Epilog

- Dokument tożsamości!
Obcy, męski głos przebudził Idę. Dziewczyna usiadła z trudem – całe plecy ją bolały! – i ze zdumieniem spostrzegła, że zasnęła… Na ławce w parku pod fontanną. Jak jakiś menel! A przecież nie była pijana! Poszła na samotny spacer po Starówce, a potem obejrzała pokaz laserowych świateł…
Spojrzała nieprzytomnie na strażnika miejskiego, po czym wstała i otrzepała ubranie.
- Już sobie idę. Co to, posiedzieć sobie nie można? Lepiej zajmijcie się prawdziwymi menelami, takimi jak ci z pasażu Wiecha. Napadli na mnie wczoraj…
- Pasaż Wiecha? Tam nie ma meneli dziewczynko, tylko takie szalone nastolatki jak ty, które slalomem wracają do domu z klubu.
- Ja też tak myślałam, ale tam naprawdę są menele! Wczoraj napadło mnie trzech i…
Ida ze zdumieniem uświadomiła sobie, że nie pamięta, w jaki sposób im uciekła. Zawstydziła się. Musiała za dużo wypić i urwał jej się film… Ten strażnik miał rację. Była żałosną, szaloną nastolatką slalomem wracającą do domu z klubu…
- To co pan ze mną zrobi? – spytała pokornie. – Idziemy na komisariat?
Zniecierpliwiony strażnik miejski machnął ręką.
- Wracaj do domu, dziewczyno. Najkrótszą drogą.
Ida wymamrotała podziękowania i natychmiast ruszyła w drogę powrotną do domu. Przeszła przez nieco opustoszałe już Stare Miasto i wsiadła do tramwaju, który na szczęście jeszcze kursował.
Stary tramwaj z łoskotem toczył się po szynach, a Ida czuła, jak huczy jej w głowie. To było dziwne – nie była pijana, była zupełnie trzeźwa, ale czuła się jakoś dziwnie. Jakby była pijana na trzeźwo… Nie, to nie miało sensu.
Zajrzała do telefonu z nadzieją, że się czegoś dowie, i zauważyła parę nowych zdjęć. Zrobiłam je pod Zamkiem Królewskim, przypomniała sobie. Zaczęła je przeglądać… I ogarnęło ją jeszcze większe zdumienie. Na większości z nich była sama albo z „magikiem”, który robił sztuczki z ogniem, inne fotki zaś przedstawiały różne fragmenty Zamku Królewskiego… A na niektórych wyglądała tak, jakby obejmowała kogoś niewidzialnego! Tych zdjęć nie pamiętała… Naprawdę zaczęła się martwić. Koniec imprezowania, postanowiła sobie w duchu.
Ciekawa była, ile w tym postanowieniu wytrwa.

