Historia Chen. Rozdział 6 – Kamień

Kolejny rozdział opowiadania autorstwa Ady. Zachęcam do lektury.

~Painted Lady

***

Chen obudził pulsujący ból w górnej części czaszki. Głowa bolała ją, jak nigdy. Czy wypiła aż tak dużo? Kompletnie nic nie pamiętała z poprzedniego wieczoru. Jak znalazła się w swoim namiocie? I co robiła zanim straciła kontrolę nad umysłem? Wyszła spod kołdry i ubrała się. Postanowiła dowiedzieć się, jak się wczoraj zachowywała. Skierowała swoje kroki ku namiotowi Iroh. Niepostrzeżenie weszła do środka. Mężczyzna studiował mapy. Kiedy ją usłyszał podniósł głowę, lecz gdy tylko zobaczył, że to Chen, ze smutkiem znów pochylił się nad papierami. Nie chciał z nią rozmawiać. Większość ludzi w takiej sytuacji zechciałaby znać prawdę, ale on wolał ciągle snuć się między kłamstwami. Nie mógł pogodzić się z prawdą, ale był generałem i musiał być silny. Nie mógł się załamać. Dopiero w tamtej chwili dopadły go słowa matki, zrozumiał ich sens. To nie był czas na miłość. Musiał w pełni oddać się ratowaniu tego, co pozostało z jego dziedzictwa. Musiał uratować tron, na którym wkrótce zasiądzie.
- Witaj – powiedziała nieśmiało dziewczyna, wyrywając go z rozmyślań. Co miał jej odpowiedzieć? Nie mógł udawać, że nic się nie stało. Milczał, nie odrywając wzroku od mapy.
- Nic nie mówisz. Coś cię martwi? – zapytała ostrożnie, starając się wybadać, czy wszystko w porządku. Iroh zmarszczył brwi. W sumie nie miał dowodów na to, że coś łączyło ją z Yunem.
- Muszę iść na naradę z Księżniczką Valje i Azulą – odparł szorstko, niepewny swoich uczuć. Wstał i wyminął ją, wbijając wzrok w ziemię. Chen patrzyła jak znika w oddali, zastanawiając się, co go ugryzło. Nie mogła wiedzieć. Wyszła zaraz za nim. Chciała go dogonić, złapać za ramię i zapytać, jak może mu pomóc, ale znikł gdzieś między ludźmi. Stanęła w tłumie, nie wiedząc, co ma robić. W sumie mogła pójść na naradę, ale nie miała ochoty na kolejne, mało pozytywne spojrzenia, które posyłała jej Renna, kąśliwe uwagi Zhou i całe to zamieszanie wokół Senny. Po napadzie Makkeda, wzrok Yuna ciągle za nią podążał, szczególnie do sypialni. Nawet do uszu Chen doszły plotki odnośnie ich… życia intymnego. Na początku śmiała się w najlepsze, ucieszona naiwnością Księżniczki, ale potem uniesione kąciki ust zaczęły opadać, gdy zrozumiała, jak prostacko zachowywał się Yun. Czy wobec niej też by tak postąpił? Nie, na pewno nie. Znała go aż za dobrze. Valje była tylko zabawką, porcelanową lalką, która ciągle siedziała z przyklejonym do twarzy, sztucznym uśmiechem. A Yun musiał coś robić, zapewniać sobie zabawę. Przynajmniej tak zdawało się Chen.

