Book 4 Chapter 19 – Nowe drogi

Od zwycięstwa nad Ozaiem minęły już dwa tygodnie. Nie był to lekki czas. Był to czas powrotów i pożegnań, czas ważnych decyzji i przedsięwzięć. Każdy na swój sposób starał się odnaleźć w nowej rzeczywistości.
Żołnierze, którzy służyli Ozaiowi, na wiadomość o jego śmierci uklękli i oddali hołd nowemu Władcy Ognia, Zuko. Chłopak nie za bardzo wiedział, co z nimi zrobić. Już raz go zdradzili i nie mógł im zaufać, ale gdyby zadecydował umieścić ich wszystkich w więzieniu, podnieśliby bunt i sprowokowaliby kolejną bitwę. Nie mógł na to pozwolić. Poza tym i tak nie miał więzienia, bo zostało ono zburzone przez Bumiego i Toph.
Zuko nie chciał ponownej koronacji. Uznał to za zbędne, zwłaszcza, że korona już i tak należała do niego. Poza tym wiązałoby się to z publicznym odprawieniem uroczystości pogrzebowych jego ojca. Obawiał się, że przerodziłyby się w manifestację, dlatego też Ozaia pożegnała tylko jego najbliższa rodzina, czyli starszy brat Iroh i jego dzieci, Zuko i Azula.
Nikt nie wiedział, o czym tak naprawdę rozmawiali, siedząc nad zwłokami byłego Władcy Ognia i patrząc, jak pożerają je płomienie. Ludzie jedynie przypuszczali, że wówczas załatwili między sobą co ważniejsze kwestie dotyczące władania nad Narodem Ognia oraz wyjaśnili sobie dawne żale. To drugie odnosiło się zwłaszcza do Azuli. Księżniczka ciężko zniosła śmierć ojca, mimo iż ostatnimi czasy przemocą odbierał jej moc. Ostatecznie jednak ona, kochana tylko przez ojca, i jej brat, kochany tylko przez matkę, spotkali się i wyjaśnili sobie wszystko.

Wszyscy, którzy wzięli udział w bitwie, tymczasowo zamieszkiwali królewski pałac. Zuko udostępnił im swoje komnaty, a ci z wdzięczności wzięli się za naprawę dachu, który zniszczyła Toph, by utorować wejście Appie.
Laneth poświęcał wolny czas na naukę magii ziemi. Toph nie odstępowała go ani na krok. Cały czas chodziła za nim, domagając się, aby spędzał z nią czas, oczywiście pod pretekstem ćwiczeń. Zawsze jednak było tak samo: gdy tylko Laneth ujrzał gdzieś Azulę, grzecznie przepraszał Toph i szedł do niej, co niewidomą dziewczynę doprowadzało do szewskiej pasji.
Azula i Laneth spędzali długie godziny na wspólnych rozmowach i spacerach. Wkrótce chłopak stał się dla księżniczki jedynym oparciem. Tylko on z nią rozmawiał, reszta nawet bała się na nią spojrzeć. Nie ufali jej.

Przede wszystkim jednak trwały też przygotowania do ślubu królewskiej pary. Wszędzie sprzątano, myto i czyszczono. Ludzie ozdabiali swoje domostwa. Każdy pragnął wziąć wreszcie udział w czymś miłym i choć na chwilę zapomnieć o wojnach.
W końcu nadszedł ten dzień.
Katara jak co rano obudziła się w miękkim łóżku w swojej nowej komnacie. Choć może obudziła się nie było najlepszym sformułowaniem, bo przez całą noc nerwowo się wierciła, nawiedzana przez najrozmaitsze wizje i twarze tych, których znała. Wciąż bała się, że lud jakimś cudem dowie się, że to ona zadała Ozaiowi ostateczny cios. Oficjalna wersja była taka, że męzczyzna zginął, strawiony przez nadmiar skradzionej mocy.
Niedługo później siedziała już przed wielkim, kryształowym lustrem. Wokół niej kręciły się służące, które ubierały ją, czesały i malowały. Gdy po tych zabiegach Katara spojrzała w zwierciadło, nie poznała samej siebie. Dziwnie wyglądała, odziana w purpurowe szaty królowej, bogato haftowane i przetykane złotem. Zresztą cała jej garderoba teraz tak wyglądała… Gdy nikt nie patrzył, Katara powiesiła do szafy swoją starą, niebieską sukienkę z Plemienia Wody. Choć stara i podarta, zawisła wśród tych nowych, aby przypominać Katarze o tym, skąd pochodzi.
Podążyła niepewnym krokiem w stronę wyjścia z jej części pałacu. Wszyscy goście i zwykli obywatele zgromadzili się już na zewnątrz. Słyszała ich stłumione przez pałacowe mury oklaski i wiwaty. Musiała rytualnie przejść ze swojej części pałacu do części, którą zamieszkiwał Zuko.
Po drodze zapatrzyła się w wielkie lustro. Kobieta, która przed nią stała, była Katarą, lecz całkiem inną od tej, którą znała. Te szaty, uczesanie, makijaż… Wszystko było takie niesamowite! Miała wrażenie, że jeszcze chwila, a wszystko zniknie i okaże się jakimś dziwnym, szaleńczo pokręconym snem…
Nagle ujrzała w zwierciadle czyjąś twarz. Kobieta miała jakby znajome rysy, jednak Katara, zdenerwowana własnym ślubem, nie mogła ich sobie skojarzyć. Uśmiechała się delikatnie.
Katara odwróciła się, by z nią porozmawiać, jednak za nią nikogo nie było. Spojrzała ponownie w lustro. Dziwne.
- Lepiej się pospiesz, Kataro! Wszyscy już na ciebie czekają.
To był jej ojciec. Ubrany w odświętny strój Południowego Plemienia Wody, miał ją wziąć pod rękę i odprowadzić do przyszłego męża.
- Z początku cię nie poznałem – powiedział. Głos mu się łamał. – Wyglądasz pięknie, choć nie wiem, czy kiedykolwiek przywyknę do tej czerwieni.
- Ty nie chcesz, bym wychodziła za Zuko, prawda? – spytała.
Hakoda zasępił się. Było oczywiste, że gdyby miał wybierać jej narzeczonego, wybrałby kogoś z ich plemienia. Albo Avatara, którego już od dwóch tygodni nie widzieli i który nie dawał znaku życia…
- Szanuje twoją decyzję, Kataro. Zawsze będę z tobą, cokolwiek postanowisz – powiedział.
Córka rzuciła mu się na szyję.
- Tak cię kocham, tato – załkała.
- Tylko mi tu nie płacz! Zmażesz sobie makijaż – zaśmiał się Hakoda. Wziął ją pod rękę. – Gotowa?
- Gotowa – odparła Katara. Wzięła głęboki oddech. Gdy przejdzie przez te wrota, jej życie się zmieni. Zmieni się nie do poznania.
Ale nie było już odwrotu.

Powitały ją głośne wiwaty. Ludzie z Narodu Ognia przybyli tłumnie, aby ujrzeć swą nową królową. Wielu wzdychało nad jej egzotyczną w tych stronach urodą, zwłaszcza nad śniadą cerą. Niektórzy jednak krzywili się z niesmakiem, i powtarzali pod nosem wieśniaczka. Jakieś dziewczyny z Narodu Ognia, jej rówieśniczki, spoglądały na nią z zazdrością. Zapewne myslały, że każda z nich równie dobrze mogłaby być na jej miejscu… Katarę pokrzepił nieco widok twarzy jej przyjaciół. Stali i wpatrywali się w nią z szeroko otwartymi oczyma. Suki szeptała coś do Toph, zapewne opowiadała jej, jak Katara wygląda.
Boleśnie rzucał się w oczy brak jednej, drogiej jej twarzy. Twarzy Aanga…
Katarę onieśmielał cały ten przepych i ci wszyscy ludzie na placu. Cieszyła się, że ma oparcie w postaci Hakody, bo inaczej niechybnie potknęłaby się i przewróciła.
Przed nimi szło całe jej plemię z Sokką na czele. Wszyscy dumnie wyprostowani, szli prężnym krokiem i nie dawali po sobie poznać, że czują się obco w Królestwie Ognia. Gdy doszli do Zuko, pokłonili się i rozstąpili, zostawiając miejsce dla Hakody i Katary.
Dziewczyna nie myślała już o niczym, gdy tylko ujrzała Zuko. On też włożył najlepsze, królewskie szaty, i spiął włosy w kok, na którym tkwiła korona. Drugą, mniejszą i przeznaczoną dla niej, trzymał w swych dłoniach.
Jego brwi uniosły się na jej widok. Katara nieśmiało spuściła oczy, zupełnie tak, jakby dopiero co się poznali, jakby mieli jeszcze przed sobą pierwsze miłosne wyznania.
Uklękła przed nim. Zuko nałożył na jej głowę koronę. Tłum zamilkł.
Katara wstała. Ona i Zuko chwycili się za ręce.
- Wezmę cię za to, kim jesteś, jeśli ty weźmiesz mnie za wszystko – powiedział Władca Ognia. Wielokrotnie ćwiczyli z Katarą tę scenę, aby się nie pomylić. Słowa przysięgi obydwoje znali na pamięć.
Teraz jednak pamięć Katary nie działała najlepiej. Słyszała jakieś szepty, jakieś podpowiedzi, i choć rozpaczliwie starała się je usłyszeć, nie mogła tego zrobić. Stała tylko, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Nie pamiętała, co miała powiedzieć…
Nagle tłum wokół niej zniknął. Wszystko zlało się w jedną całość, muzyka przycichła. Nie dostrzegała niczego oprócz stojącego przed nią Zuko. Tylko on dla niej istaniał w tej chwili.
Za nic nie mogła przypomnieć sobie słów przysięgi, postanowiła więc przejść do następnego punktu ceremonii: zbliżyła się do Zuko i pocałowała go.
Nieco zdezorientowani widzowie zaczęli klaskać. To naprawdę się działo, stali tam, na środku pałacowego dziedzińca, i całowali się. Zuko objął Katarę z czułością. Moją żonę, pomyślał. Jak dziwnie to brzmiało! Żona.
Katara myslała o tym samym, tonąc w objęciach męża.
Trzymając się za ręce, podeszli do specjalnie przygotowanego podestu. Stanęli na nim, ogarniając spojrzeniem cały lud.
- Wiele razem przeszliśmy – zaczęła Katara. Wiedziała, że miała przygotowaną jakąś przemowę, ale jej też nie mogła sobie przypomnieć. – Sami przekonaliście się, do czego doprowadziła nas droga nienawiści. Naród Ognia i Plemię Wody zawsze wojowały między sobą, ale teraz nastała nowa era. Era pojednania. Era współpracy. Teraz jestem już jedną z was, jednak w sercu zachowam moje plemię. Mam nadzieję, że przyjmiecie mnie do swojeo grona. Mnie i każdego innego, kto zechce do niego dołączyć!
Jej przemowę zakończyła burza oklasków. Ludzie skandowali jej imię. To nie mogła być prawda. To z pewnością był sen…