Kiedy wróciła do domu, odkryła, że babcia jeszcze nie śpi – oglądała telewizję.
- Co tak późno, Ida?! – zaskrzeczała. – To tak cię rodzice wychowali?! A co z godziną policyjną?!
- Babciu, komuna skończyła się ponad dwadzieścia lat temu. Nie ma już godziny policyjnej – odparła znudzona Ida.
- Co masz na myśli, mówiąc że komuna się skończyła? Zresztą nieważne. Gdzie twoi koledzy?
- Jacy… Jacy koledzy?
- Ci Amerykańcy, którzy u nas spali! A mówią że to ja mam sklerozę!
- A-Amerykańcy… S-spali tutaj…? – wymamrotała Ida. O kurczę! Chyba naprawdę przesadziła z używkami. Nie wiedziała, jak to się stało… Amerykańcy?!
- Idę spać. Ty też się lepiej połóż, kochanie – doradziła babcia.
Przerażona Ida wcale nie miała zamiaru iść spać. Natychmiast zadzwoniła do Misi. Ta na szczęście odebrała.
- Błagam, powiedz mi, czy dużo wypiłam na połowinkach w Hybrydach – wyjęczała. – I czy poznałam tam jakichś Amerykanów?
- Dziwne pytanie jak na tak późną porę – zrugała ją przyjaciółka. – A Kinga wciąż się gniewa za tą Lady Gagę… Zwłaszcza że przebrała się, chociaż wygrała zakład, bo przyszłaś bez żadnego chłopaka, a Daniel kompletnie cię olał… Wybacz- zreflektowała się. – Tak naprawdę to sama niewiele pamiętam. Kinga też. Dziwne, bo nie wydaje mi się, bym piła alkohol…
- Pamiętam tylko… – przypomniała sobie nagle Ida – Że ktoś głośno śpiewał Ai se eu te pego i tańczył na barze… Ale kto to był?
Nie wiedzieć czemu, miała dziwne wrażenie, że to był ktoś znajomy.
- Kto wie – odparła Misia i Ida wyobraziła sobie, jak przyjaciółka wzrusza ramionami. – Jakiś nawalony frajer.
- Pewnie masz rację… Ech, pewnie moja babcia znowu coś sobie ubzdurała. No dobrze. Dobranoc.
Ida wyłączyła telefon. Została sama przed szemrzącym telewizorem, wpatrując się tępo w ekran. Co tu się kurde działo?! Zaczęła skakać po kanałach i niespodziewanie na jednym z nich ujrzała któryś z odcinków Avatara. Szybko zorientowała się, że to kolejna powtórka oblężenia północy, pierwsza seria. Zhao właśnie wypuszczał karpa Koi z worka. Nie minęła chwila, a z wściekłością cisnął weń kulą ognia. Duch Księżyca przepadł i został z niego tylko paluszek rybny. Potem jednak Yue oddała swe życie, aby go ratować, Zuko stoczył pojedynek z Zhao… Nim się spostrzegła, oglądała już ostatnie sceny. Wszystkie odcinki Avatara zawsze mijały jej tak szybko!
Iroh i Zuko odpływali na tratwie z Bieguna Północnego.
- Dziwię się, książę Zuko. Dziwię się, że od pewnego czasu nie próbujesz schwytać Avatara – zagadnął stryj.
- Nie mam siły – odparł Zuko, a Ida w duchu przyznała mu rację.
- A więc odpocznij. Czasem trzeba odpocząć.
Święte słowa, Iroh, pomyślała dziewczyna. Ona też czuła się potwornie zmęczona. Ożywiła się jeszcze na moment, oglądając ostatnią scenę, w której Aang, Katara i Sokka stali i wpatrywali się w miejsce, gdzie minionej nocy stoczono wielką bitwę z wrogimi siłami Narodu Ognia.
- O, dokładnie tak wyglądali ci Amerykańcy! A to ci dopiero!
Ida aż podskoczyła. Nawet nie usłyszała, kiedy jej babcia pojawiła się w pokoju!
- Co ty wygadujesz, babciu? Że niby przyprowadziłam do domu jakichś chłopaków wyglądających jak… Sokka i Zuko?
- Mówię, co widziałam, wnusiu!
Ida ponownie spojrzała na ekran telewizora, łowiąc wzrokiem Sokkę i Zuko. Zaśmiała się i wyłączyła odbiornik, gdy tylko pojawiły się napisy końcowe.
- Masz rację, babuniu. Idę spać – rzekła, całując szaloną staruszkę w policzek. No coś takiego! Czego to ona nie wymyśli…
A jednak gdy wzięła kąpiel i wreszcie położyła się w łóżku, uznała, że to całkiem fajna historia. W jej głowie pojawiły się obrazy: Sokka i Zuko w Warszawie, pojawiające się ni stąd ni zowąd w jej wannie… Kilka niedorzecznych przygód, noc w klubie, aż w końcu Duch Księżyca zabiera ich z powrotem do domu i wszyscy zapominają o tym, co się wydarzyło…
Natychmiast odpaliła laptopa i zaczęła pisać jak szalona na swoim blogu. To będzie epicka historia, pomyślała, dodając dźwięczny tytuł Jak znienawidzić wroga?.

