Historia Chen. Rozdział 4 – Życie po wojnie

Kolejny piękny rozdział równie pięknej historii autorstwa niezastąpionej Ady. Zapraszam!

~Painted Lady

***

Chen zmarszczyła brwi. Opierała się o ścianę w gabinecie Iroh.
- Co chcesz mi powiedzieć?! Że nie mogę iść walczyć?! – krzyczała. To było nie do pomyślenia! Nikt nie będzie jej dyktował, co ma robić! Była ostatnią arystokratką Narodu Ognia i nie pozwalała sobie na takie traktowanie.
- Uspokój się! – teraz to Iroh podniósł głos – Nie pozwolę ci iść na wojnę! Nie wyślę cię na pewną śmierć!
Oboje zamilkli. Z twarzy Chen znikła złość, pojawił się smutek. Odwróciła się plecami do pułkownika i spojrzała przez uchylone okno na niebo. Tego wieczora nie było ani jednej gwiazdy. Wokół unosiła się napięta atmosfera.
- Nie…. Nie chcę się z tobą kłócić – zaczął mężczyzna, już znacznie spokojniej. Nie chciał jej stracić. Nie miał ojca, ani biologicznego, ani przyszywanego. Został mu tylko brat, matka i ona. Nie wyobrażał sobie życia bez niej. Podszedł do niej i objął w pasie. Dziewczyna dotknęła jego dłoni.
- Poradzę sobie – powiedziała, odwracając się. Spojrzała w jego złote oczy. Mieszały się w nich niepewność i strach. Wtedy Chen uświadomiła sobie, jak bardzo się o nią troszczy. Zapewne opiekuńczość była jego cechą wrodzoną, wyniesioną z domu. Ona nigdy nie miała szansy wynieść czegokolwiek. Nie miała domu. Zamyśliła się. Po raz pierwszy zadała sobie pytanie, co będzie robić po wojnie? Jak potoczą się jej dalsze losy? Zostanie z Iroh, czy znów pogna za Yunem? Czy będzie miała w sobie dość siły, by uciec uczuciom?
- No dobrze – przerwał jej rozmyślania – Ale nie myśl sobie, że tak po prostu puszczę cię z karabinem. Przydzielę co najmniej dziesięciu moich ludzi, którzy będą dbać, by nic ci się nie stało – powiedział z powagą, lecz na twarzy widniał mu uśmiech. Chen roześmiała się. Nie był to śmiech sarkastyczny, czy ironiczny. Śmiała się szczerze. Nie robiła tego od wielu lat.