Po oficjalnej części uroczystości przyszedł czas na ucztę weselną, na którą młoda para zaprosiła tylko najblizszych przyjaciół. Stoły uginały się od nadmiaru potraw, grała muzyka. Wszędzie chodziły służące z tacami, rozdając przekąski i napoje.
Katara nie miała problemów z listą gości. Miała wielu przyjaciół, a większość z nich i tak znajdowała się na miejscu. Na jej zaproszenie przybył między innymi Haru, zaprzyjaźniony mag ziemi, któremu niegdyś pomogła uciec z więzienia i odzyskać wiarę. Szczególnie jednak ucieszyło ją przybycie babci. Chyba po raz pierwszy cała jej rodzina była w komplecie! Rozglądała się po twarzach gości w poszukiwaniu Aanga, jednak nie było go. Było jej przykro z tego powodu. Nawet więcej niż przykro.
W przeciwieństwie do swej małżonki, Zuko miał większe problemy z zaproszeniami. Nie miał wielu przyjaciół czy znajomych. Zaprosił tylko Ty Lee, Mai, Jin i Song. Wątpił, by dwie ostatnie odpowiedziały na zaproszenie, mieszkały przecież bardzo daleko.
Z Mai wiele rozmawiał przez ostatnie dwa tygodnie. Dziewczynie udało się przeżyć walkę, choć otrzymała ciężkie obrażenia. Sama Katara ją uzdrowiła, choć Mai długo się przed tym wzbraniała i nie dawała się namówić. Sytuacja była bowiem więcej niż niezręczna. Uzdrawiała ją przecież ta, która zajęła jej miejsce i zgarnęła wszystko to, co już niemal zdawało się należeć do niej: koronę, pałac i miłość Zuko. Mai nie miała jednak do niej żalu. Niewiele rzeczy było w stanie ją poruszyć. A Katarę… Katarę nawet mogła zaakceptować. Ostatecznie.
Okazało się jednak, że wszystkie dziewczyny odpowiedziały na zaproszenie. W chwili, gdy Zuko ujrzał je przed sobą, przyciągające zdumione spojrzenia zgromadzonych, zaczął wątpić, czy zaproszenie wszystkich swoich byłych na swój własny ślub było dobrym pomysłem.
Pierwsza podeszła do niego Jin. Uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- Długo nie wierzyłam twojemu stryjowi, gdy wyjawił, że jesteś Władcą Ognia – zaśmiała się. – Szkoda, że nie mieszkasz już w Ba Sing Se…
- Ta dziewczyna ma wielki potencjał! – wtrącił przechodzący obok Iroh. – Szybko się uczy. Zgłębiła już większość tajników parzenia wyśmienitej herbaty…
- Pracuję teraz w herbaciarni twojego stryja – wyjaśniła Jin. – Zatrudnił mnie jako pomocnicę.
- Eee… Cieszę się – odparł Zuko.
- A więc znacie się z Ba Sing Se? – spytała nagle Katara, która pojawiła się tuż przy nich.
- Tak. Zuko, pamiętasz naszą randkę?
Jin zaśmiała się na jej wspomnienie. Zuko też by się zaśmiał, gdyby nie groźne spojrzenie Katary. Tamta randka była kompletnym niewypałem. Na miejscu Jin zwiałby z niej już w połowie, lecz dziewczyna dzielnie dotrwała do końca. Owszem, spotkanie zakończyło się pocałunkiem, ale potem już więcej się nie spotykali. Jin może nawet miała na to chęć, ale Zuko nie chciał jej oszukiwać. Nie mógł jej powiedzieć, kim naprawdę jest, bo ściągnęłoby to na nią kłopoty. A on sam nie mógł być z osobą, którą nieustannie musiałby oszukiwać.
Najwięcej spojrzeń przyciągnęła jednak Song, która przybyła wraz ze swoją matką. Wyglądała bajecznie w długiej sukni, która mogła konkurować jedynie z kreacją samej panny młodej.
- To jest właśnie Song, o której ci opowiadałem – zwrócił się Zuko do Katary.
- To ty pomogłaś mi, gdy byłam w śpiączce – powiedziała Katara, uśmiechając się z wdzięcznością do Song. – Dziękuję ci.
Zuko w swojej opowieści oczywiście zgrabnie pominął fakt, że Song wyznała mu miłość.
Dziewczyna nie za bardzo wiedziała, jak się zachować. Ukłoniła się przed młodą parą.
- Daj spokój, Song – rzekł Zuko, podnosząc ją. – Nie musisz się nikomu kłaniać.
- Nawet nie masz pojęcia, jakie poruszenie zapanowało w mojej wsi, gdy wjechali do niej królewscy posłańcy Narodu Ognia i zatrzymali się przed moim domem – powiedziała Song, rumieniąc się. – Przez cały czas jakaś część mnie kazała mi mysleć, że to, co powiedziałeś, jest tak nieprawdopodobne, że nie może być prawdą! Myślałam o tobie. O tym, czy udało ci się dotrzeć na Biegun i uratować Katarę… Gdy przyszło zaproszenie na twój ślub… Twoi posłańcy musieli mieć niezłe powody do śmiechu z mojej reakcji i miny mojej matki!
Jej oczy świeciły. Zuko domyslił się, że wciąż musi być w nim zakochana. Upewnił się w tym przekonaniu, gdy dziewczyna stanęła na palcach i ucałowała go lekko w policzek. Wszyscy patrzyli na tę scenę z szeroko otwartymi oczami. Kim jest ta piękna, nieznajoma dziewczyna, która pozwala sobie na taki poufały gest wobec samego Władcy Ognia? Pytanie to miało być na ustach ludzi jeszcze długo po zakończeniu wesela.

Wyjątkowo pięknie tego dnia wyglądała również Toph, która na co dzień nie przywiązywała wagi do ubioru. Dzięki spiętym w wytworny kok włosom i eleganckiej sukience wreszcie wyglądała na to, kim była – dziedziczką fortuny Bei Fongów, panienką z zamożnego rodu. Nawet na Lanecie zrobiła wrażenie. Chłopak nie poznał jej w pierwszym momencie. Dotrzymywał jej przez jakiś czas towarzystwa, jednak jego wzrok błądził po weselnych gościach w poszukiwaniu innej dziewczyny…
W końcu ją ujrzał. Stała pod ścianą z kieliszkiem w ręku i powoli sączyła znajdujący się w nim napój. Ona też włożyła dziś królewskie szaty, tyle że przeznaczone dla księżniczki.
- Zostawię cię na chwilę – powiedział Laneth. Toph aż spurpurowiała ze złości. Już wiedziała, co się święci.
- Oczywiście – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
Mahdotonta podszedł do Azuli.
- Nie powinnaś tak sama tutaj stać – zagadnął.
- Teraz sam widzisz – prychnęła. – Nikt do mnie nie podejdzie, by porozmawiać. Nikt. Nie znoszą mnie. Najchętniej spaliliby mnie żywcem…
- Nie mów tak – przerwał Laneth, łapiąc ją za wolną rękę. – Ja tu przecież jestem! Rozmawiam z tobą i nie dbam o to, czy komuś się to podoba, czy nie.
Uporczywie wpatrywał się w jej złote oczy, aż Azulę przeszedł dreszcz. Odepchnęła jego rękę.
- To nie ma sensu, Laneth – powiedziała i odeszła do stołu z przekąskami.
Chłopak stał pod ścianą jeszcze długo, nim dotarło do niego to, co się stało. Choć wychowywany w atmosferze wzajemnego zrozumienia i łagodności, poczuł, że ma ochotę w coś uderzyć. Albo w kogoś…
Nagle na ramię Lanetha wskoczyło coś białego i puchatego.
- Momo? – zdziwił się na widok lemura. – Ale… Co ty tu robisz? Przecież Avatar zabrał cię ze sobą…
Spojrzał w stronę drzwi, które właśnie ktoś otwierał szeroko.
- Aang! – wykrzyknął Sokka. – Ty to masz wejście!
Cała Drużyna Avatara podbiegła do niego, aby go uściskać. Wszystkim spadł kamień z serca.
Jedynie Katara i Zuko zachowali dystans.
Gdy Aangowi udało się wydostać z objęć przyjaciół, podszedł do królewskiej pary. Nie poznał Katary. To już nie była ta sama dziewczyna, którą spotkał na Biegunie Południowym. Była starsza, piękniejsza i bardziej doświadczona przez los. Nosiła królewskie szaty. Była żoną Władcy Ognia… Czy jednak pozostało w niej coś, co znał? Na przykład uśmiech. I oczy. Oraz jej serce. Zawsze otwarte na krzywdę innych… I na niego.
- Nie mogłem przegapić ślubu dwójki moich przyjaciół – powiedział na początkek. – Byłem w obu Świątyniach Powietrza. Szukałem spokoju. Ta samotna podróż była mi potrzebna. Dzięki niej coś zrozumiałem. Coś ważnego.
Nie powiedział tego na głos. Nie było to proste. Był Avatarem i musiał być ponad to. Los biegł swoim torem, jego przyjaciele podorastali i wybierali swoje drogi. Ci, których kochał, rozstawali się i schodzili, jednak zachowywali pamięć o sobie nawzajem. To, co przeżyli, już na zawsze w nich pozostanie.
Katara też o tym wiedziała. Nie mogła tak po prostu zmusić Aanga, by wyzbył się wszystkich niewygodnych uczuć do niej. Teraz najbardziej liczyło się dla niej to, że był tutaj, koło niej. Że nie uciekł, nie zamknął się w sobie.
Padli sobie z Aangiem w objęcia.
- Dziękuję – powiedziała. Szepnęła mu jeszcze przepraszam, ale tak cicho, że nie była pewna, czy usłyszał.
Zuko i Aang uścisnęli sobie ręce. Przed nimi była jeszcze długa droga.

