Book 5 Chapter 23 – Popioły

Po bitwie naturalnym centrum wszystkiego stał się pałac. Ludzie gromadzili się pod nim, aby złożyć hołd tym, którzy poprowadzili rebelię, oraz żeby odszukać swoje rodziny.
Zuko i Kenai odebrali tyle uścisków i ocierali tyle łez z wielu różnych policzków, że w pewnym momencie zupełnie stracili rachubę. Katara przyglądała się wszystkiemu z uśmiechem. Razem z mężem i dziećmi weszli w tłum. Każdy chciał podać im rękę, każdy chciał poczuć swoją prywatną więź z królewską dynastią.
Po jakimś czasie dotarli do pola, na którym leżeli ranni. Pielęgniarki i uzdrowicielki przybyłe z Północnego Plemienia Wody zajmowały się rannymi. Katara dołączyła do nich, budząc zachwyt poddanych. Rzuciła zachęcające spojrzenie Rennie. Dziewczyna wahała się chwilę. Nie wiedziała, jak ludzie na to zareagują. Doskonale znała ich zdanie na swój temat… Rozejrzała się po rannych. Byli wśród nich obywatele wszystkich narodów. Byli nawet Mahdotonci, uzdrawiani z taką samą pieczołowitością jak inni.
Poruszyło ją to. Nachyliła się nad jednym z nich i spojrzała mu w szare oczy. Ilu ludzi zabił? Jakim był potworem podczas tej bitwy? Zapewne takim, jak ja sama, pomyślała, i uzdrowiła go.
Wszystkim dowodziła skromnie ubrana kobieta z czarnym warkoczem. Zuko spojrzał na nią, a ona na niego. Ominęła wszystkich i nie zważając na nic rzuciła mu się na szyję.
- A więc to twoja zasługa, Song – powiedział, patrząc na zorganizowaną pomoc medyczną. – Gdyby nie ty, wielu z tych ludzi nie dożyłoby następnego wschodu słońca. Dałaś im życie.
Uśmiechnęła się. W kącikach jej oczu powstały zmarszczki.
- Tak się cieszę, że cię widzę, Zuko. Ale nigdy nie znalazłabym się tutaj, gdyby nie twoja córka…
- Co? – zdumiał się.
- Ach, to długa historia…

Równie wzruszające było też spotkanie Zuko ze stryjem Iroh. Staruszek nie krył łez, obejmując ukochanego bratanka.
- Który to już raz udało ci się wyrwać ze szpon śmierci? Już nigdy nie pakuj się w żadne kłopoty, bratanku! Moje stare serce tego nie zniesie…
- Na szczęście ma mnie – wtrąciła Jin. – Opiekuję się Iroh i pomagam mu prowadzić herbaciarnię…

Posypały się kolejne słowa, kolejne historie i uściski. Gdy Zuko spotkał się z Mai i ujrzał jej ponurą twarz, była ona miłą odmianą od roześmianych ludzi.
- A więc ruch oporu to twoja zasługa.
- Tego byś się po mnie nie spodziewał?
Nim zdążył odpowiedzieć, rzuciła się na niego Ty Lee. Buzia jej się nie zamykała. Nawet Mai nie wytrzymała i zaśmiała się, odchodząc i obiecując Zuko, że pogadają kiedy indziej.

- Co ty jej zrobiłeś? – spytała Toph, wskazując na Rennę uzdrawiającą ramię w ramię z matką rannych ludzi.
- Avatarzy mają swoje sposoby – odparł Aang, uśmiechając się łobuzersko.
Obydwoje wiedzieli, że to nie księżniczka Narodu Ognia jest teraz najważniejsza. Bynajmniej nie dla nich.
Padli sobie w objęcia i pocałowali się, nie zważając na tłum ludzi wokół. Choć odnaleźli sie już wcześniej, wiecznie coś im przeszkadzało, wiecznie napotykali na złożone przeciwności losu, wiecznie jakieś sprzeczne uczucia oddzielały ich od siebie.
Teraz wreszcie mogli być razem.

Nie wszystkie chwile po zakończeniu bitwy należały do tych przepełnionych ulgą i radością. Niektórzy klękali na ziemi i rwali sobie włosy z głowy, tuląc do piersi poległych, których nie dało się już odratować.