***

Iroh myślał, że nigdy go nie zobaczy. Patrzył czasem w lustro i zastanawiał się, czy jest do niego choć trochę podobny. Był wściekły, gdy matka zabroniła mu go szukać. Starał się, próbował, ale Renna zawsze była o jeden krok przed nim. Udaremniała każdą próbę, zacierała ślady i paliła mosty. Mężczyzna przypatrywał się jej, gdy mówiła, że zburzy spokojne życie ojca. Zastanawiał się, czy chodziło jej tylko o jego życie? A może nie chciała, by przy Morenie, Meiji poczuł się jak mąż drugiej kategorii. Szanował przybranego ojca, nawet kochał, ale nigdy nie zapomniał kto go spłodził. Krew z krwi, płomień z płomienia. Teraz stał przed nim, oczekując na reakcję. Pewnie myślał, że syn wybuchnie gniewem lub płaczem, ale ten przyjął to dosyć… obojętnie. Cieszył się, nawet bardzo, ale już tak dawno stracił nadzieję na spotkanie z rodzicielem, że czuł się jak we śnie. Ostatnio działo się za dużo. Chen, Moren, wojna. Mężczyzna miał za to wszystko poczucie odpowiedzialności. Był pułkownikiem, musiał zachować zimną krew. Takich sytuacji będzie więcej, gdy zostanie Władcą Ognia. Wszystkie oczy będą zwrócone ku niemu. Zakończy ubóstwo, głód i nędzę. Będzie sprawiedliwy i dobry. Jak Zuko. On i Chen będą tworzyć parę tak idealną, jak jego dziadek i babka. Tak szkoda, że nie zdążył ich poznać. Gdyby nie umarli… jego koronacja byłaby tylko zbędną formalnością. Jak na razie był jedynym męskim potomkiem z rodziny królewskiej, umiejącym tkać ogień. Był świetnym kandydatem. Miał pewność, że ukochana go poprze. Że będzie rządzić po wsze czasy, a ona będzie trwać u jego boku. Ale były to tylko marzenia. Wprawdzie Valje obiecała mu tron, lecz niczego nie mógł być pewien. Teraz stał i nie wiedział co ma powiedzieć. Moren. To imię tak często brzmiało w jego uszach. Renna zabroniła mu o nim mówić przy Meijim. Można powiedzieć, że w ogóle zabroniła mu o nim myśleć. Tylko raz wypowiedziała to imię. W pewną jesienną noc, gdy wówczas siedemnastoletni chłopak cicho wchodził do własnego pokoju przez balkon. W pomieszczeniu panował zupełny mrok, a poduszki pod kołdrą na pokrytym zielenią łóżku sprawiały wrażenie, jakby ktoś słodko spał. Ale tego wieczoru nikt nie spał. Iroh pociągnął za złotą klamkę od balkonowych drzwi i wszedł do środka. Po omacku doszedł do biurka, na którym spoczywała wcześniej przygotowana świeca. Jednym ruchem zapalił ją, dając tym samym trochę światła. Na biurku spoczywały rozmaite książki, od historii całego świata, po atlasy przyrodnicze. Chłopak wziął pergamin spoczywający w małej szufladce, przy okazji sięgając po ptasie pióro i atrament. Zręcznie począł kreślić litery. Pisał szybko, by nic co tamtego wieczora usłyszał, nie umknęło. Miał informacje. Za kilka złotych monet, miejscowy plotkarz dałby się pokroić. Jego poszukiwania były mozolne, ale powoli dawały efekty. Już niedługo go odnajdzie. Choćby miał wyruszyć na koniec świata, nie cofnie się przed niczym, by odnaleźć ojca. Tyle miał mu do powiedzenia! Odgrywał tę scenkę w swojej głowie tysiące razy. Najpierw zapyta, dlaczego go porzucił? Dlaczego, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, nie zaopiekował się nim i jego matką? Dlaczego nie napisał nigdy listu na urodziny? Dlaczego nie był obecny w jego życiu? Wyrzuci z siebie wszystko, co go frustruje. Zada każde pytanie. I będzie oczekiwał odpowiedzi. Przetarł oczy. Jak późno już było? Nie, nie mógł teraz zasnąć. Musiał zatrzeć wszystkie ślady swojej nocnej wyprawy. Renna była czujna. Nic nie umknęło jej uwadze. Wyłoniła się dosłownie znikąd i stanęła nad synem.
- Gdzie byłeś? – zapytała stanowczo, lecz cicho by nie obudzić męża, który już dawno padł w objęcia Morfeusza, jak również służba i młodszy syn Księżniczki. Nim chłopak zdążył schować zapiski, kobieta już trzymała w dłoniach pergamin i czytała. Drżącą dłonią zakryła usta. Starała się opanować emocje.
- Skąd… Skąd to wiesz? – wyszeptała. Iroh z trudem spojrzał w jej ogniste oczy. Malował się w nich strach.
- Myślałaś, że nigdy nie zaczną go szukać? Nie odpowiadałaś na moje pytania, więc sam postanowiłem sobie odpowiedzieć – odparł ze stoickim spokojem.
Usta Księżniczki zadrżały. Nabrała powietrza w płuca, tak jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Po chwili ponowiła próbę i zachrypniętym głosem powiedziała:
- Moren.
- Słucham? – zapytał zdezorientowany chłopak.
- Twój ojciec ma na imię Moren – wyszeptała.