- Nie powinnaś tak spławiać Lanetha. Jest przystojny – powiedziała Ty Lee, podchodząc do stołu z przekąskami i stając koło Azuli.
Dziewczyna spojrzała na dawną przyjaciółkę zdumiona. Sadziła, że oprócz Mahdotonty nikt się do niej nie odezwie.
- Sama słyszałaś. To, że jest przystojny, jest wystarczającym argumentem, by się z nim bliżej poznać – dodała Mai, która nagle znalazła się koło nich. Uśmiechnęła się do Azuli. – Cieszę się, że wróciłaś. Miałam już dosyć bezsensownej papalaniny Ty Lee…
- Hej! Tylko bez takich! – obruszyła się dziewczyna. – Azula, powiedz jej coś! Tylko ciebie słucha. Mnie ma w głębokim poważaniu…
Nagle wszystkie trzy utonęły w uścisku.
- Dziękuję wam – powiedziała Azula cicho. – Myślałam, że nie chcecie mnie znać. Tak, jak reszta tego towarzystwa…
- Nie mówmy o tym – ucięła Mai. Nie chciała poruszać drażliwych tematów. Wciąż bała sie o kondycję psychiczną księżniczki. Zresztą sama nie miała łatwiej. Jej ojciec, jako przywódca buntu, jako jeden z nielicznych siedział teraz w zaimprowizowanym więzieniu.
- A więc co z Lanethem? – zaczęła znowu Ty Lee. Najwyraźniej tylko temat facetów był w stanie ją zainteresować. – On cię lubi. To widać.
- Ja… Nie mogę – westchnęła Azula. – On nie wie, kim byłam. Gdyby znał mnie taką, jaką byłam przed dwoma laty, nawet by na mnie nie spojrzał. No, chyba że z nienawiścią.
- Ale teraz jesteś inna, prawda? I on zna ciebie taką. To się liczy – powiedziała Ty Lee.
Inna. Zmieniła się? Czyżby? Azula sama nie wiedziała. Dziwnie się czuła. Ale jak miał czuć się ktoś, kto dwa lata miał wymazane z życiorysu? Mimo to trzeba było jakoś dalej żyć. Więc czemu nie zacząć już teraz?
- Dobra. Idę do niego. Ale jeśli coś pójdzie nie tak… Wtedy na powrót stanę się dawną Azulą – zagroziła.

Mahdotonta stał na tarasie. Podobnie jak inni, ucieszył się z powrotu Aanga, ale inne sprawy zaprzątały jego głowę bardziej.
- Czy wiesz, co robiłam ostatnim razem, gdy znalazłam się sam na sam z chłopakiem na tarasie?
Odwrócił się, choć nie musiał, by rozpoznać jej głos.
- Azula – zdziwił się. Z tego, co zrozumiał, nie chciała kontynuować tej znajomości. Co więc tu robiła? – Nie mam pojęcia. Pewnie zrzuciłaś go z tarasu, wcześniej uderzając kulą ognia i dziesięcioma piorunami. Czy tak?
- To by pasowało do historii o tym, jaka kiedyś byłam – odparła. – Zdziwiłbyś się, ile w tym prawdy. Ale nie tym razem. Niezupełnie o to mi chodziło.
- Co więc z nim zrobiłaś? Jeśli nie ogień i pioruny, to może… Pomyślmy… Wezwałaś żołnierzy, by odwalili brudną robotę za ciebie, a potem uczyniłaś go swoim więźniem?
- Jesteś złośliwy, Laneth – zauważyła. – Chyba nie tak cię wychowano. Ach, co z tobą zrobił Naród Ognia…
Położyła mu ręce na ramionach.
- Jeśli jesteś ciekawy, jak potraktowałam tamtego chłopaka, zamknij oczy.
Azula przywykła do tego, że wszyscy słuchali jej rozkazów i spełniali wszystkie zachcianki. Laneth jednak zachował się inaczej. Nie czekając na jej ruch, objął ją w pasie i pocałował.

Gdy Katara podeszła do swoich dziadków, ci uśmiechali się podejrzanie.
- O co chodzi? – spytała.
- Postanowiliśmy, że przeniesiemy się na Biegun Południowy – wyjaśnił Pakku. – Teraz to ja będę tam jedynym magiem wody, gdy ciebie zabraknie…
- A ja wrócę do domu – dodała Kana. – Nie podobało mi się na Biegunie Północnym.
- Ach, tak ciężko cię zadowolić – westchnął Pakku z rezygnacją.
Katara zaśmiała się.
- My też wracamy – oznajmił Hakoda. Popatrzył na Sokkę. – A ty, synu?
Sokka spojrzał na stojącą koło niego Suki. Nie chciał jej opuszczać.
- Ja też wracam – odpowiedział. Poczucie obowiązku wobec plemienia było w nim mocno zakorzenione.
- Czy… Czy znajdzie się miejsce dla mnie?
Wszyscy spojrzeli na wojowniczkę Kyoshi tak, jakby widzieli ją pierwszy raz w życiu. Zwłaszcza Sokka.
- Suki… Jak ja cię kocham! – wykrzyknął i rzucił się jej na szyję, powalając swoją dziewczynę na podłogę.
- Sokka, ty świrze! Zejdź ze mnie! – rozkazała, ale chłopak nie słuchał. Nie wierzył, że kiedykolwiek mu się ułoży. Teraz nie tylko jego siostrę czekało nowe życie. Jego też.

Aang usiadł koło Toph. Dziewczyna była wyraźnie nadąsana. On może nie, ale jego nastrój był równie paskudny.
- Fajnie, że wróciłeś – powiedziała. – Przeczuwałam, że wrócisz. Nie powiedziałeś jeszcze ostatniego słowa, prawda?
Aang otworzył szeroko oczy. Jak to możliwe? Tłumił to pragnienie, tłumił tę myśl, a Toph i tak wszystko wyniuchała!
- Czy aż tak bardzo to widać? – spytał. Wciąż obserwował Katarę. – A ty? Chyba też masz nienajlepszy humor.
- Nienajlepszy?! – prychnęła. – Nasz nowy przyjaciel Laneth woli towarzystwo zbzikowanej, niebezpiecznej księżniczki niż moje! I jak tu nie czuć się paskudnie?
- Zuko i Azula nieźle dali nam w kość – powiedział Aang.
- A to dopiero początek – dodała Toph.
Coś w jej głosie powiedziało Avatarowi, że nie zamierza poddać się bez walki. A on? Co mógł jeszcze zrobić?
- Razem jakoś damy radę, Toph – pocieszył ją, klepiąc ją po plecach.
Obydwoje byli samotni. Aang postanowił, że za wszelką cenę postara się dziś rozweselić przyjaciółkę. Musieli trzymać się razem.

Uroczystości weselne trwały aż do poźnej nocy. Dopiero, gdy wszyscy goście się rozeszli, Katara mogła odetchnąć z ulgą. Była taka zmęczona!
Nagle ktoś przewiązał jej oczy przepaską.
- Hej! Co to ma…
- Mam dla ciebie niespodziankę – powiedział Zuko. Wreszcie zostali sami. – Zaprowadzę cię.

Z tego, co udało jej się wywnioskować, wydostali się z pałacu. Jeśli się nie myliła, musieli być gdzieś za nim, w okolicy pałacowych ogrodów. Nie mogła się jednak zorientować, w której konkretnie części. Zrobiło jej się zimno. Wyraźnie słyszała szum wody, a z tego, co sobie przypominała, oprócz niewielkiej sadzawki żadnej wody w ogrodach nie było…
Nagle opaska opadła z jej oczu. Rozciągnął się przed nią niezwykły widok.
Na ogród otoczony wysokimi skałami padało blade światło księżyca, tworząc niezywkłą atmosferę. Po niewielkim strumyku pływały lampiony ze świecami w środku, zupełnie tak, jak na Festiwalu Świateł w Omashu. Wszędzie było pełno fontann, jednak tym, co najbardziej zdumiało dziewczynę, był lód. Sceneria przypominała jej Biegun Południowy. Na środku stała altana, otoczona śniegiem i lodowymi figurami.
- Och… Ale jak…
Katarze zaparło dech w piersiach. Natychmiast wzięła śnieg w swoje ręce. – Zuko! Jak to zrobiłeś?
- Na pomysł wpadłem już w Oazie Duchów – powiedział. – To jedyne miejsce na Biegunie Północnym, w którym rośnie trawa. Od dzisiaj w Królestwie Ognia mamy miejsce, w którym jest lód i śnieg. Będzie ci przypominał o domu. Pomogli mi magowie wody i ziemi. Nie wiem tylko, jak je nazwać…
- Tu jest pięknie – przerwała mu. – Niesamowicie…
Przeszedł ją dreszcz. Sama nie wiedziała, czy z ekscytacji, czy z zimna.
- Może wejdziemy do altany – zaproponował Zuko.
Wewnątrz było przyjemnie ciepło. Nigdy niegasnący ogień płonął na palenisku, rzucając światło na ściany ozdobione obrazami przedstawiającymi zimowe pejzaże i innymi zdobieniami.
- To ten sam ogień, który płonie w diamencie, który ci podarowałem – wyjaśnił Zuko. – Pomyślałem, że sprowadzę go jeszcze trochę i umieszczę tutaj. To takie symboliczne miejsce…
- Oaza Dwóch Żywiołów – wpadła na pomysł Katara. – Miejsce, w którym woda spotyka się z ogniem.
- Tak jak my – dodał Zuko.
Katara pociągnęła za rzemień, który spoczywał na jej szyi, i wyjęła zza dekoltu naszyjnik.
- Załozyłaś go! – ucieszył się Zuko. – Płonący Diament. Po tym, ile przysporzył nam problemów, nie sądziłem, że kiedykolwiek choćby na niego popatrzysz.
- Wiesz, o czym teraz pomyślałam? Stare przesądy mojego plemienia wcale nie są głupie. Podarowałeś mi ten naszyjnik na szesnaste urodziny i tym samym związałeś ze mną swój los. Sprawdziło się – powiedziała, gładząc powierzchnię diamentu.
- I myślisz, że niby tylko dlatego jesteśmy razem? Nie sądziłem, że jesteś taka naiwna – zadrwił Zuko. Uśmiechnął się jednak ciepło, co zepsuło efekt.
Nareszcie byli sami. Tutaj, w Oazie Dwóch Żywiołów, nikt nie mógł im przeszkodzić. Po tylu przejściach ostatecznie wylądowali w swoich ramionach. Ich usta złączyły się.
Teraz byli już jednością.