Byli też tacy, którzy musieli opuścić Królestwo Ognia na zawsze.
- Wszyscy Mahdotonci, wasze dzieci i dzieci waszych dzieci, wszystkie pokolenia, jeszcze te nienarodzone… Skazuję was na banicję. Od dziś żadnemu z was nie będzie wolno przekroczyć granic Królestwa Ognia. Zwiedliście nas swym pokojowym nastawieniem, ukazując później swe prawdziwe oblicze.
Na czele wygnańców stał Laneth. Z pokorą przyjmował kierowane do jego ludu słowa. Jego szare oczy wciąż wpatrywały się w stojącą tuż obok Zuko Azulę. Nie skazano jej na banicję tylko dlatego, że w porę się opamiętała i nakazała zaprzestać walki.
Ona też na niego patrzyła. Starała się nie okazywać żadnych uczuć, jednak Laneth znał ją zbyt dobrze, by nie widzieć drżenia powiek, nerwowego oddechu i zaciśniętych ust.
Zuko zakończył przemowę. Mahdotonci odwrócili plecy i w eskorcie żołnierzy Narodu Ognia udali się na wygnanie.
Laneth nie wytrzymał. Wyrwał się z szeregu i podbiegł do Azuli. Ta też postąpiła kilka kroków naprzód i wyciągnęła do niego rękę, jednak drogę zagrodziły im miecze żołnierzy.
- Nie waż się do niej zbliżać – wycedził Zuko, posyłając Lanethowi surowe spojrzenie. Wiedział, że nigdy nie zapomni mu zdrady i tej rebelii.
Azula powróciła na miejsce, a Laneth cofnął się i ze spuszczoną głową odszedł, ledwo maskując łzy.
Mniej więcej to samo uczyniła Azula. Jako pierwsza udała się z powrotem do pałacu, nie mogąc dłużej znieść tego, co się stało.
I jej też zebrało się na płacz.

Song czuła, że po raz pierwszy w życiu zaczyna jej się układać. Zuko, będący pod wrażeniem jej pomocy rannym, zaproponował jej otworzenie własnego szpitala w stolicy. Było to spełnieniem marzeń Song. Wreszcie będzie mogła pomgać chorym, będzie też bliżej Zuko i Renny, którzy stali sie jej najserdeczniejszymi przyjaciółmi. Było coś ironicznego w fakcie, że Song zacznie nowe życie w stolicy narodu, który niegdyś tak szkrzywdził ją i jej rodzinę. Duchy są przewrotne, pomyślała po raz kolejny. Tym razem jednak uśmiechnęła się przy tej myśli.
Song pozostała w przyjacielskich stosunkach ze złodziejami. Mani, Wines i Vigu postanowili wyruszyć w świat i cieszyć się życiem za pieniądze, które otrzymali z okupu za Rennę. Nieco trudniej wyglądały relacje Song z Morenem, który kupił niegdysiejszą tajną siedzibę Mahdotontów i postanowił z powrotem uczynić z niej karczmę.
- Na szczęście wszyscy, którzy otrują się twoim piwem, będą mieli niedaleko do mojego szpitala – drwiła.
- Moim piwem nie można się otruć! – protestował.
Rennę niezwykle śmieszyły ich utarczki. Często odwiedzała Morena, oczywiście ukradkiem. Bo jak by to wyglądało, gdyby księżniczka Narodu Ognia niemal każdy wieczór spędzałaby w karczmie?
Obydwoje byli szczęśliwi, kiedy udawało im się spotkać w pokoju na piętrze karczmy, w którym zamieszkał Moren.
- A gdybyśmy się przyznali? – mówiła czasem Renna, leżąc wygodnie w objęciach Morena.
On w takich momentach zawsze kręcił przecząco głową.
- Nawet gdybyś nie była księżniczką, byłoby nam trudno. Ostatecznie wiekowo bliżej mi do twojej matki, niż do ciebie. Poza tym nie mam złudzeń. Jestem zwykłym złodziejaszkiem, któremu udało się otworzyć gospodę. Nie dla mnie królewskie pałace.