 

KONIEC

 

POSŁOWIE

Nie spodziewałam się, że to opowiadanie aż tak bardzo się rozrośnie. Początkowo planowałam jeden, góra trzy rozdziały… Ale tak już mam, że im więcej piszę, tym więcej mam pomysłów. Krótkie formy literackie są po prostu nie dla mnie ;)
Wyszło na to, że utworzyłam coś w rodzaju przewodnika turystycznego po Warszawie. Tak więc jeśli chcecie pozwiedzać stolicę śladami Zuko i Sokki – zapraszam!
Mam nadzieję, że Wam się podobało. Pierwszy raz pisałam opowiadanie na zamówienie i było to niezwykłe doświadczenie. Możecie podziękować Orchidei – to ona była „zleceniodawczynią”, jeśli tak ją mogę nazwać :) Wiele pomysłów z tego opowiadania było jej autorstwa. Ja tylko dodałam parę wątków, skleciłam wszystko w całość i ubrałam w literacką formę.

O rany… Epilog, a tu jeszcze nie ma żadnej okładki do opowiadania?! No nie, jak ja mogłam do tego dopuścić? Ech… Mam już zrobiony szkic, ale brakuje mi czasu na pracę z Photoshopem. Poinformuję Was, gdy okładka powstanie :)
I jeszcze jedno: jestem dumna, że udało mi się dodawać rozdziały regularnie, trzy razy w tygodniu. Przy tylu obowiązkach, które mam, to prawdziwy wyczyn! Chyba zasłużyłam na przerwę, prawda? Ale na niezbyt długą. Nie wytrzymam długo bez pisania :)

~Painted Lady

Rozdział 11 – Fontanna

Wielkimi krokami zbliżamy się do finału… Oto przedostatni rozdział! Myślę, że będziecie zaskoczeni!
~Painted Lady

 