THE END

P.S.  Długo wpatrywałam się w te dwa wyrazy wyżej z niedowierzaniem. Koniec. Nawet nie macie pojęcia, ile razy zaczynałam coś pisać, i ile razy rezygnowałam. Tym razem mi się udało doprowadzić historię do końca. Może dlatego, że miałam motywację? Bardzo dziękuję Wam za to, że byliście ze mną. Dziękuję wszystkim, którzy komentowali moje rozdziały, a także przyjaciółkom, które też czytały to, co napisałam. Zwłaszcza jednej, która spóźniła się na spotkanie ze mną, ponieważ… zaczytała się w moim opowiadaniu ;)
Specjalne podziękowania dla niżej wymienionych czytelników:

milka
saya14

Easy Boy

Wonder Girl

Song

Za to, że byliście ze mną. A raczej z Zuko i Katarą :)

Zdradzę Wam, że mam jeszcze mnóstwo pomysłów. Martwi mnie jednak to, że kończą się wakacje i czasu nie będzie już tak wiele. Będę się jednak starała wciąż pisać. Może nie tak często, jak w wakacje, ale będę. Zwłaszcza, że wymyśliłam już co nieco :)

~Painted Lady

Book 4 Chapter 18 – Pełnia, Part II

Katara w towarzystwie magów wody z Północnego Plemienia Wody dotarła na wybrzeże przy lesie magnaków. Księżyc w pełni odbijał się w tafli wody, podkreślając głębię morskiej toni. Dziewczyna wpatrywała się w nią, zastanawiając się, gdzie jest Aang. Wiedziała, że gdzieś tam, na dnie morza, ale ta wiedza zdawała się nierzeczywista i ulotna. Tak ciężko było w to uwierzyć, stojąc wreszcie na piaszczystej plaży ze świadomością, że jeśli ona, Pakku i pozostali magowie zawiodą, Aang już nigdy nie powróci, a wszystko, na czym jej zależy, pochłonie złowieszcza pożoga tyranii Ozaia…
Myśl o Ozaiu sprawiła, że automatycznie pomyślała o Zuko. Zalała ją fala strachu i troski. Gdzie on teraz jest? Czy już walczy z własnym ojcem? Czy w ogóle jeszcze żyje?
Nie mogę się teraz rozpraszać myślami o nim, krzyczała w duchu. Gdyby mogła, byłaby teraz koło niego. A co, jeśli zostanie ciężko ranny, i nie będzie miał go kto uzdrowić? Gdy walczyli z Azulą dwa lata temu, była przy nim. A teraz…?
- Kataro? – wyrwał ją z rozmyślań Pakku. – Jesteś gotowa? Łódź podwodna już czeka. Możemy nurkować.
Skinęła głową, bojąc się, że gdyby się odezwała, odczytałby strach i niepokój z jej głosu.
Na brzegu pozostawili pięciu magów, reszta udała się do łodzi. Łódź była oczywiście dziełem mechanika, który stworzył swoim ludziom wspaniały dom w dawnej Południowej Świątynii Powietrza.
- Chodźcie, nie mamy czasu do stracenia! – ponaglił ich mechanik. – Pod wodą też nie będziemy mogli przebywać zbyt długo. Przez ostatnie dwa lata zupełnie nie myślałem o tej łodzi i dlatego wciąż nie wiem, jak doprowadzać do niej tlen bez wynurzania – zakończył, lekko się czerwieniąc.
Zanurzyli się. Katara i Pakku stali po obu stronach trzymającego ster mechanika, wraz z nim wypatrując bryły lodu, w której uwięziony był Aang. Przemieszczali się coraz niżej niżej, jednak wokół nich oprócz wody i ryb nic nie było.
Nagle światło reflektora padło na zamrożoną powierzchnię.
- Jest! To Aang! – krzyknęła Katara. Radość przepełniła jej serce, gdy ujrzała Avatara. W bryle lodu przybrał taką pozę, jakby medytował. Coś jej to przypominało…
- Pewnie wchodził do Świata Duchów – wyszeptała.
- Co? Co powiedziałaś? Świat Duchów? – zainteresował się mechanik, lecz Katara zignorowała go.
- Wszyscy na miejsca! – polecił Pakku. – Za chwilę opuścimy łódź. Bądźcie gotowi!
Magowie wody posłusznie zajęli stanowiska. Każdy z nich kolejno wydostawał się z łodzi podwodnej, natychmiast wytwarzając wokół siebie bańkę powietrza umożliwiającą oddychanie.
Katara wzięła głęboki oddech, gdy nadeszła jej kolej. Nie myśl teraz o Zuko, powtarzała sobie cicho. Myśl o Aangu!
Bańka powietrza, w której się znalazła, zachwiała się niepokojąco. Wzmocniła jej ściany. Dzięki wyćwiczonym ruchom obu rąk udawało jej się nią sterować.
Pozostali magowie zgromadzili się już wokół Aanga. Wyglądało to dość niesamowicie – bryła lodu z Avatarem w środku, a wokół niej unoszący się w niemal przezroczystych bańkach magowie.
Katara podpłynęła do Aanga. Dała znak pozostałym i wszyscy razem wytknęli swe ręce poza granice przezroczystej osłony, dotykając zimnego lodu.
Skupili się. Przemiana wody ze stanu stałego w gazowy wbrew pozorom wcale nie była taka prosta. Może magowi ognia niesprawiłoby to większych problemów, ale nie było sposobu, by jakikolwiek mag ognia mógł spokojnie przemieszczać się nad dnem morza. Dlatego musieli to zrobić oni.
Mijały kolejne minuty, choć zdawały się mijać wiecznie. Gruba warstwa lodu powoli znikała. Nie topniała, lecz przekształcała się w niewidoczną parę.
Katara wytężyła wszystkie swoje siły, byleby dostać się szybciej do Aanga. Tak chciała już dotknąć jego dłoni! Brakowało jej jeszcze kilku centymetrów. Ponagliła się w duchu. Musiała się spieszyć… Jeszcze kawałaczek… Jeszcze troszeczkę…
Nagle warstwa lodu ustąpiła. Zamiast niej poczuła zimniejszą od lodu dłoń.
- Aang! – wykrzyknęła, choć przecież nie miał prawa jej usłyszeć. – Aang!
Pozostali magowie aż spocili się z wysiłku, usuwając kolejne warstwy. W końcu udało się całkowicie pozbyć lodu. Katara objęła Aanga mocno, zabierając go do swojej bańki powietrza. Gdyby nie to, że wciąż musiała pilnować, by nie pękła, natychmiast użyłaby uzdrawiania…
Okazało się to jednak zbędne. W chwili, gdy o tym pomyślała, Avatar otworzył oczy, które zabłysły oślepiająco białym światłem. Jego tatuaże świeciły przez chwilę. Odzyskiwał przytomność.
Katara ponownie wymówiła jego imię. Powtórzyła je kilka razy, jednoczesnie mocno trzymając go za ręce.
Nagle oczy Aanga przybrały dobrze jej znajomy odcień. Chłopak spojrzał na nią nieprzytomnie.
Przytuliła go, jednocześnie rozsmarowując jego odtrętwiałe od długotrwałego bezruchu ciało. Katem oka dostrzegła przepływającego obok Pakku. Kazał jej jak najszybciej wracać do łodzi.
- Kataro – wychrypiał Aang – Przepraszam cię. Nie chciałem zabić Zuko, to był jakis potworny impuls, sam nie wiem, co we mnie wstąpiło…
- Już dobrze, Aang – załkała dziewczyna, przytulając go jeszcze mocniej. – Ja też cię przepraszam. Powinnam była wcześniej ci powiedzieć, co do niego czuję.
Długo czekała, by pozbyć się tego ciężaru. Wiedziała, że muszą wracać i stanąć do walki, ale ta chwila w bańce powietrza należała tylko do nich.
- Od kiedy? – spytał tylko Aang.
- Od… – zająknęła sie Katara. Od kiedy tak naprawdę zaczęła kochać Zuko? Czy w ogóle był to jakiś ściśle umiejscowiony na osi czasu punkt? Wstydziła się do tego przyznać, ale chyba odkąd go pierwszy raz zobaczyła, żywiła do niego jakieś uczucia. Najpierw była to nienawiść. Potem nawiedzał ją w snach, najczęściej jako wróg, ale mimo wszystko dało się odczuć cienką nić czegoś, czego wtedy nie potrafiła nazwać… I w końcu Ba Sing Se. Ile to razy zastanawiała się, co by się wydarzyło, gdyby Aang i Iroh nie przerwali jej i Zuko w jaskinii? Uzdrowiłaby jego bliznę, potem może nawet stałoby się coś więcej… Ale to nie miało znaczenia, bo on ją potem zdradził, wbrew temu, co mówił o swojej przemianie. Potem nienawidziła… Nie, nie jego. Siebie. Nienawidziła siebie za to, co do niego czuje. Już wtedy…
A później Aang pierwszy wyznał jej miłość. Nie mogła go zranić. Było jej ciężko, zwłaszcza gdy Zuko dołączył do nich, ale była silna. Rozsądek nakazywał jej zostać przy Aangu, zwłaszcza, że Zuko miał już dziewczynę.
- Kocham cię, Aang – powiedziała. – Ale nie tak, jak ty mnie. Nie tak, jak kocham Zuko.
- Chyba już wcześniej to rozumiałem – wyznał Avatar. – Ale nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Chciałem cię mieć przy sobie za wszelką cenę… Dlatego wpadłem wtedy w szał.
- To już nieważne – uspokoiła go Katara. – Wracajmy do łodzi.