***

Chen z niedowierzaniem wpatrywała się w twarz ukochanego. Był taki przystojny. Gęste czarne włosy i te płonące żywym ogniem oczy. Gdyby go nie znała, mogłaby pomyśleć, że w tych oczach czai się szaleństwo. Ale Iroh nie był podobny do swojej matki. Był zbyt dobry, by kogoś zabić. Bez przyczyny, oczywiście. Na wojnie będzie zmuszony zabijać. Ona zresztą też. Dopiero teraz to do niej dotarło. Znów będzie musiała zabijać. Znów otrze się o śmierć. Choć, z drugiej strony, już tak wiele razy jej uciekała, że i tym razem sobie poradzi. Szkoda, że nie umiała tkać własnego żywiołu. Czułaby się wtedy bezpieczniej. Niby Iroh spełnił obietnicę i kazał ją pilnować kilku żołnierzom, lecz ona nie czuła się pewnie. Starała pocieszać się w duchu, ale wiedziała, że nie wszyscy wyjdą z tej bitwy cali i zdrowi.
- Dziwnie się czuję – przerwał jej rozmyślania mężczyzna. No tak. Spotkanie z rodzonym ojcem wywarło na nim spore wrażenie, choć starał się tego nie okazywać.
- To znaczy? – zapytała. W namiocie było duszno. Chen zadbała, by nie dopływało do niego żadne światło. Wtedy miała pewność, że nikt ich nie zobaczy. Spotkania z Iroh, kiedy obok był Yun, były bardzo ryzykowne, ale nie mogła się im oprzeć.
- Nie wiem co mam myśleć. Nie wiem co czuję – odpowiedział. Chen uśmiechnęła się pod nosem. Jak ona doskonale to znała. Codziennie budziła się z myślą, że nie wie, które uczucie wybrać.
- To minie – powiedziała uspokajająco, sama nie wiedziała, czy do niego, czy do siebie – To minie – powtórzyła i cicho westchnęła.

***

- Denerwujesz się? -zapytał Zhong. Stał z karabinem w ręku, czekając na bitwę. Był blady. Wszyscy byli. Każdy drżał o swoje życie. Nic nie było pewne.
- Strach jest uczuciem mi obcym – odpowiedziała pewnie dziewczyna, choć ręce miała spocone od nerwów. Przełknęła ślinę. Żołnierz stojący tuż za nią, wpatrywał się w jej włosy, a ten stojący przed nią, co chwilę się odwracał. Ach, ten Iroh! Zawsze musiał dopiąć swego.
- Powinnam być razem z nim – wyszeptała. Zhong przyjrzał się jej spojrzeniu. Nie wiedział czy wpatruje się w Yuna, czy w Iroh. Od dawna podejrzewał, że łączyło ich coś więcej niż, jak powiedziała przyjaciółka, przyjaźń.
- Przedrę się do niego – powiedziała jak gdyby nigdy nic.
- Co?! Chen nie możesz! – krzyknął Zhong, a żołnierze spojrzeli na nich ze zdziwieniem.
Wtedy Yun podszedł do Iroh. Nie było szans, by dziewczyna usłyszała o czym rozmawiali, ale zabrakło jej tchu, gdy wyobraziła sobie, co mogłoby to być.
Iroh był osłupiały. Ten bezczelny wieśniak najwyraźniej nie wiedział, kto tu dowodził. Nie ufał mu. Niby przyjaźnił się z Chen, ale było w nim coś tak…. niepokojącego, że wolał, by dziewczyna się z nim nie zadawała. Ale pomysł był dobry i Iroh doskonale o tym wiedział. Musiał przyznać mu rację. Ten jeden raz.