Sobotni dzień nadspodziewanie szybko zamienił się w wieczór. Ida, Zuko i Sokka siedzieli przy wielkiej fontannie tuż nad Wisłą, czekając na laserowy pokaz świateł, który zawsze odbywał się o tej porze. Wokół zgromadził się już tłum ludzi czekających na widowisko z nieodłącznymi aparatami w dłoniach.
Chłopcy byli dziwnie zamyśleni. Ida domyślała się, że tęsknią do siebie, do swojego świata, który zostawili tak nagle. Ale jak mieli tam wrócić?
Jej rozmyślania przerwało rozpoczęcie pokazu.
Woda wytrysnęła do góry, po czym spłynęła kaskadami, ochlapując stojących najbliżej ludzi. Zaczęła mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Laserowe światła układały się w różne wzory. W fale, w gwiazdy… W którymś momencie wystrzeliwująca w górę woda uformowała kształt serca, a laser zabarwił ją na różowo. Wszystkie pary zaczęły się całować, co sprawiło, że Ida poczuła się bardziej samotnie, niż kiedykolwiek wcześniej. Spojrzała na chłopców – z otwartymi szeroko ustami obserwowali te cuda i widać było, że widok serca ich też poruszył. Sokka musiał myśleć o Yue, a Zuko? Ida odruchowo wzięła ich za ręce, dodając im otuchy pocieszycielskim uściskiem dłoni.
- Nie wiem jak, ale obiecuję, że pomogę wam wrócić do domu – przyrzekła, podczas gdy ostatnie wodne bicze wzbiły się w górę, a lasery zamigotały w końcowym akordzie. – Przyrzekam.
Po placu potoczyły się gromkie brawa. Zachwyceni ludzie zaczęli kierować swe kroki do domu, żywo dyskutując między sobą o tym, co przed chwilą zobaczyli. Nie minęło wiele czasu, a Ida, Sokka i Zuko zostali pod wielką fontanną zupełnie sami. Gdy spojrzeli w stronę Wisły, ujrzeli, jak w ciemnej wodzie odbija się oświetlenie mostów, po których z łoskotem przejeżdżały pociągi.
Idzie przypomniały się wakacje. Było niezwykle upalnie, a ona leżała z przyjaciółką właśnie przy tej fontannie, obserwując uciekające przed znienacka wytryskającą wodą dzieci. Śmiały się i rozmawiały, zwracając wzrok ku niebu i pierzastym chmurom leniwie po nim przepływającym. Próbowały identyfikować kształty, a kiedy to je znudziło, przymknęły oczy, pozwalając, by parzące słońce ogrzało im powieki. Zaczęły rozmawiać wtedy o Avatarze, o tym, kiedy wreszcie ukaże się kolejna część, Legenda Korry. Rozmawiały o postaciach i wydarzeniach z kreskówki, czując się zupełnie jak te małe dzieci uciekające przed strumieniami wody z fontanny. A innego dnia, po laserowym pokazie świateł, poszły nad Wisłę spotkać się z innymi koleżankami. Jedna z nich miała włoskie wino w kartoniku, którym podzieliły się sprawiedliwie…
I nagle dotarło do Idy, jak wiele ma cudownych wspomnień. Jakoś tak już było, że z czasem zapominała o tym, co złe, spychając to w głąb podświadomości. starała się pamiętać tylko te dobre, pełne ciepła chwile.
- Chwile takie, jak ta – pomyślała na głos, przytulając do siebie Sokkę i Zuko. – Kocham was, chłopcy.
- My ciebie też! – zgodził się ochoczo Sokka. – Wiesz co, Ida? Ten twój świat… Jest taki szalony i czasem zupełnie nielogiczny. Tyle w nim pokus i niebezpieczeństw, ale z drugiej strony mnóstwo w nim dobrych rzeczy.
- Takich jak automaty z jedzeniem? – zadrwił Zuko.
- Hej! Psujesz klimat!
- Naprawdę uważacie, że mój świat jest niesamowity?
- Nasz w porównaniu z twoim to oaza spokoju – potwierdził Zuko.
- Chyba żartujecie! To ja tak zawsze myślałam o waszym świecie! O tym, że jest taki wspaniały, z tą całą magią, przygodami i w ogóle… Nawet nie wiecie, ile razy marzyłam, żeby na grzbiecie Appy zlecieć cały świat…