Po wypłynięciu na powierzchnię magowie wody zgodnie z planem wyruszyli na pole bitwy, aby wspomóc pozostałych. Katara i Aang zaś dosiedli Appy i wciąż popędzając bizona polecieli do pałacu Władcy Ognia.
Avatar w ogóle się nie odzywał. Był cichy i skupiony. Jego spokój był niestety tylko pozorny. Wewnątrz cały się gotował. Czekała go najważniejsza bitwa w zyciu, za jego plecami siedziała Katara, dziewczyna, którą kochał nad życie, a której nie mógł mieć. Już nigdy.
Chyba że Zuko by poległ… A może już nie żyje?
Aż się zaczerwienił i potrząsnął głową. Gdyby Katara wiedziała, o czym pomyślał, bez zastanowienia zrzuciłaby go z Appy i wtedy to on by zginął!
- Co tam się dzieje? – zdziwiła się Katara, patrząc na dół.
Avatar podążył za jej spojrzeniem i ujrzał całą armię Narodu Ognia,  nieruchomo stojącą w szeregu przed wejściem do pałacu.
- Chyba musimy się pospieszyć – odparł zaniepokojony. – Nie damy rady dostać się do pałacu normalnie, skoro wejścia strzeże cała armia! Co robimy?
- Mam pewien pomysł – powiedziała Katara, gdy spostrzegła walczącą wokół pałacowych murów Toph.

Zuko biegł przez wąski, pusty korytarz prowadzący do sali tronowej. Serce waliło mu jak młot, a po czole spływały kropelki potu. Bał się. I to panicznie. Jednak musiał to zrobić. Teraz.
Popchnął ciężkie wrota i wkroczył do sali.
Ozai siedział wygodnie rozpostarty na tronie. Wokół niego płonął ogień.
- Wreszcie jesteś – przywitał się.
- Wreszcie – odparł Zuko, zaciskając zęby.
Wolno podszedł do ojca. Patrzył w jego złote oczy, takie same, jakie on sam posiadał.
- A więc po to przyszedłeś – rzucił niedbale Ozai, obracając złotą koroną Władcy Ognia w ręku. – Zastanów się, czy warto. Giną niewinni ludzie…
- Ludzie, których zabijają twoi żołnierze! – wykrzyknął Zuko.
Ozai zaśmiał się.
- Moi żołnierze? Jeszcze niedawno śmiałeś nazywać ich swoimi! Teraz sam widzisz, komu pozostali wierni. Mnie. Oni nigdy tak naprawdę nie chcieli cię jako króla. Czy wciąż nie rozumiesz? Przeznaczeniem Narodu Ognia jest panowanie nad innymi narodami. To w naszych żyłach płynie najczystsza krew, to nasza magia jest najpotężniejsza! Magowie powietrza wyginęli, magowie ziemi bez kawałka skały wpadają w szał, a magowie wody nie są w stanie uczynić niczego bez choćby kropli wody! Nasza magia, magia ognia, drzemie w nas. Cały nasz naród to wie, cały nasz naród to czuje! Daj im choćby ułudę potęgi, a wtedy cię pokochają! Oni nie chcą żyć w pokoju i stagnacji, oni pragną zdobywac nowe terytoria, pragną krwi!
Ozai aż dyszał ze złości. Każde z jego słów raniło Zuko niczym sztylet. Najbardziej przerażało go to, że jego ojciec miał w pewnych kwestiach rację. Marzenie o potędze spędzało sen z powiek wielu zwyczajnym obywatelom. On sam też o tym myślał, choćby wtedy, gdy zdzremnął się w katakumbach Smoczej Kości, tuż przed wybuchem wojny.
- Sam widzisz – rzekł Ozai. – Pragnienie władzy nad wszystkimi narodami jest w tobie. Może ukryte gdzieś głęboko, przysypane przez te bzdury, którymi napoił cię Iroh ze swoją herbatą, ale jest. Jeszcze nie jest za późno. Pokłoń się i złóż mi hołd. Pozwól mi władać królestwem, dopóki nie umrę. Wtedy to ty mnie zastąpisz i wtedy lud cię zaakceptuje.
Zuko miał mętlik w głowie. Przyszedł tu, przygotowany na śmierć, tymczasem okazywało się, że jest inna droga. Droga sławy i chwały, droga potęgi… Ludzie słaniający się u jego stóp, z szacunku bojący się wymówić jego imię…
Podszedł jeszcze bliżej ojca równym i zdecydowanym krokiem.
Kąciki ust Ozaia podniosły się do góry. Wstał.
- Wiedziałem, że podejmiesz dobrą decyzję. To wymaga odwagi. Zdałeś test, synu.
Zuko nagle zatrzymał się.
- Synu? Nazwałeś mnie synem?
- Tak. Teraz pokazałeś, że nim jesteś. Szkoda, że dopiero teraz.
Czy to mu czegoś nie przypominało? Dwa lata temu Zuko też myślał, że jeśli pozbędzie się Avatara i stanie się księciem Narodu Ognia, ojciec wreszcie go zaakceptuje. I tak było przez jakiś czas… Jednak nie wytrzymał. Był wówczas doskonałym księciem.
Ale nie był sobą.
Dotknął blizny na swej twarzy, którą wypalił mu ojciec. Ona utwierdziła go w decyzji, którą podjął.
W momencie, w którym Ozai wyciągnął do syna ręce, Zuko wystrzelił w jego stronę kulami ognia.
Mocny cios zaskoczył Ozaia. Przeleciał przez całą salę, uderzając plecami o ścianę i staczając się na podłogę. Korona wypadła mu z rąk.
- Ty… – wysapał – Jak…
- Nie chcę być twoim synem! – wykrzyknął Zuko. – Nie chcę być taki, jak ty! Ludzie idą za tobą, lecz nie z szacunku, nie z sympatii! Ze strachu! A ja nie chcę, by mój lud był wiecznie uciśniony!
To wystarczyło Ozaiowi. Natychmiast odpowiedział Zuko serią ognistych ciosów.
Ojciec i syn mierzyli się w milczeniu, sprawdzając granice swojej wytrzymałości. Gdyby ktoś wszedł teraz do sali tronowej, nie ujrzałby nic prócz kłębów dymu i języków ognia liżących wszystko, co niszczycielski żywioł napotkał na swojej drodze.
Nagle Ozai sięgnął do głębszych pokładów swej mocy i uderzył w Zuko piorunem. Chłopak uskoczył przed ciosem za kolumnę.
Poczuł, jak zbliża się koniec. On nigdy nie nauczył się wytwarzać piorunów, nie był w stanie. Azula to potrafiła. Przynajmniej kiedyś…
Musiał jednak wytrwać jeszcze trochę, ponieważ Avatara jeszcze nie było.
- Jak to możliwe? – wykrzyknął do ojca. – Avatar pozbawił cię całej mocy!
- Ach, zupełnie o tym zapomniałem! – zaśmiał się Ozai. – A to przecież najciekawsze.
Nim Zuko się spostrzegł, Ozai był już koło niego, przytykając mu palce do skroni.
To, co wydarzyło sie później, pamięć Zuko skrzętnie wymazała. Jedyne, co pamiętał, to ból tak ogromny, że aż niepodlegający żadnym kategoriom, żadnym opisom. Jego krzyk rozdarł panującą w sali tronowej ciszę. Poczuł, jak opuszcza go moc. Strużki magii ognia wyciekały z jego źródła, a wraz z nimi wyciekało życie. Czy to była już śmierć? Czy tak to właśnie wyglądało? W takim razie zaraz musiał nastąpić koniec. Jeszcze ostatni krzyk, jeszcze ostatnia fala bólu, i nastanie cisza. Nastanie niebyt…
Nagle wszystko ustało, ale nie była to smierć, bo Zuko wciąż wszystko widział i słyszał.
Strop nagle zawalił się, a cały sufit runął na ziemię. Na posadzce wylądował gigantyczny, latający bizon, a chwilę później zeskoczyli z niego Aang, Katara i Toph.
- Nawet nie wiecie, z jaką przyjemnościa rozwaliłam ten sufit! – wykrzyknęła Toph. – Udało mi się nawet trafić jednym z odłamków w Ozaia.
Jej radość nie była długotrwała, bo mężczyzna już podnosił się z ziemi.
- Zuko! – wrzasnęła Katara, widząc, jak chłopak leży pod kolumną. Bała się do niego podejść i przekonać się, że był martwy…
- On wciąż żyje – powiedział Ozai, na powrót przykładając palce do skroni syna.
Zuko nawet się nie bronił. Nie miał już siły. Wykonał swoją misję. Avatar przybył. I zdążył jeszcze ujrzeć Katarę… Teraz mógł już umierać.
Nagle kula powietrza trafiła Ozaia i odrzuciła go w tył.
- A więc to tak odzyskałeś moc! – krzyknął Aang. – Szkoda, że długo się nią nie nacieszysz!
Zaczął atakować Ozaia, wykorzystując siłę wszystkich czterech żywiołów. Toph mu pomagała.
Tymczasem Katara podbiegła do Zuko i zaczęła go uzdrawiać. Chłopak wciąż leżał. Był przytomny, ale jakby nie docierało to do niego.
Nagle cios Ozaia poleciał w stronę dziewczyny.
- Zostaw ją! – wykrzyknął Avatar. Wściekłość wzięła górę i tatuaże na jego ciele zabłysły, podobnie jak oczy, które już po chwili zwróciły się na Ozaia.
- A więc to prawda, co mówią – ratował się Ozai. – Ukochana Avatara stała się narzeczoną mojego syna.
Aang z powrotem opadł na ziemię. Natychmiast opuścił stan Avatara.
- Co?! – wrzasnął.
- Błagam cię, Aang! On cię próbuje tylko sprowokować! Nie słuchaj go! – krzyknęła Katara rozpaczliwie.
Avatar podszedł do niej.
- Nie zaprzeczyłaś – wysapał z wściekłością. – Jesteś jego narzeczoną!
Katarę ogarnęło przerażenie. Nienawiść płonąca w oczach Aanga przeraziła ją.
- Hej, zostaw go! – wrzasnęła nagle Toph, odrzucając Ozaia, który ponownie zaczerpnął mocy od Zuko.
Katara trafiła mężczyznę wodnym biczem. Atakowała go zapamiętale. Od tego zależało wszystko.
- Pomóż nam, Aang! – krzyknęła Toph.
Avatar stał nieuchomo. Wpatrywał się w Ozaia.
Katara też na niego spojrzała i dostrzegła coś dziwnego. Władca Ognia chwiał się. Z jego rąk wystrzeliwały niekontrolowane przezeń płomienie.
Dziewczyna zrozumiała.
Zaczerpnął zbyt wiele mocy. Zaczerpnął jej tak wiele, że nie był już w stanie nad nią zapanować. A brak władzy nad mocą oznaczał jedno: śmierć. I to niezbyt łagodną.
Ozai zaczął krzyczeć. Nagle odczuł ten cały ból, który czuli ci wszyscy, którym odebrał moc. Jeńcy z pierwszej bitwy. Azula. Zuko…
- On zaraz wybuchnie! – krzyknęła Toph.
- On umiera – powiedział Aang. Starał się zachowac opanowanie, jednak takie patrzenie na czyjąś śnmierć, nawet jeśli był to Ozai, przerażało go.
- Umiera w męczarniach – wyszeptała Katara.
Przypomniało jej się, jak kiedyś, na Biegunie Południowym, jeszcze zanim odnalazła z bratem Avatara, umierał młody chłopak, którego śmiertelnie ranili żołnierze z Narodu Ognia. Jej babcia wraz z innymi kobietami, za zgodą Hakody, przyrządziła pewien napar i napoiła nim rannego. Napar nie uratował go jednak, jedynie ukrócił jego męki i posłał w objęcia śmierci. Nie odzywała się po tym do ojca i babci przez cały tydzień. Płakała po kątach. Nie rozumiała, dlaczego to zrobili? Czy nie dało mu się jakoś pomóc? Czy musieli go zabić?
Poczuła w sobie moc księżyca. Pełnia napawała ją i wszystkich magów wody niesamowitą mocą. Ona jednak oprócz uzdrawiania i wodnych ciosów posiadła też inną umiejętność.
Stanęła naprzeciw wijącego się na podłode Ozaia. Mężczyzna wyciągał ręce w stronę Zuko, chcąc wyciągnąć od niego jeszcze więcej mocy. Myślał chyba, że go to uratuje.
Był w błędzie. Zginęliby wtedy obydwaj, jeden z nadmiaru mocy, a drugi z jej zupełnego braku. A mógł zginąć tylko jeden.
Katara uniosła ręce. Poczuła krew przepływającą w żyłach Ozaia. Burzyła się, jej przepływ był nierówny. Chciała już opuścić umierające ciało…
Nagle ręka Ozaia bezwiednie zawisła w powietrzu. Katara wstrzymała krew, która jeszcze płynęła w jego żyłach. Wystarczyła chwila, by zastój w żyłach i tętnicach zablokował serce, i Władca Ognia padł martwy.
Katara podbiegła do Zuko i natychmiast zaczęła go uzdrawiać. Nie miała odwagi spojrzeć Aangowi w oczy. Magia krwi przerażała ją. Mogła jej używać tylko podczas pełni, jednak rzadko korzystała z tego wątpliwego przywileju. Z prostej przyczyny: dzięki magii krwi mogła sterować ludźmi jak marionetkami. Albo ich zabić.
Aang i Toph zrozumieli, co się stało. Stanęli za nią. Położyli jej ręce na ramiona.
- On i tak by zginął – odezwała się Toph. – Ukróciłaś tylko jego mękę.
- Nie mogłam dopuścić, by zaczerpnął jeszcze trochę mocy od Zuko – wyszeptała Katara.
Dłoń Aanga na jej ramieniu lekko drgnęła. Zdjął ją.
Zuko ocknął się.
- Ja… Ozai zabrał mi moc… Jestem słaby… Jest jej jeszcze trochę, ale tak mało… Pokonaliście go? Bo ja… Nie dam rady…
- Ozai nie żyje – rzekła Katara cicho, pomagając mu wstać. – Już po wszystkim.

