cię. Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić – powiedział nagle. Dziewczyna sama nie wiedziała, co ma powiedzieć, dlatego milczała. Pogrążeni w smutku, razem zasnęli. Żadne z nich nie chciało być same tej nocy.

***

W całej Federacji Ziemi panował wielki chaos i zamęt. Ludzie nie wiedzieli, co mają robić. Z jednej strony bali się zmian, lecz z drugiej rozumieli, że trzeba walczyć o swoje. Mężczyźni byli gotowi iść na wojnę choćby zaraz. Ich odwaga była imponująca. Chen siedziała w wygodnym fotelu, pokrytym zielenią. Jak Iroh, co chwilę wpatrywała się w Tron Króla Ziemi. Był pusty. Sprawiał wrażenie zimnego i twardego. Tak wiele osób marzyło by na nim zasiąść, lecz dziewczyna za nic tego nie chciała. Chciała tylko, by wróciły dawne czasy. Za panowania Władcy Ognia Zuko żyło się dostatnio. Gdyby urodziła się kilka lat wcześniej, zdążyłaby się tym nacieszyć. Los był tak okrutny! Na szczęście miała Iroh, obok którego czuła się, jak za tamtych starych, dobrych czasów. Co chwila przysłuchiwała się siedzącym przy dużym, drewnianym stole postaciom. Omawiali sprawy związane z wojną. Chen nie chciała wojny. Chciała żyć tak, jak przed krwawą konferencją. Chciała stroić się w wyszukane suknie, chodzić na bale, gdzie Iroh porwałby ją do tańca, chciała mieć służbę i mieszkać w pałacu. Nie chciała wojny. Napatrzyła się już na cierpienie. Na głód. Na ubóstwo. Ciągle czuła, jak gonił ją odór rozkładających się ciał. Nawet najdroższe perfumy nie były w stanie go zatuszować. Ciągle pamiętała to palące uczucie, gdy zabiła człowieka. Może złego, lecz nadal człowieka. Doskonale pamiętała, jak na jej stare szmaty, którymi się okrywała rozbryzgiwała się krew. Szybko odrzuciła tragiczne wspomnienia. Poczuła na sobie czyjś wzrok. Zorientowała się, ze to pułkownik się w nią wpatruje. Nie wiedziała co ma robić. Chciała by przerwał. Nerwowo dorzuciła coś do rozmowy. Chyba było to coś mądrego, bo wszyscy wlepili w nią spojrzenia. Lekko się zarumieniła, a Iroh spojrzał na nią z dumą. Narada toczyła się dalej. Dziewczyna z ciekawością przyglądała się twarzy premiera, która co chwilę przybierała ciekawsze odcienie czerwieni. Widać było, że to on chce być przywódcą, ale w starciu z silnym charakterem Renny nie miał szans. Chen mocno powstrzymywała się by nie wybuchnąć śmiechem. Rozmowa zeszła na temat akolitów powietrza. Dziewczyna znów wtrąciła swe pięć groszy. Atmosfera znacznie zgęstniała. Zrobiło się jeszcze gorzej, gdy Yun postawił się Rennie. Jej nikt się nie stawiał. W tym momencie, dziewczyna przypomniała sobie, za co go tak kochała. Za to, że nie ustępował. Dążył do celu po trupach. Zawsze dopinał swego. Chronił ją, podczas gdy Iroh, nawet jej jeszcze nie znał. Chen spochmurniała. N-nie… Nie kochała go już, ale… ale ciągle była mu coś winna. Z rozmyślań wyrwał ją Iroh. To zawsze jego głos słyszała, gdy myślała o Yunie. To on ją kochał. On pragnął jej szczęścia. Dziewczyna czuła się rozbita pomiędzy dwoma, tak różnymi światami. Plątała się w swoich uczuciach, jak bezbronna mała muszka w pajęczej sieci. Czuła jak palą ją od środka, zagnieżdżają się w umyśle i powodują masę bólu. Nienawidziła swojej bezradności. Nie wiedziała co ma robić.

***

- Chen, możemy porozmawiać? – zapytał Zhong, łapiąc ją za ramię. Narada skończyła się kilka minut temu. Chłopak długo namyślał się, czy wypada rozmawiać o tym, co oczywiste. Dziewczyna starała się uśmiechnąć, ale zamiast tego na jej twarzy pojawił się niewyraźny grymas. Chłopak nabrał powietrza w płuca i zaczął:
- Zauważyłem… Że ty… ty i pułkownik Iroh… – mówił niewyraźnie. Źrenice Chen rozszerzyły się nienaturalnie. Poczuła, że zaschło jej w gardle. Nie… Nie mogło być! Cholera! Coraz więcej osób wiedziało… Dziewczyna przywołała na twarz słodki uśmiech.
- Haha, tak zaprzyjaźniliśmy się – skłamała nerwowo. Musiała zachować zimną krew.
- Tak? To dobrze. Martwiłem się o ciebie. Kiedy Senna, to znaczy Valje – poprawił się – Kiedy ona i Yun zaczęli ze sobą chodzić, przygasłaś. Miałem wrażenie, że ostatnio… znalazłaś to czego szukasz. Ale skoro tylko się przyjaźnicie… To mam nadzieję, że ta przyjaźń nigdy się nie skończy. Widzę, że dała ci nadzieję – skończył, lekko się uśmiechając. Dziewczyna odwzajemniła gest i odetchnęła z ulgą. Jej sekret był bezpieczny. Na razie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.