- Ale twoje miejsce jest tutaj – dokończył za nią Sokka. – A nasze…
Wtem tuż przed nimi coś rozbłysło. Od strony fontanny biło oślepiająco białe światło.
- Myślałem, że to już koniec pokazu! – krzyknął Zuko.
- Obawiam się, że to coś innego! – krzyknęła Ida, osłaniając ręką twarz. Co tu się działo?! Zuko instynktownie wzniecił płomienie na swych dłoniach, gotowy do ataku. Sokka natomiast odważnie schował się za Idą.
Z fontanny wyłoniła się biała mgiełka, która na ich oczach ukształtowała się w długowłosą dziewczynę z czarnymi malunkami na twarzy i łagodnym spojrzeniem. Cała jej postać promieniała niczym… Niczym księżyc, uświadomił sobie nagle Sokka. Wyłonił się zza pleców Idy i przemówił:
- Jesteś Duchem Księżyca, prawda?
- Sokka, siedź cicho! – syknęła wystraszona Ida. Duchy?! Bała się duchów i wszelkich umarłych, którzy postanawiali wrócić na ziemię, dlatego wcale jej się to nie podobało! – UCIEKAJMY!
- Nie bójcie się. Tak, jestem Tui, Duch Księżyca.
- Najpierw Zuko i Sokka, a teraz Duch Księżyca… Co tu się dzieje? Co to ma w ogóle znaczyć?
- Pewnie zastanawialiście się, jak to możliwe, że znaleźliście się w tym świecie – rzekła Tui, zwracając się do chłopców. – To moja wina. Kiedy w Oazie Duchów poczułam zbliżające się zagrożenie, kiedy usłyszałam słowa admirała Zhao…
- Nawet mi o nim nie przypominaj – warknął Zuko, ale Ida i Sokka uciszyli go spojrzeniami.
- … musiałam uciec – kontynuowała Tui. – Zostawić swoją cielesną powłokę karpia Koi i uciec. Jestem potężnym duchem, ale bezpieczna mogłam poczuć się jedynie w innym wszechświecie. W innej rzeczywistości… Kiedy wpadliście do wody, spanikowałam i przeniosłam się do pierwszego lepszego wszechświata, nad którym właśnie rozmyślałam. Przez przypadek przeniosłam i was, za co przepraszam.
- To… – Idzie odebrało mowę. Równoległe wszechświaty? Spotkania z duchami z kreskówek? Nagle zdała sobie sprawę z tego, jaka jest malutka. Jest zaledwie drobiną piasku w tym wszystkim, co ją otacza i o czym nawet nie ma pojęcia!
- Ale myślałam… – zaczęła, z trudem łapiąc oddech. – Że Avatar to tylko kreskówka! Wymyślona legenda!
- Ty i reszta ludzi musicie tak myśleć – wyjaśniła Tui spokojnie. – Czy naprawdę wierzyłaś, że te wszystkie niesamowite historie, jakie pojawiają się w książkach i filmach, są tylko wymysłami wyobraźni? To część większego mechanizmu, procesu,na który wy, ludzie, nie macie wpływu. Bowiem każda z tych historii dzieje się naprawdę, ale nie tu, na Ziemi, lecz gdzieś daleko, w innym czasie i przestrzeni. To wszechświat zsyła ludziom te pomysły tak, aby myśleli, że sami na nie wpadli. W rzeczywistości ma to przygotować was na odkrycie prawdy… Prawdy, na którą nie jesteście jeszcze gotowi. I jeszcze długo nie będziecie. Nie mówię tu akurat o tobie, Ida, ale o większości twojej rasy. Jesteście cynikami, ślepo ufającymi technice. Dorośli śmieją się z dzieci i ich wyobraźni, a w rzeczywistości z wiekiem coraz bardziej zamykacie się na prawdę w kręgu swoich przekonań, w pędzie o dobrobyt. Dlatego nie jesteście jeszcze gotowi.
- Czy to znaczy… – Ida była już pewna, że to sen. – Że te wszystkie filmy i książki… Że gdzieś tam istnieje Śródziemie, w którym toczy się wojna o pierścień, że w odległej przestrzeni kosmicznej Anakin Skywalker właśnie przechodzi na Ciemną Stronę Mocy, a Harry Potter zaczyna naukę w Hogwarcie?! To… Ja… A więc jak mam przekonać ludzi, że to prawda? Błagam, Tui, musisz mi pomóc! To wszystko zmieni! To…
- Powiedziałam już: nie jesteście jeszcze gotowi – powtórzyła Tui. – Ach wy, Ziemianie… Tak niecierpliwi i zapalczywi. Musi minąć chyba jeszcze więcej mileniów, niż przypuszczałam.