Gdy Aang, Katara, Zuko i Toph wyszli na pałacowy dziedziniec, powitały ich wiwaty. Wiwatowało Południowe Plemię Wody i magowie z Północnego, wiwatowała Drużyna Białego Lotosu, wojowniczki Kyoshi i zwykli obywatele, którzy cieszyli się z zakończenia wojny. Sokka, Hakoda i pozostali pobiegli w stronę bohaterów, wszyscy płakali i cieszyli się, że Avatar powrócił.
- Zastanawiam się tylko nad jednym – powiedział Aang. – Jak wam się udało sprawić, że cała armia Narodu Ognia stoi spokojnie na placu w równym szeregu i nie walczy?
- Sami zobaczcie – zaśmiał się Sokka i zaprowadził ich pod mury, tam, gdzie zgromadzili się żołnierze. Na ich czele stali Azula i Laneth.
Na widok siostry Zuko wszyscy zatrzymali się w pół kroku.
- Spokojnie. Ona nie zrobi wam krzywdy – obronił ją Laneth. – Jest z nami. To dzięki niej żołnierze zaprzestali walki.
Wszyscy wwiercali w księżniczkę swoje spojrzenia, jednak ona patrzyła tylko na jedną osobę. Na swego brata.
Podeszła do niego wolno. Zuko spostrzegł, że nie ma już szaleństwa w jej oczach.
- Codziennie zdawało mi się, że widzę i słyszę naszą matkę – rzekła cicho, tak, aby tylko on ją usłyszał. – Codziennie. Nic nie do mnie nie docierało. Ale ostatnio ojciec… Robił coś dziwnego. On… zabierał mi moc…
- A więc tobie też.
- Tak. Gdy usłyszałam, jak coś się dzieje na zewnątrz… Wszystkie opiekunki uciekły. Zostałam sama. Uciekłam z pałacu. Znalazł mnie Laneth. Użyłam mocy i… – przerwała na chwilę, aby zaczerpnąć powietrza w płuca. – Zrozumiałam, Zuko. Przepraszam. Przyjmij mnie z powrotem.
Mimo iż przepraszała, jej ostatnie zdanie nie brzmiało jak prośba. Cała Azula, pomyślał Zuko.
Padli sobie w objęcia.
Dziewczyna podeszła do Drużyny Avatara.
- Was też przepraszam – powiedziała głosem niepozbawionym dumy. – Zwłaszcza ciebie, Aang. I ciebie, Kataro. Będziesz teraz żoną Władcy Ognia. Moją królową. Muszę ci służyć
Azula ukłoniła się z gracją. Mimo, iż był to gest poddaństwa, Katara czuła niepokój. Czy mogła wierzyć Azuli? Laneth jej uwierzył, ale on nie znał jej wcześniej. Jego Azula nie próbowała kiedyś zabić…

W tym czasie Toph podbiegła do Lanetha. Zarzuciła mu ręce na szyję. Chłopaka zdziwiła wylewność tak surowej nauczycielki magii ziemi, jaką była Toph. Objął ją niezgrabnie.
Patrzył jednak na Azulę. Księżniczka Narodu Ognia uśmiechnęła się do niego. Z wdzięcznością.
Wciąż trzymając w ramionach Toph, odwzajemnił jej uśmiech.

Ludzie zaczęli się rozchodzić. Rannych oddano pod opiekę uzdrowicielek z Północnego Plemienia Wody. Drużyna Avatara skierowała się do swych namiotów, jednak Aang nie poszedł za nimi. Wziął Momo i Appę.
- Aang, co ty wyrabiasz? – zdziwił się Sokka.
- Odchodzę – odparł krótko Avatar.
Wszyscy zamarli. Nikt nic nie rozumiał.
Aang zeskoczył z Appy i stanął przed Katarą. Dziewczyna wiedziała. To jej wina. Ślub z Zuko to więcej, niż Avatar mógłby znieść. 
Poczuła się winna. Jej oczy nabrzmiały łzami. Dopiero co go odzyskała, a teraz znów miała go stracić? Ona i wszyscy jego przyjaciele?
- Aang, błagam cię! Nie odchodź! Nie odchodź! – błagała rozpaczliwie. Objęła Aanga. Odwzajemnił uścisk, jednak jego wyraz twarzy nie zmienił się. Powziął już decyzję.
Odwrócił się i już po chwili leciał na Appie.
Katarą wstrząsnął gwałtowny szloch. Zuko podszedł do niej. Położył jej dłonie na ramionach.
- Chodźmy już – powiedział cicho.
Dziewczyna patrzyła jeszcze chwilę w ślad za Aangiem, po czym odwróciła się i odeszła. Pozostali podążyli za nimi.
Nikt nic nie mówił. Wygrali tę wojnę, jednak wygrana miała gorzki posmak.