Renna zasępiła się. Wiedziała, że chłopak ma rację. Bała się sobie wyobrażać, co by zrobili jej rodzice, dowiedziawszy się o jej romansie z kimś takim. Kiedy spytali, kim jest ten, któremu oddała swoją magię ognia, odpowiedziała wymijająco, że to jej przyjaciel, człowiek, który bardzo jej pomógł w czasie podróży. Zuko i Katara spojrzeli na niego przychylnie i pomogli mu w zakupie gospody, jednak na gorącą przyjaźń ze strony królewskiej pary Moren nie mógł liczyć.
Wstała i założyła kaptur na głowę.
- Muszę iść – powiedziała.
- Przyjdziesz jutro?
- Jeśli tylko zdołam.
Pocałowała go, równocześnie zdając sobie sprawę z tego, że wplątała się w niezłą kabałę. Kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym będzie musiała podjąć ostateczną decyzję, albo, co gorsza, dzień, w którym wszystko się wyda… Na szczęście jeszcze nie teraz.

Rennie udało się niezauważenie powrócić do swej komnaty. Ułożyła się wygodnie na wielkim, miękkim łóżku i oddała się w objęcia snu. Niebawem poczuła, jak ktoś potrząsa nią, próbując ją zbudzić. Otworzyła oczy i ujrzała ciocię Azulę.
Ich relacje mocno się skomplikowały od czasu, gdy Renna odkryła, że ciotka chce pozbawić ją władzy. Na szczęście to należało już do przeszłości. Obydwie popełniły sporo błędów i teraz starały się naprawić swoje relacje.
Tej nocy ciotka wygladała jakoś dziwnie, zupełnie jakby szykowała się do podróży. Wyglądała, jakby dziwiła się samej sobie. Tak było w rzeczywistości. Azula zastanawiała się, jak to możliwe, że choć tak bardzo tego nie chciała, popełniła i popełnia wciąż te same błędy, co jej rodzice, wchodząc w utarte schematy obowiązujące w królewskiej rodzinie Narodu Ognia.
- Chciałam się z tobą pożegnać – wyszeptała. – Nie mam własnych dzieci, ale ty jesteś mi tak bliska, jak rodzona córka. Brdzo żałuję wszystkiego złego, co ci uczyniłam. Zależy mi na tobie, Renna, pamiętaj o tym…
- Co ty robisz, ciociu?
- Odchodzę pod osłoną nocy, tak jak przed laty moja matka – odparła, uśmiechając się lekko. – Wolę to zrobić teraz, niż za dnia, kiedy obserwowałoby mnie zbyt wiele par oczu.
- Ale… Dlaczego?
- Żyjąc w pałacu, nigdy nie czułam się szczęśliwa – wyznała. – Wieczne obowiązki i sztywna etykieta, a co najgorsze, wieczna pokusa. Tron będący tak blisko. zbyt blisko mnie! I świadomość, ze nigdy na nim nie zasiądę. A bynajmniej z czystym sumieniem.
- To nie jest jedyna przyczyna, prawda?
Azula spojrzała bystro na Rennę. Skąd ta mała tak dobrze ją znała?
- Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć. Kiedyś… Kiedyś pewnie poczujesz to samo i poznasz człowieka, z którym bez względu na wszystko będziesz chciała być. Ja sama przez wiele lat myślałam, ze mnie to nie dotyczy, że jestem silniejsza. Jednak… Sama rozumiesz.
Renna pokiwała głową. Rozumiała. I to o wiele lepiej, niż jej ciotka mogła podejrzewać.
- Pisz do mnie – poprosiła, zarzucając jej ręce na szyję.
- Kocham cię, Renna.
Obydwie zapłakały cicho, po czym Azula opuściła komnatę.
Renna opadła z powrotem na posłanie, jednak jeszcze długo nie mogła zasnąć.

Dym z ogniska unosił się w górę. Wokół niego siedzieli bądź stali Mahdotonci. Ich twarze były ponure. Wielu z nich zerkało na Lanetha z wyrzutem.
- I niby jak mamy powrócić na Drogę Światła? – spytał któryś z Mahdotontów. – Nasze ręce splamione są krwią! Nic nie zmieni tego, co zaszło!
- Nikt nie każe ci dalej dźwigać miecza – odparł Laneth spokojnie. – Możesz go odrzucić…
- I zapomnieć? Zapomnieć o tym, że przelałem krew niewinnych?