- A więc co mamy robić? Jak mamy się zachowywać?
- Mogę ci poradzić jedno, Ida: bądźcie jak dzieci. Kiedy nadejdzie dzień, w którym każdy dorosły będzie pamiętał, że był kiedyś dzieckiem, wasz świat się odmieni. Na lepsze. I nie dotyczy to tylko waszego świata. Waszego też – dodała Tui, zwracając się ku Zuko i Socce. – A także świata Frodo Bagginsa, Harry’ego Pottera i nieszczęsnego Anakina Skywalkera.
- To znaczy, że jesteśmy jedynymi istotami, które znają prawdę! – rozentuzjazmował się Sokka.
- Właśnie – potwierdziła Tui. – I to stanowi nasz problem. Wasz problem.
- Jaki problem? – spytał Zuko.
- Tak być nie może. Powstaną zakłócenia, zmarszczki na gładkiej konsystencji wszechrzeczy… Jeśli wiecie, co mam na myśli.
- Nie bardzo – skomentował Sokka.
- A ja chyba rozumiem – powiedział ku ogólnemu zdumieniu Zuko. – Musimy wrócić do domu. Prawda?
Duch Księżyca z wolna pokiwał głową.
- Tak, książę Zuko. I nie martw się. Odnajdziesz swój dom.
- Ona ma rację – potwierdziła Ida. – A co będzie z tobą, Tui?
- Wykazałaś się wielką roztropnością, nie zdradzając im ich dalszych losów, Ida. Ale moje przeznaczenie jest już przesądzone. Muszę wrócić…
- Nie! – zaprotestowała dziewczyna. Doskonale wiedziała, co to znaczy: Tui wróci, Zhao ją zabije, a Yue odda życie, aby ją ratować! – Proszę, nie rób tego! Przecież możesz wszystko zmienić!
- Gdybym tego nie zrobiła, konsekwencje byłyby straszliwe, gorsze, niż możesz sobie wyobrazić. Czy zauważyłaś, co łączy wszystkich bohaterów historii, które tak bardzo lubisz? Każdy z nich ma swoje przeznaczenie, z którym czasem próbuje walczyć i przegrywa. Gubi drogę, aż w końcu uświadamia sobie, że uczynić trzeba tylko jedno: musi wypełnić swoje przeznaczenie. Nie może przed nim uciec. Tak, jak i ja. Jak Zuko i Sokka. Jak ty.
- Ja? – zdumiała się Ida. – A co ja muszę zrobić? Nie jestem bohaterką. Jestem zwyczajną dziewczyną. Nie jestem nikim ważnym…
- Kiedyś się dowiesz – odparła Tui, puszczając doń oko. – Na nas już czas.
- Zaraz… A więc zapomnimy o wszystkim, co tu się wydarzyło? – spytał Zuko.
- Musicie zapomnieć. To nigdy nie powinno się wydarzyć.
Chłopcy popatrzyli na Idę, a ona na nich.
- A więc znów będziecie dla mnie tylko bohaterami z kreskówki – uświadomiła sobie smutno.
- A my cię nawet nie zapamiętamy – pojął Sokka i w tym samym momencie rzucił się przyjaciółce na szyję. – Ach, wszechświecie, dlaczego jesteś taki okrutny?!
Ida zachichotała mimowolnie, spoważniała jednak, gdy podszedł do niej Zuko. Przytuliła go, nie wierząc w to, co się dzieje.
- Będziesz wspaniałym Władcą Ognia – szepnęła mu na ucho. – Zostaniesz…
Duch Księżyca odchrząknął znacząco. Ida zamilkła.
- Chodźcie – rzekła Tui, podając chłopcom ręce.
- A więc znowu się zacznie – jęknął Sokka, spoglądając na Zuko. – Szalony książę z blizną dalej będzie na nas polował.
- A wieśniak z Południa będzie mu w tym przeszkadzał.
Zuko i Sokka spojrzeli na siebie. Choć złośliwie sobie przycinali, nie czuli już nienawiści.
- Ups. Chyba polubiłem mojego najgorszego wroga – zorientował się Sokka.
- Bez obaw. Wkrótce znów go znienawidzisz. Zadbam o to – obiecał Zuko, klepiąc wroga – przyjaciela? – po plecach.
Tui uścisnęła ich przedramiona. Rzuciła ostatni uśmiech w stronę Idy, która nie mogła oderwać od wszystkiego oczu.
- Już nigdy ich nie zobaczę – wyszeptała. – No, chyba że znów wylądują w mojej wannie.
Nagły rozbłysk światła oślepił nie tylko oczy, lecz także pamięć i świadomość.