Book 4 Chapter 17 – Pełnia, Part I

Nikt nie miał już złudzeń. Sprzymierzeńcy Ozaia na pewno dowiedzieli się o przybyciu floty z Północnego Plemienia Wody i bitwie, która rozegrała się na wybrzeżu. Atak z zaskoczenia nie wchodził więc w rachubę. Na szczęście mieli inny plan, może nieco szalony i niedopracowany, ale zawsze jakiś. Kurczowo się go trzymali, bowiem był ich jedyną nadzieją. Wiedzieli, że przyjdzie im walczyć na śmierć i życie. Bali się, choć starali się tego po sobie nie okazywać. Wielu stawiało sobie pytanie, czy warto? Czy warto walczyć za wolność Królestwa Ognia? Po dłuższym namyśle dochodzili do wniosku, że tak. Naród Ognia pod panowaniem Ozaia oznaczał, iż w niedługim czasie pod jego twardą ręką znajdą się również inne narody. Do tego nie można było dopuścić.
Na rozstaju dróg poszczególne oddziały musiały się rozstać. Polało się wiele łez, wiele matek żegnało swoich synów i wiele żon swoich mężów. A także przyjaciół, znajomych. I narzeczonych.
W tłumie żegnających znaleźli się również Katara i Zuko. Ona miała wraz z magami wody udać się na wybrzeże przy lesie magnaków i wydostać Aanga z lodowej kuli, a on przy pomocy Toph miał ukradkiem dostać się do pałacu i zmierzyć się z Ozaiem, a raczej zająć go do przybycia Avatara. O ile przybędzie.
- Obiecaj mi, że o pierwszym brzasku się spotkamy – powiedziała Katara, tuląc się do piersi Zuko. Złożyła na jego ustach pocałunek, nie martwiąc się, czy ktoś to zobaczy. Każdy zajęty był sobą.
- Obiecuję ci – odparł Zuko. Przytulił ją jeszcze mocniej. Nie chciał się z nią rozstawać, ale musiał.
Odeszła w swoją stronę, a Zuko ruszył naprzód wraz z Toph. Gdyby tylko mógł, zaśmiałby się gorzko. Był doskonałym kłamcą. Spotkamy się? Doskonale wiedział, że to niemożliwe. Sam siebie wysłał na misję samobójczą. Nie miał złudzeń co do tego, kto jest potężniejszym magiem, on czy jego ojciec. Nie miał z nim najmniejszych szans. Miał tylko nadzieję, że plan się powiedzie i zajmie Ozaia walką aż do momentu, w którym pojawi się Avatar. Czy on sam dożyje tego momentu, było sprawą drugorzędną. Po cichu przyzwyczajał się do myśli, że nie. Może tak będzie lepiej? Aang powróci, pokona Ozaia, potem weźmie Katarę za żonę i razem będą władać Narodem Ognia. Nie mógł tego powiedzieć Katarze, ale oświadczając się jej, miał jeszcze jeden ukryty cel: chciał powierzyć królestwo w ręce kogoś zaufanego, kogoś, kogo kocha. Miał nadzieję, że dzięki zaręczynom Katara nie wróci na Biegun Południowy, tylko poczuje się do obowiązku i zostanie tutaj razem z Aangiem. Lud zaakceptuje go jako Władcę Ognia bez problemu – sam Avatar, najpotężniejszy mag na ziemi, władający również magią ognia, ich wybawca i bohater… To brzmi o wiele lepiej niż Zuko, były banita, nigdy niechciany i niekochany przez własnego ojca.
Jeśli za czymś będzie tęsknił, to za Katarą. Nie miał czasu, żeby nacieszyć się tym, co było między nimi, nie było im to jednak pisane. Kochał ją, kochał ją całym sobą, ale ufał, że dziewczyna da sobie radę. Nie będzie sama. Nigdy nie była, w przeciwieństwie do niego. On niemal przez całe życie był sam.

Wszyscy wojownicy pogrupowali się w mniejsze oddziały, którymi dowodzili członkowie Drużyny Białego Lotosu, oraz w dwa większe, prowadzone przez Hakodę i Sokkę. Sokka naturalnie miał w swoim oddziale wojowniczki Kyoshi, dzięki czemu mógł obserwować Suki i szybko zareagować, gdyby działa jej się jakaś krzywda. Od ich wczorajszej rozmowy nie odezwała się do niego – chyba, że służbowo – ale przed wymarszem przytuliła się do chłopaka i pocałowała go. To mu wystarczyło, by wiedział, co jest grane: nie gniewa się, jednak potrzebuje czasu, by zadecydować, czy chce spędzić z nim resztę życia na Biegunie Południowym.
Zadaniem naprędce utworzonej armii było odciągnięcie uwagi żołnierzy z Narodu Ognia, aby Zuko bez przeszkód mógł dostać się do Ozaia, a Katara wraz z magami wody uwolnili Avatara.
Z dumnie podniesionymi głowami wmaszerowali do miasta. Żołnierze Ozaia już na nich czekali, zapewne ostrzeżeni przez kogoś, komu udało się zbiec z wczorajszej bitwy na pólnocno-wschodnim wybrzeżu.
Hakoda od wczorajszych sensacyjnych wydarzeń postanowił się skupić tylko i wyłącznie na bitwie. Nie myślał o tym, co potem, nie myślał o swojej córce i Zuko. Nie wiedział, czy te "potem" w ogóle nastąpi. Zagrzewał swoich ludzi do walki.
- Walczcie dzielnie i nie bójcie się, bo walczymy o słuszną sprawę: o wolność naszych rodzin! Naszych żon, potomków, a także przyszłych pokoleń! Jeśli dziś nie zawiedziemy, oni będą mogli żyć w pokoju, nawet jesli nam nie będzie to już dane i polegniemy! Polegniemy jednak jako bohaterzy, jako wolni, waleczni ludzie o mężnych sercach, a nie jako marionetki, za których sznurki pociąga Ozai!
- Do boju! – odkrzknęła Drużyna Białego Lotosu.
- Do boju! – dołączyli się pozostali i na znak dany przez Hakodę i Sokkę rzucili się na przód.
- Szyk! Trzymajcie szyk! – przestrzegał wszystkich zaprawiony w boju Iroh. Stasrał się zapobiec chaosowi na polu bitwy. – Dobra armia to zgrana armia! Nie popadajcie w panikę, zadawajcie ciosy i brońcie się, lecz rozważnie! Owszem, chcemy bohaterów, ale nie martwych!
Rozejrzał się jeszcze szybko. Jego brat wyzbył się wszelkiej skromności: cała armia wyszła im na spotkanie.
Czekał ich ciężki bój. Ale jeśli dzięki temu jego bratankowi uda się bezpiecznie dostać do pałacu, był gotów na poświęcenie.

Laneth na polu bitwy robił to, czego nauczyła go Toph. Wsłuchiwał się w ziemię, dzięki czemu odparowywał nawet te ciosy, które padały za jego plecami. Nie był może najlepszy, ale szybko się uczył – oprócz paru draśnięć nie zdobył większych obrażeń.
Zastanawiał się, co by było, gdyby któryś z Mahdotontów by go teraz zobaczył. Stał się magiem i żołnierzem, czyli tym, czego jego plemię najbardziej nienawidziło i czego starało się unikać jak ognia. Czasy się jednak zmieniały. On się zmienił. Zadawał przemoc, jednak wymierzoną tylko we wrogów. Wierzył – a raczej rozpaczliwie sobie to wmawiał – że postępuje dobrze.
Nagle na zniszczonej przez ogień połaci ziemi dostrzegł samotnie stojącą młodą i piękną w jego mniemaniu dziewczynę. Zdziwił się. Myślał, że wszyscy cywile opuścili miasto i ukrysli się gdzieś przed pogromem, bowiem żadnego wcześniej nie spotkał. Dziewczyna stała jednak i nie ruszała się. Miała na sobie czerwoną szatę, a czarne włosy rozwiewał jej wiatr.
Omijając walczących, podbiegł do niej.
- Musisz stąd uciekać! – wykrzyknął. Było tak głośno od szczęku mieczy, że niemal nie słyszał własnych myśli. – Tu nie jest bezpiecznie. Wyprowadzę cię!
Wyciągnął rękę w jej stronę, jednak dziewczyna odepchnęła ją.
- Zostaw mnie! Odejdź!
Laneth nie potrafił tego racjonalnie wytłumaczyć, ale w jej zachowaniu i wyglądzie było coś znajomego.
- Nie zrobię ci krzywdy! Musisz stąd uciec!
Dziewczyna ani drgnęła. Wokół nich walka rozgorzała na dobre, jednak ona nic sobie z tego nie robiła. Laneth nie mógł jej zostawić.
- Skoro nie chcesz się stąd ruszyć, zrobimy inaczej – zadecydował. Wykonał szybki ruch rękami i dzięki magii ziemi wybudował wokół dziewczyny coś na kształt kamiennego namiotu. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. – Teraz przynajmniej będziesz miała osłonę przed ciosami.
Stał przy niej przez jakiś czas i obserwował ją. Miała szlachetne rysy twarzy, po jej ubiorze wywnioskował, że to panna z wyższych sfer. Co więc robiła w środku bitwy, z dala od swej rodziny? I dlaczego nic nie mówiła?
Nagle kamienny namiot nad dziewczyną zburzył się. Laneth chciał ją osłonić, lecz ona w mgnieniu oka przemieściła się, unikając ciosu. Wokół nich stali żołnierze.
- Stań za mną! – rozkazał Laneth i rzucił się do bitwy. Żołnierzy byłu kilkunastu, wszyscy na niego samego. Odparowywał ich ciosy, jednak nie był w stanie dostrzec wszystkiego i w pewnym momencie poczuł, jak rozżarzona kula ognia zbliża się do niego od tyłu.
- Uważaj! – wykrzyknęła nagle dziewczyna. Wystrzeliła w stronę żołnierza, który go zaatakował, kulę ognia, która zabłysła niebieskim płomieniem.
Laneth wytrzeszczył oczy. Niebieski płomień? Żołnierze też wyglądali na zbitych z tropu. Jeden z nich zaczął mamrotać coś niewyraźnie. Wyglądał, jakby… przepraszał.
- Chodź! – krzyknęła nieznajoma i pociagnęła go mocno za rękę. Dobiegli do ocalałego fragmentu muru jakiegoś domu i tam zatrzymali się na chwilę.
Dziewczyna patrzyła to na niego, to na swoje ręce. Z jej złotych oczu zniknął obłęd, który czaił się tam, jeszcze zanim użyła magii. Jej wyraz twarzy zmienił się. Nie wyglądała już na przerażoną i zagubioną.
- Hej, wy tam! – wykrzyknęła do przebiegającej grupki żołnierzy z armii Ozaia, nim Laneth zdążył ją uciszyć. – Zaprzestańcie walki! Wszyscy macie uformować szeregi na placu przed murami pałacu! To rozkaz!
Na jej otwartych dłoniach zmaterializował się niebieski ogień.
- Tak jest! – zasalutowali żołnierze i pobiegli dalej, by przekazać wiadomość.
Laneth jeszcze raz dokładnie przyjrzał się dziewczynie. Wiedział, że jej rysy wydają mu się znajome i teraz domyślił się, czemu.
- Ty jesteś siostrą Zuko! – wykrzyknął. – Azula, czy tak? Ale… Słyszałem, że jesteś… szalona!
- Byłam – odparła. – Ale gdy użyłam magii, by cię obronić… Użyłam jej po raz pierwszy od dobrych dwóch lat! Otworzyłam oczy. To zupełnie tak, jakby… Szaleństwo mnie opuściło. Czuję się wolna.
Kolejni żołnierze ustawiali się przed nimi w szeregu, zgodnie z rozkazem Azuli.
- Nie rozumiem… Zuko opowiadał mi o tobie. Ty chyba nie… Nie jesteś po jego stronie, prawda?
Azula spuściła głowę.
- Tak było – powiedziała. – Ale to już się nie powtórzy. Popełniłam błąd i nie zrobię tego więcej. To nie może być przypadek, że właśnie na tę bitwę odzyskałam trzeźwość umysłu. Żołnierze mego ojca myślą, że przekazuję im jego rozkazy, i zamierzam to wykorzystać.
Uśmiechnęła się tak, że Lanetha aż przeszły dreszcze.
- A więc poznałeś mojego brata? Na pewno nie mówił o mnie nic miłego – zmieniła nagle temat i zmierzyła go przeciągłym spojrzeniem. – A kim ty w ogóle jesteś? I jak poznałeś Zuko?
Laneth zaczął jej wszystko opowiadać. Nie wiedział, czy robi dobrze, ufając Azuli, tej, która jeszcze przed dwoma laty nie zawahałaby się przed niczym, by zdobyć władzę. Nie obchodziło go to jednak. Od tej pierwszej chwili, gdy ujrzał ją samotną na polu walki, wpatrującą się w przelatujące nad nią kule ognia, wiedział, że nie mógł to być przypadek. Czuł, że tak właśnie musiało być – że Zuko musiał zawędrować aż na Pustkowie i zabrać go stamtąd, by mógł, wbrew temu, w co wierzył przez całe swoje życie, stanąć dziś do walki i spotkać Azulę. Nie miał pewności, w ogóle wszystko, co myślał, przeczyło rozumowi – ale gdzieś w głębi siebie czuł, że jego kręta droga prowadziła właśnie tutaj. Do niej.