***

Iskierka w oku Iroh znów rozbłysła, gdy widział gorzejących do walki żołnierzy. Byli męscy i gotowi na śmierć. Bali się, jak wszyscy, ale w żadnym stopniu nie dawali tego po sobie poznać. W ich żyłach płynęła krew, zimniejsza niż stal. Nie byli sami. To on nimi kierował. Kochał wojsko. Kochał tych ludzi. To byli jego ludzie, sam ich wyszkolił. Drżał na myśl, że którykolwiek z nich może zginąć. Wiedział, że to nieuchronne, tak jak czas, życie i śmierć płynęły, wiążąc się ze sobą niewidzialną nicią. Jedni umierali, by drudzy mogli żyć. Tak było zawsze i tak będzie. Każdy miał świadomość nadchodzącego krańca życia. Armia, nosząca mundury Jian, przybyła. walka się rozpoczęła. Już po kilku minutach, w mokrą ziemię wsiąkała krew poległych. Chen walczyła najlepiej jak mogła, ale to nie wystarczało. Na jej twarzy pot mieszał się z kroplami deszczu, który padał, przystosowując się do ponurego wydarzenia. Czy natura zawsze musiała wszystko utrudniać? Dziewczyna asertywnym ruchem odparła zamachującego się na nią żołnierza. Kolejny chciał podejść ją od tyłu, ale skutecznie obroniła się kopniakiem w męską część jego ciała. Jak łatwo było go znokautować. Odwróciła się ponownie, czując, że z tyłu już ktoś czyha na jej nieuwagę. Zobaczyła młodą dziewczynę, a właściwie nastolatkę, parę lat młodszą od niej. Dziewczyna nieśmiało wyciągała nóż w jej stronę. Kolejny dowód na to jak podle Jian wykorzystuje do walki bezbronne dzieci. To nie pierwszy raz, gdy Chen widziała dziecko z bronią w ręku. Na kogo wyrosną ci młodzi ludzie, skoro już od najmłodszych lat zmuszani są do siania terroru? Dokąd zmierza to społeczeństwo? Dziewczyna zdołała na tyle odwrócić jej uwagę, by ta nie zauważyła kolejnego osiłka, starającego się odebrać jej życie. I straciłaby je, gdyby nie jej osobisty ochroniarz. Iroh już stał przy niej, nie pozwalając, by spadł jej włos z głowy.
- Przepraszam! – wykrzyczał, próbując przedrzeć się przez głosy walczących. Rzucił się na dziewczynę. Dopiero teraz zrozumiał, jakim głupstwem było się na nią gniewać. Przez chwilowe zaślepienie zazdrością, zapomniał przydzielić jej strażnika. Jaki był głupi! A gdyby nie zdążył? Wolał o tym nie myśleć. Nie minęła chwila, gdy już musiał bronić własnego życia. Wrócił do walki i zobaczył jak Yun dyryguje ludźmi. Za kogo on się uważał? Iroh przeniósł wzrok na most i zrozumiał jego działania. Żołnierze Jian z determinacją przedzierali się na drugą stronę. Pobiegł, zostawiając Chen samą na polu bitwy, by wydać rozkazy, ale po chwili zdał sobie sprawę, że nikt go nie słucha. Jego ludzie wykonywali polecenia tego chłopaka ze wsi. To on był generałem. To jego mieli słuchać. Ale nie słuchali. Nawet nie zwracali na niego uwagi. To dzięki Yunowi znowu wygrali.