- Nie każę wam zapomnieć! Ja sam nigdy nie zapomnę.
- Spójrzmy prawdzie w oczy. Mahdotonci już nigdy nie będą tacy, jak przedtem. Już nikogo nie zdziwi widok któregoś z nas z mieczem. Wręcz przeciwnie, taki widok będzie napawał strachem!
Laneth pochylił głowę.
- Oni mają rację – szepnęła Luioh. Wbrew wszystkim wciąż dzierżyła swój miecz w dłoni. – Od dziś słowo Mahdotonta nabierze innego znaczenia.
- Powinniśmy wrócić na Pustkowie i tam wznieść swoją stolicę – zaproponował ktoś.
Rozległy się zaciekawione pomruki. Byli tacy, którzy przeklinali ten pomysł, jednak przeważającej części się to spodobało.
- To wbrew naszej wędrownej naturze! Mielibyśmy osiąść w jednym miejscu? Niedorzeczność!
- Ta wojna była zła, jednak zrobiła coś dobrego: zjednoczyła nas. Nie powinniśmy tego zaprzepaścić i znów rozchodzić się po świecie!
Wszyscy spojrzeli na Lanetha z wyczekiwaniem.
- Zgoda – powiedział. – Poprowadzę was na Pustkowie. Ale mam jedno ultimatum.
W jego szarych oczach odbił się blask ogniska.
- Naszą społeczność podzielimy na klany o tej samej randze i ważności. Każdy klan osiedli się w innej części Pustkowia. W razie jakiegoś zagrożenia dowódcy klanów spotkają się w umówionym miejscu.
Zapadła głucha cisza.
- Dlaczego chcesz nas podzielić? – rozległy się głosy.
- Uważam, że Mahdotonci nie powinni mieć jednego władcy, który miałby większą władzę niż inni. Choć pod tym względem pozostańmy wolnym ludem.
Luioh spojrzała na brata z niedowierzaniem.
- Wyrzekasz się władzy? – spytała.
Nie odpowiedział. Bo co też miał rzec? Że władza stanowi dla niego zbyt wielką pokusę? Że boi się wybuchu kolejnej, jeszcze krwawszej wojny?
- Sądzę, że tak będzie lepiej. Dla nas wszystkich.
Mahdotonci powoli zaczęli kiwać głowami. Podział na klany nie powinien sprawić im trudności – wystarczyło, że dwie, trzy podróżujące ze sobą wcześniej rodziny wyłonią wśród siebie wodza.
- A co ze stolicą? Z naszym własnym miastem? – spytali.
- Nawet, gdyby takie powstało, to który z klanów by w nim zamieszkał? Jakiś uprzywilejowany? Podobno wszyscy mieli być równi!
- A może by tak przedstawiciele każdego z klanów? Pilnowaliby interesów każdego z nas. W mieście moglibyśmy prowadzić ze sobą handel…
- Dosyć! – krzyknął ktoś nagle. – Jak możecie? Nie widzicie, co właśnie robicie?! Nie jesteście już Mahdotontami! Nigdy już nimi nie będziecie!
Mężczyzna odwrócił się i zabrał do odejścia. Za nim podążyła około setka innych, która potem rozdzieliła się, aby zapomnieć o przeszłości i jak dawniej podróżować na wozach po całym świcie, szukając prawdziwej Mahdotonty. Mimo to większość zgodziła się na nowe porządki i została przy Lanecie.
Narada, być może najważniejsza w historii Mahdotontów, zakończyła się, ostatecznie dzieląc ich na wieki.
- To wszystko moja wina – rzekł Laneth, gdy wraz z Luioh wracali do namiotu. – To ja nas rozdzieliłem.
- Rzeczywiście trochę namieszałeś, braciszku – odparła, starając się go pocieszyć. Ona jednak też była smutna.
Stanęli przed namiotem.
- Wchodzisz? – spytała.
- Oni mnie nienawidzą, Luioh. Przecież wiesz. A teraz znienawidzą mnie jeszcze bardziej.
- Kiedy ja też chwyciłam za oręż, przestali przywiązywać do tego aż tak wielką wagę. Myślę, że chyba pogodzili się z tym, że zaszły nieodwracalne zmiany. Zwłaszcza matka. Dziadek… Dla niego to już nie ma znaczenia.