***

Wszyscy siedzieli cicho na naradzie, w największym z namiotów, oczekując na Księżniczkę Valje. Nadęła się jak pomidor, pomyślała Chen. Wydaje się jej, że jak jest Księżniczką, to może robić co chce. Dziewczyna chciała choć na moment zamienić się z nią rolami. Nawet nie podejrzewała, że Iroh szykuje dla niej wielką niespodziankę. Mężczyzna wpatrywał się w nią. Miał ochotę przytulić ją do piersi. Gdyby nie siedząca obok niego Renna, już dawno by to zrobił. Był szczęśliwy, że nic się jej nie stało. Po skończonej naradzie zatrzymała go Senna. Potwierdziła aktualność ich umowy. Przez myśl jej nie przeszło, że pilnowanie Chen to dla Iroh czysta przyjemność. Chłopak skierował swe kroki ku namiotowi Chen.
- Mogę?- zapytał, wchodząc. Dziewczyna skinęła głową na znak zgody. Siedziała przed lustrem i rozczesywała włosy. Była zmęczona po walce. Tyle strachu się najadła.
- Możemy się spotkać za godzinę w lesie? – zapytał tajemniczo mężczyzna.
- No nie wiem… A jeśli jesteś seryjnym zabójcą i masz zamiar mnie zamordować? – zapytała sarkastycznie. Iroh roześmiał się głośno. Na widok jego roześmianej buzi Chen też lekko się uśmiechnęła. Miał taki piękny uśmiech. Yun rzadko się uśmiechał. W ogóle, rzadko się cieszył. Iroh był jego całkowitym przeciwieństwem.

***

Było już ciemno, gdy dziewczyna uchyliła poły namiotu. Księżyc wyszedł na niebo i oświetlał ziemię. W wielu namiotach paliły się jeszcze świece. Ludzie nie tracili czasu na spanie, zdając sobie sprawę, że mogą nie przeżyć kolejnej bitwy. Dziewczyna cicho przemknęła między namiotami i skierowała się w kierunku lasu. Na jego skraju wypatrzyła Iroh. Dobrze, że na nią czekał, bo sama bałaby się iść głębiej. Mężczyzna wziął ja za rękę i poprowadził przed siebie.
- Dokąd ty mnie ciągniesz? – spytała, zmęczona wędrówką. Ten nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się zagadkowo. Już po chwili oczom Chen ukazała się mała łąka. Na trawie stały owoce i szampan. Dziewczyna patrzyła zdziwiona to na ukochanego, to na niespodziankę.
- Co to jest? – wydukała, podchodząc bliżej. Całe miejsce oświetlały świece, które mężczyzna poustawiał wokół.
- Niespodzianka. Chciałem dać ci troszkę normalności, pośród tej całej wojny – odparł z rozbrajającą szczerością.
- A jak zdobyłeś szampana? – zapytała, lekko przechylając głowę.
- Mam swoje sposoby – szepnął jej do ucha i uśmiechnął się. Oboje usiedli. jedli, pili, śmiali się. Dokładnie tak, jak na swojej pierwszej randce. Szampan szybko zniknął, jak i jedzenie. Chen przyglądała się palącym się świeczkom, kiedy Iroh gorączkowo szukał czegoś w kieszeni munduru. Wyjął małe, czarne pudełeczko i klęknął przed dziewczyną.
- C-co ty robisz? – zapytała zakłopotana.
- Chen… chciałem ci to powiedzieć już dawno. Moje życie bardzo się zmieniło, odkąd cię spotkałem. Nabrało kolorów. Pamiętasz jak dziwnie się zachowywałem po naszej wizycie w labiryncie, w ogrodzie mojego domu, w Ba Sing Se? – zapytał, a dziewczyna pokiwała głową, nie wypowiadając słowa. Ciągle tempo wpatrywała się w mężczyznę – Zachowywałem się tak, ponieważ dojść mogły tam tylko osoby, których los jest połączony przeznaczeniem – wyjaśnił.
- I ja wierzę w to przeznaczenie – kontynuował, a dziewczyna patrzyła na niego nie wiedząc, co powiedzieć.
- Nie proponuję ci małżeństwa – odetchnęła z ulgą – Chcę byś przyjęła ten pierścionek, jako symbol naszego przyszłego życia. Tego po wojnie – dokończył i wsunął jej na palec błyskotkę z rubinem. Była czerwona jak ogień.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.