Rozdział 10 – Starówka

Sobota zapowiadała się wyjątkowo dobrze – od rana świeciło bystre słońce, które sprawiało, że nawet chłód nie był aż tak dokuczliwy. Na Starówce jak zwykle było pełno ludzi, zarówno miejscowych, jak i turystów. Par szukających przytulnej knajpki, Azjatów wymachujących szaleńczo aparatami fotograficznymi oraz amatorów historii pragnących zwiedzić odbudowany po wojnie Zamek Królewski.
Zuko i Sokka wybłagali Idę, żeby dotrzeć na Starówkę inną drogą, omijając Pałac Prezydencki i demonstrantów, którzy niemal zawsze tam stali. Pojechali więc tramwajem, zabawnym pojazdem pędzącym po szynach, i wysiedli tuż pod wysoką kolumną Zygmunta, u stóp której ludzie siedzieli i czekali na przyjaciół, z którymi się umówili.
- Ładnie tu – stwierdził nieprzytomnie Sokka. Wyglądał fatalnie. Cienie pod oczami i zielonkawy odcień skóry od razu mówiły, jak spędził wczorajszą noc.
- I tak oto odebrałeś lekcję numer jeden, Sokka – zaśmiała się Ida. – Pić i imprezować jest fajnie, ale kac następnego dnia to najgorsza rzecz na świecie.
- Zgadzam się – potwierdził chłopak zbolałym głosem. – To jakaś masakra! Kręci mi się w głowie i cały czas mnie mdli…
- Nie byleś nawet w stanie przełknąć śniadania, a skoro Sokka rezygnuje z jedzenia, to wiedz, że coś się dzieje! – dodał Zuko, z satysfakcją patrząc na umęczonego kolegę… Chwila moment. Kolegę? Wroga! To wciąż był jego wróg!
- Jesteś okropny – wymamrotał Sokka bez przekonania.
- Zadziwiające, Zuko. Mówisz zupełnie jak ksiądz Natanek! Jak to leciało? Jeśli twoje dziecko lubi demoniczne Pokemony, to wiedz, że coś się dzieje!
Ida zachichotała. Niestety, chłopcy nie zrozumieli żartu.
- Nieważne – westchnęła z rezygnacją.
- Hej, mówiłaś przecież, że nikt w twoim świecie nie jest magiem! – krzyknął Zuko.
- Bo tak jest. A co…
- No to patrz tam! – dodał zdumiony Sokka.
Ida spojrzała we wskazaną stronę i ujrzała, jak pod Zamkiem Królewskim grupka gapiów obserwuje młodego mężczyznę żonglującego ogniem. W istocie były to płonące kadzidła, którymi zręcznie wymachiwał, co chwilami wyglądało tak, jakby naprawdę wydmuchiwał ogień ze swych ust.
- To tylko sztuczka. Choć, trzeba przyznać, robi wrażenie. Ten koleś pewnie musiał długo ćwiczyć – wyjaśniła Ida. – Podejdziemy bliżej?
Przecisnęli się do pierwszego rzędu. Wokół nich błyskały flesze aparatów – uradowani ludzie robili zdjęcia i rzucali „magikowi” pieniądze do czapki u jego stóp.
- Masz rację. To tylko sztuczka! Ale wygląda niesamowicie, zupełnie jak prawdziwa magia ognia! – zachwycił się Sokka.
- Nie masz pojęcia, czym jest PRAWDZIWA magia ognia, wieśniaku – prychnął Zuko. – To, co robi ten mężczyzna, to zwyczajne oszustwo! HEJ, TY! – krzyknął nagle, przeciskając się do przodu i podchodząc do magika. – Pokażę ci, czym jest magia ognia!
Nim Ida i Sokka zdążyli go powstrzymać, Zuko już stał koło mężczyzny. Płomienie pojawiły się na jego otwartych dłoniach, a sam Zuko począł formować pozycje bojowe, zupełnie jakby szykował się do pojedynku. Ogień przeskakiwał mu z rąk do rąk, a Zuko dodatkowo wzniecał go, rozdmuchując płomienie. Publiczność cofnęła się z przestrachem, ale już po chwili zaczęła klaskać z zachwycenia. Flesze rozbłysły ze zdwojoną siłą. Każdy chciał zrobić zdjęcie Zuko.
- Matko, on jest szalony – wymamrotała Ida. Ale co mogła poradzić? Nie mogła nawet podejść do Zuko, bo by ją poparzył! Musiała stać i czekać. Po chwili stwierdziła, że równie dobrze i ona może porobić zdjęcia. Wyjęła więc telefon i przystąpiła do dzieła, dziwiąc się, że nie wpadła na zrobienie zdjęć wcześniej.