Mai nigdy nie przypuszczała, że jej dom stanie się dla niej więzieniem, a jej ojczulek stanie się bezwzględnym zausznikiem Ozaia. Siedziała już od wielu dni zamknięta w pokoju wraz ze swoją matką i młodszym bratem. Wbrew temu, co obiecał gubernator, nie wypuścił ich, gdy Ozai wrócił do władzy. Uznał, że dla jego żony i syna będzie bezpieczniej, jeśli pozostaną w zamknięciu, a jego córka… Znienawidził ją za to, że nie stanęła po jego stronie. Ale nie miała zamiaru się tym przejmować.
Z biegiem czasu czuła, jak jej mózg coraz bardziej przypomina galaretę. Jej matka-despotka, lubiąca mieć wszystko pod kontrolą i nieznosząca sprzeciwu, siedząca w zamknięciu zamieniała się w dziką bestię. Dziś miała jeden ze swoich ataków złości.
- Jak on mógł mi to zrobić! – wrzeszczała, ignorując małego Tom Toma, który siedział i ryczał w najlepsze. – To dzięki mnie zrobił tak szybką karierę, to dzięki mnie został gubernatorem, a teraz tak się odpłaca? Rozwód to za mało! Ja go zabiję, porachuję mu wszystkie kości!
- Ciszej! – syknęła Mai. Podbiegła do okna i zaczęła nasłuchiwać. Nie myliła się. – Odgłosy bitwy! Nareszcie Zuko ruszył po to, co mu się należy!
Podeszła cicho do drzwi, których zawsze strzegli strażnicvy. Tym razem nie usłyszała nawet najmniejszego szmeru.
- Nie ma ich! – wykrzyknęła triumfalnie.
- Wszyscy poszli walczyć – zorientowała się jej matka.
Mai już od dawna czekała na taką okazję. Wyjęła spinkę z koka i zaczęła grzebać nią w zamku. Po chwili zamek puścił.
- Tak! Nareszcie! – ucieszyła się gubernatorowa. Wzięła Tom Toma na ręce i już chciała wybiec za córką, lecz ta zatrzasnęła jej drzwi przed nosem.
- Ale… Dlaczego?! – wrzasnęła.
- Co do jednego ojciec ma rację: tu będziecie bezpieczni – powiedziała Mai.
- A co z tobą? – jęknęła matka.
- Ze mną? Muszę zrobić to, co do mnie należy – rzekła Mai. – Żegnaj, mamo.
- Stój! – krzyknęła gubernatorowa, lecz Mai już nie słuchała. Zbiła szklaną gablotę, za którą ojciec schował jej sztylety, i sięgnęła je. Rozejrzała się jeszcze, czy nikt jej nie śledzi, i wybiegła z domu.
Wiedziała, że to jest właśnie ta ostatnia, najważniejsza bitwa, która zadecyduje o losach narodów. Musiała pomóc Zuko. Nie potrzebowała znać strategii wojennej. Domyślała się, gdzie jest.

Toph i Zuko wdrapali się na mury otaczające pałac. Specjalny oddział żołnierzy czekał tam na każdego, kto odważyłby się zamachnąć na życie Władcy Ognia.
- Zrobimy tak: ja ich czymś zajmę… No wiesz, zrobię parę sztuczek, które stosują magowie ziemi, by odwrócić czyjąś uwagę… A ty przedrzesz się do środka. Tam pewnie też są jacyś żołnierze, więc uważaj.
- Tak jest, generale – odparł Zuko i zaśmiał się nerwowo do Toph. – Dam sobie radę.
- Spróbuję wygnać ich za mury, by reszta naszych się nimi zajęła. Gdy skończę, dołączę do ciebie.
- Naprawdę nie musisz. Ja sam…
Toph tupnęła nogą tak, że Zuko potknął się, wpadając prosto w jej objęcia.
- Jesteś prawowitym Władcą Ognia i potrzebny jesteś nam żywy. Poza tym Katara chyba obdarłaby mnie ze skóry, gdyby coś ci stało, więc uważaj.
Zuko odwzajemnił jej mocny uścisk i ruszył w swoją stronę.
Toph nie próżnowała. Podniosła ręce i dzięki jej mocy ziemia zatrzęsła się, przerwacając wszystkich żołnierzy. Potem jeszcze posłała na nich grad kamieni.
Kolejni żołnierze przybiegali, by odeprzeć atak. W jej stronę leciały kule ognia, lecz zgrabnie je omijała. Korzystając z chwili nieuwagi wroga, zagrodziła przejście do pałacu. Żołnierze utknęli w kamiennym kręgu, który stworzyła, jednak część z nich zdołała tego uniknąć.
Czekał ją ciężki bój. Pomyślała o rodzicach. O Lanecie.
Da radę.

Zuko zdołał przedrzeć się do pałacu. Toph świetnie wykonała swoją robotę.
Miał na sobie czarny strój, który zlewał się z ciemnością panującą na korytarzach. Starał się omijać strażników, jednak co i raz przychodziło mu walczyć z niewielkimi grupkami obrońców Ozaia.
Dostał się do komnaty, która znajdowała się mniej więcej w trzech czwartych drogi do komnaty królewskiej. Rozejrzał się podejrzliwie. Nikogo tam nie było…
Nagle z sufitu zeskoczyło na niego kilkudziesięciu żołnierzy. Wśród nich był ojciec Mai.
- Długo kazałeś na siebie czekać, Zuko – syknął. – Ale wreszcie jesteś. Szkoda, że widzimy się już po raz ostatni…
Gubernator zamachnął się reką, chcąc zadać chłopakowi cios mieczem. Niespodziewanie jednak w jego stronę poleciało kilka sztyletów, przybijając mu rękaw do ściany.
- Mai! – wykrzyknął Zuko. Nie wierzył w to, co widzi. Bał się, że zginęła, tymczasem to właśnie ona przybyła mu na ratunek.
- Witaj, Zuko. Cześć tato. Miło was znowu widzieć – powiedziała, podchodząc do ojca.
Jego twarz wykrzywił potworny grymas.
- Zabić ich! Zabić obydwoje! – wrzasnął.
Na jego rozkaz żołnierze rzucili się na Mai i Zuko.
- Dam sobie z nimi radę – krzyknęła dziewczyna między jednym ciosem a drugim. – Idź do Ozaia, Zuko!
- Przecież cię tu nie zostawię! – odpowiedział, powalając kolejnych żołnierzy.
- Musisz zostawić siły na swego ojca! Inaczej nie będziesz miał z nim szans!
Miała rację. Taka była właśnie okrutna prawda.
Kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Mai jest silna. Da sobie radę…
Coś ich jednak łączyło: ona też musiała się zmierzyć z własnym ojcem…
Zuko zrozumiał. To było jej starcie. Jego bitwa czekała w sali tronowej…
Popchnął stojące przed nim drzwi i wszedł do środka.