Wzdychając ciężko, weszli do namiotu.
Wewnątrz tliło się słabe światło. Panował ogromny zaduch. Kobieta z kilkoma pasmami siwizny klęczała nad ciężko chorym starcem, tak bladym i wysuszonym, że niemal niewidocznym spod stosu koców i poduszek.
Luioh podeszła do matki i ucałowała ją w rękę. Ta wzdrygnęła się lekko. Spojrzała na córkę jak na obcą osobę, lecz nie powiedziała ani słowa. Laneth domyślił się, czemu. Jego matka była już niemłoda i potrzebowała kogoś, kto zajmie się nią na starość. Tylko to sprawiało, że nie wydziedziczyła córki tak, jak przed laty syna. Jego bowiem zignorowała zupełnie.
- Mamo, proszę – szepnęła Luioh. – Laneth przyszedł.
Kobieta milczała. Zajęła się umierającym starcem.
Laneth przełknął parę gorzkich łez. Poczuł się okropnie samotny. Przepełnił go ból.
Starając się zachować resztki dumy, przeszedł przez namiot i uklęknął przy dziadku.
- To już koniec Mahdotontów – wychrypiał starzec. W jego głosie nie było już gniewu czy żalu, lecz pogodzenie się z rzeczywistością. – Gdy człowiek uwierzy w utopię, traci kontrolę nad swoją ideą. Tak stało się właśnie z nami. Mahdotonta to niebezpieczna utopia. Bardzo niebezpieczna…
Laneth zapłakał. Ujął dłoń dziadka, tego, który wygnał go przed laty, tym samym początkując bieg zdarzeń, które zmieniły historię Mahdotontów.
- Zabijałem ludzi. Wydawałem okrutne rozkazy bez mrugnięcia okiem! Tak bardzo tego żałuję. Gdybym tylko mógł cofnąć czas… Błagam cię o wybaczenie, dziadku…
Matka Lanetha drgnęła, zupełnie jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z jego obecności w namiocie. Spojrzała na syna z dawno zapomnianym uczuciem.
- Przebacz mi, dziadku. Ja chciałem tylko uratować Luioh. A tu, w Królestwie Ognia, chciałem wam udowodnić… Wam wszystkim… Że magia to nic złego… Chciałem zjednoczyć plemię, z którego mnie wygnano…
- W każdym z nas drzemie zalążek zła, musi tylko trafić na podatny grunt. Ta ziemia, ziemia Narodu Ognia, królewski pałac… To wszystko cię omamiło, Lanecie. Choć czasem uważamy się za kogoś wyjątkowego, mającego prawo decydować o losach świata, w istocie jesteśmy tylko ludźmi.
Łzy uniemożliwiały Lanethowi mówienie. Nie pamiętał, kiedy oststanim razem tak płakał. By kiedykolwiek tak płakał.
- Chciałem tylko, byście mi wybaczyli – wyrzucił w końcu z siebie, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, czym było to, co od wielu lat tkwiło niczym cierń w jego sercu.
Ścisnął mocniej dłoń dziadka. Kątem oka zauważył, jak twarz jego matki zalała się łzami.
- Wybaczam ci, wnuku – usłyszał rozgrzeszenie.
Laneth przycisnął głowę do piersi dziadka, wsłuchując się w jego ostatni oddech. Nie chciał puścić starca, mimo że ten już nie żył. Dlaczego umarł właśnie teraz, kiedy znów go odzyskał?
Czyjaś ręka poklepała go po ramieniu, po chwili zaś złotorude włosy młodszej siostry połaskotały go w policzek.
- Witaj w rodzinie, Laneth – usłyszał.
Z niedowierzaniem uniósł głowę. To był głos jego matki. Dziwnie zabrzmiał dźwięk jego imienia w ustach matki, niesłyszany od tak wielu lat.
Przysunął się do niej i z czcią ucałował jej dłoń. Nie zdobył się na więcej, nie śmiał. Dystans między nimi wciąż był zbyt wielki. Na szczęście było dużo czasu, aby go pokonać.

Laneth powrócił do swego namiotu, pełen najrozmaitszych uczuć. Nie posiedział długo, gdyż zaraz jeden z podwładncyh zakłócił jego spokój.