***

W ciemnym namiocie paliła się tylko jedna świeca. Zazwyczaj było w nim bardzo duszno, ale gdy na dworze szalała ulewa, a wiatr targał gałęziami drzew, ta duchota wydawała się zbawienna. Chen przypatrywała się, jak wosk powoli kapie na drewniane biurko. Płomień żarzył się porywczą czerwienią, dając światło. Przyłożyła do niego rękę, czując ciepło. Zawsze zastanawiała się, jak to jest trzymać płomień w dłoniach. Jak wtedy czuli się magowie? Czy to bolało? Dawniej chciała zapytać o to Yuna, ale on już z nią nie rozmawiał, bynajmniej nie na takie tematy. Jeśli chodziło o Iroh, to nie był to czas na tak luźne pogawędki. Mężczyzna był sfrustrowany. Chodził nerwowo po ziemi, w tę i z powrotem, nie mówiąc nic. Chen wstała i podeszła do niego. Stał, obrócony plecami. Był głęboko zamyślony. Dziewczyna objęła go w pasie, kładąc głowę na jego ramieniu.
- Nie rozumiem czym się tak zadręczasz – powiedziała, wolno i spokojnie.
- Ten dzień to dla mnie jedna wielka porażka. Wygłupiłem się. Jak mogłem pozwolić, by Yun przejął dowodzenie? To ja jestem generałem, nie on! Skoro nie potrafię zapanować nad wojskiem, jaki ze mnie będzie Władca Ognia? Jak pokieruję narodem?! – podniósł głos, obracając się do niej. Blask świecy okalał jej sylwetkę.
- Nie traktujesz go zbyt surowo? – zapytała z nutą niezadowolenia w głosie.
- Bronisz go?! A więc jednak! Ty go kochasz, Chen – powiedział ze smutkiem w głosie, a ostatnie zdanie brzmiało jak stwierdzenie, niż oskarżenie. Dziewczyna zadrżała, na dźwięk wypowiedzianych przez niego słów.
- O czym ty mówisz? To.. nieprawda – broniła się. Skąd Iroh wysuwał takie wnioski? Czyżby dowiedział się, co dawniej ich łączyło?
- Sama mi to powiedziałaś – przyznał, patrząc jej prosto w oczy – Gdy odnosiłem cię do namiotu, zalaną w trupa. Upiłaś się z Tonraqiem. Razem leczyliście złamane serca – stwierdził smutno. Dziewczyna zaczęła przypominać sobie urywki wspomnień. Jak mogła być tak nieodpowiedzialna. Cholerny alkohol. Zawsze powodował u niej rozwiązłość języka. Mogła się tego spodziewać. Nic co dobre, nie trwa wiecznie. Nie patrzyła mu w o czy. Było jej wstyd. Wbiła wzrok w czubki swych butów.
- Czy to prawda? Czy ty go kochasz? – zapytał po chwili ciszy, łapiąc ją za rękę. Tak bardzo chciał, by zapewniła go, że nic nie czuje to tego bezczelnego smarkacza, który teraz tytułował się pułkownikiem. Tak bardzo chciał znów poczuć smak jej ust, nie martwiąc się, że pocałunki mogą być nieszczere. czy ona w ogóle kiedykolwiek mówiła prawdę? Dziewczyna nabrała powietrza w płuca, gotowa zadeklarować mu swe uczucia, gdy niespodziewanie poły namiotu uchyliły się i w nikłych odmętach światła zarysowała się postać smukłego chłopaka.
- Chang? – zapytał Iroh, przyglądając się młodszemu bratu z niedowierzaniem. Odskoczył od dziewczyny, przyglądając się ciągle bratu. Chciał się upewnić, czy to na pewno on. Ale to nie mógł być nikt inny. Po chwili niezręcznej ciszy, generał poprosił Chen, by poszła po ich matkę. Musieli porozmawiać we trójkę.

***

Krople nie przestały spadać z nieba, co jeszcze bardziej dołowało dziewczynę. Nie lubiła takiej pogody. Było mokro i przygnębiająco. Stała pod drzewem, a woda spływała po niej, wdzierając się do przemokniętych ubrań, włosów i butów. Przyglądała się cieniom tańczącym na wykonanej ze skóry, zewnętrznej części namiotu. Wysoka kobieta mocno gestykulowała dłońmi. To samo robił jej starszy syn, którego spłodził młody mag ognia, zakochany w o wiele młodszej Księżniczce. Gdy Chen żyła na ulicach Miasta Ludów, nie miała pojęcia o takich historiach. Nie wiedziała wielu rzeczy. W czasie, gdy przebywała z dala od smrodu psów Jian, wiele nauczyła się o szlachcie, rodzinach królewskich i dworskich manierach. Czuła na sobie obowiązek utrzymania linii arystokracji Narodu Ognia. Przypomniała sobie, o czym mówił Iroh, zanim do namiotu wparował jego młodszy brat. Nie mogła zaprzeczać, miał piękne plany. Ona jako Królowa Ognia? Nie obraziłaby się za taki tytuł. Ale wyszłaby za niego, nawet gdyby był ulicznym grajkiem. Cholera, chyba naprawdę go kochała. Powie mu to. Yun i tak nigdy jej nie pokocha. Pora się z tym pogodzić. Nie ma co liczyć na to, co nigdy nie nadejdzie.