Zuko po chwili skończył pokaz i ukłonił się ceremonialnie. Tłum, który znacznie się powiększył, zaczął wiwatować i bić brawo, rzucając księciu masę pieniędzy do stóp.
- Przepraszam, przepraszam! – wołał Sokka, przeciskając się do Zuko i zbierając pieniądze. – Jestem z nim! To mój asystent! Sam go wyszkoliłem! Jeśli chcecie więcej, to wykupcie karnety na pokazy, po pięćdziesiąt złotych jeden bilet!
- Sokka, ty naciągaczu! – syknęła Ida.
- No co? Jestem po prostu przedsiębiorczy – zaśmiał się chłopak, szczerząc zęby. Góra pieniędzy w jego dłoniach wyraźnie poprawiła mu humor.
Tymczasem magik podszedł do Zuko i podał mu rękę.
- Jesteś świetny. Ukradłeś mi całe show. Gratuluję – powiedział. – Jak ty to zrobiłeś? To było naprawdę niesamowite! Poukrywałeś gdzieś jakieś zapałki, czy jak? Jak udało ci się tak szybko wzniecić ogień? Musiałeś trenować chyba przez całe swoje życie – stwierdził, znacząco spoglądając na bliznę księcia. – I widać, że wiele temu poświęciłeś.
- Tak… Trenowałem od małego – zgodził się Zuko. Musiał pilnować, żeby nie wypaplać, że to nie iluzja. – Cała moja rodzina się tym zajmuje. Wiele nauczył mnie mój stryj… To prawdziwy mistrz. Natomiast mój ojciec… On nigdy mnie nie doceniał. Faworyzował moją młodszą siostrę. Jej zawsze wszystko przychodziło łatwiej, także sztuczki z ogniem. Nie wkładała w to tyle wysiłku i serca, co ja. Ja za wszelką cenę starałem się zaimponować ojcu i zawodziłem, a ona po prostu czarowała, jakby to była najprostsza rzecz na świecie…
- Twój ojciec się myli. Ty naprawdę masz talent, stary – odparł magik, klepiąc Zuko po plecach. – Rób to, co kochasz, i nie zrażaj się. Rób to dla siebie, a nie po to, żeby zaimponować ojcu. Mój w ogóle nie pochwala tego, co robię. Wolałby, żebym znalazł normalną, dobrze płatna prace i zdobył wykształcenie, ale nie ciągnie do ognia jak ćmę do światła.
- Masz rację… Naprawdę masz rację – uświadomił sobie Zuko. – Powodzenia, przyjacielu.
- Powodzenia! – rzucił tamten na odchodne.
- Na drugi raz ostrzegaj, jeśli będziesz miał zamiar zrobić coś takiego! Zachowujesz się nieostrożnie! – skarciła księcia Ida. – Ale muszę przyznać, że mi się podobało. Hej, ty! – Ida dobiegła do odchodzącego magika i wręczyła mu swój telefon. – Zrobiłbyś nam zdjęcie?
- Pewnie – zgodził się tamten i już po chwili zaczęli sesję zdjęciową pod Zamkiem Królewskim. Po wszystkim poszli coś zjeść na mieście.
Właśnie mijali automat z batonikami i napojami. Ida zauważyła błagalne spojrzenie Sokki i zatrzymała się.
- A teraz patrz – rzekła, wrzucając drobne do automatu.
Sokka z nabożną czcią obserwował, jak Ida wciska kolejne guziki, w wyniku czego z automatu wyleciały batoniki, a do plastikowych kubeczków rozlało się cappuccino.
- Jak ty to zrobiłaś? Bez kubka Starbucksa?! – wymamrotał.
- A nie mówiłem,. że pieniądze wystarczą? – dodał zażenowany Zuko.
Sokka gapił się w automat jak urzeczony.
- Czy mogę wziąć sobie taki jeden do domu? – poprosił błagalnym tonem. – Proszę proszę proszę!
- Sokka, wstawaj! – rozkazała Ida, gdy Sokka zaczął kolejno bić pokłony przed nią i automatem. Zdziwieni ludzie omijali ich szerokim łukiem, gapiąc się przy tym bezczelnie.
- Do domu – powtórzył bezgłośnie Zuko. A gdzie był jego dom? W Królestwie Ognia? Bez Avatara pod pachą nie mógł tam wrócić. Czy więc w ogóle miał jakikolwiek dom?