***

Iroh wstał wcześnie. Perspektywa dnia spędzonego w papierkach nie malowała się zbyt wesoło. Generał nie powinien bawić się w pisarza, ale ktoś musiał to zrobić. Do pomocy przydzielono mu Minga, który swymi zgrabnymi dłońmi szybko i zręcznie posługiwał się piórem. W ciszy rozległ się dźwięk wydobywający się z wnętrza Iroh. Kiedy jadł śniadanie? Zapewne dawno. Musiał coś jeść, ale, jak dowiedział się od swojego pomocnika, przysługiwał im tylko jeden posiłek dziennie. Reszta szła dla jeńców. Niedługo będą traktowani lepiej, niż żołnierze. Valje nie nadawała się na Królową. Do pomieszczenia wparował Yun. Jego postawa jak zwykle biła pewnością siebie i złowrogą dumą. Za kogo on się uważał? Zaczął mówić, a każde wypowiadane przez niego słowo nawet nie dochodziło do uszu Iroh. Starał się go słuchać, ale patrząc w otchłań jego pustych oczu, zastanawiał się tylko, jak jego Chen, mogła go kochać. Wprawdzie nie odpowiedziała na zadane przez generała poprzedniego wieczoru pytanie, ale Iroh czuł się na straconej pozycji. Otrząsnął się z transu dopiero wtedy, gdy usłyszał, że ten szaleniec chce zabić jeńców. Tak, to byli wrogowie, ale gdzie podział się jego kręgosłup moralny? A może w ogóle go nie miał? Wszystko na to wskazywało. Iroh nigdy za nim nie przepadał. Jego obecność tylko irytowała mężczyznę.
- Wyjdź – powiedział stanowczo. Ten gnojek nie będzie się mu tu panoszył, jak pan na włościach. „Być może nie nadajesz się na generała, Iroh” szumiało mu w głowie, gdy kochanek Senny opuścił namiot.

***

Takiego obrotu spraw Chen się nie spodziewała. Makked uciekł. Nie powinna się bać, nie była jego celem. Ale dobrze wiedziała, że ten człowiek jest nieobliczalny i lubuje się we krwi przypadkowych osób. Od razu pobiegła do Iroh. Tylko przy nim czuła się bezpieczna. Czy to źle? Czy nie potrafiła sama się obronić? Przez te wszystkie lata życia w mieście, w którym bała się zasypiać, wybudowała wokół siebie mur. Tylko ona miała wstęp do swojej własnej fortecy. Nawet Yun nie przekraczał niektórych granic. Iroh był inny. Przy każdym spotkaniu burzył jedną cegłę, sprawiając tym samym, że ten wysoki, budowany przez lata mur, w końcu pękał, aż kompletnie się zburzył. Skierowała kroki ku jego namiotowi. Właśnie ubierał się w ognisty, czerwony mundur, gdy bez słowa wparowała i rzuciła mu się na szyję.
- Naprawdę pomyślałeś, że moje pijackie wyznania coś znaczą? Kto wie co wtedy miałam na myśli? – zapytała z udawanym śmiechem. Mężczyzna nic nie odpowiedział, odwzajemniając jej uścisk. Tak bardzo mu tego brakowało. Jej dotyku, zapachu. Bardzo nie chciał, ale musiał oddać się obowiązkom. Pocałował ja delikatnie, ujmując jej twarz w dłonie i wyszedł. A czuł się, jakby wielki kamień spadł mu z serca.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.