- Panie, jakaś kobieta przybyła do obozu i pragnie cię widzieć – obwieścił.
- Czy to nie może zaczekać? Jestem naprawdę bardzo zmęczony.
- Twierdzi, że to ważne.
- Dobrze. Niech wejdzie – westchnął.
Poddany ukłonił się i wpuścił zakapturzona kobietę. Po chwili w namiocie byli już tylko ona i Laneth. Gdy zdjęła kaptur, mężczyzna zaniemówił. Widok ukochanych złotych oczu, czarnych, spływających na ramiona włosów i wystających kości policzkowych zaparł mu dech w piersiach.
- Azula? Co… Jak…
Radość wypełniła jego serce. Myślał, że jużnigdy nie bedzie dane mu jej zobaczyć, a tymczasem ona sama do niego przyszła!
- Czy znajdzie się tu trochę kiejsca dla mnie? Mogę to przesunąć? – spytała, wskazując na jakąś skrzynkę. Na jej miejsce postawiła swoje bagaże.
- Czy to znaczy, że ty… – chciał spytać, ale wtedy ona uśmiechnęła się do niego. Jej szczery, pozbawiony drwiny uśmiech był czymś tak rzadkim i bliskim sercu Lanetha, że zuoełnie zaniemówił.
Azula podeszła do niego i usiadła mu na kolanach. Objął ją, wciąż niedowierzając w to, co się dzieje.
- Mam już dosyć życia w stolicy. Pora na coś nowego. Chyba jeszcze nie jest zbyt późno, żeby zmienić swoje życie?
- Wróciłaś – wyszeptał z niedowierzaniem. – Chyba nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać.
- Zostanę z tobą, Laneth. Ale pod jednym warunkiem.
- Co tylko zechcesz, najdroższa.
Przysunęła się jeszcze bliżej.
- Już nigdy więcej nie próbuj zdobywać dla mnie świata.
- Załatwione – odparł.
Wreszcie mieli czas, aby nacieszyć się swoją bliskością.

Powojenny poranek był wyjątkowo świeży i rześki. Czyste niebo bez jednej chmurki aż kłuło w oczy, zachwycając swym błękitem.
Floty obydwu plemion wody były już gotowe do podróźy powrotnej. Statki wciągały z powrotem opuszczone kotwice i stawiały żagle, które załopotały dumnie na wietrze. Również Appa był gotowy na długi lot do Ba Sing Se. Wziął na swój grzbiet Momo, Iroh, Jin, Aanga i Toph. Ta ostatnia, rozpromieniona, nosiła na szyi zaręczynowy naszyjnik z symbolem Nomadów Powietrza.
- Musimy się wkrótce wszyscy spotkać! – zapiszczała Ty Lee, szczęśliwa, że Sokka zgodził się zabrać ją na swój statek i podwieźć na wyspę Kyoshi. – Będę za wami tęsknić!
- Myślę, że spotkamy się bardzo niedługo – powiedziała Suki, zerkając wymownie na naszyjnik Toph. Jakby na potwierdzenie jej słów Aang objął niewidomą kobietę z czułością.
Wszyscy wymienili między sobą uściski, ostatecznie się jednocząc. Mimo, iż pragnęli jak najdłużej zostać razem, musieli wyruszyć w swoją stronę i wrócić do swych obowiązków.
Statki ruszyły, kołysząc się delikatnie na falach, a Appa wzbił się w górę.
- I pamiętajcie: pijcie dużo herbaty! – wykrzyknął jeszcze Iroh, machając dłonią na pożegnanie.
Wszyscy juz odeszli. W porcie została tylko rodzina królewska.
- Au! – krzyknał nagle Kenai. Odwrócił się gwałtownie. Za nim stała Renna z wodnym biczem w dłoni. Śmiała się.
- Myślisz, że jesteś taka cwana, co? No to patrz! – odkrzyknął, wyczarowując płomień i rzucając się za siostrą w pogoń.
Zuko objał Katarę w pasie. Z uśmiechem patrzyli na przekomarzania między dziećmi.
- Teraz chyba już wszystko się ułoży – powiedziała Katara, spogladając na odpływające statki i szybującego gdzieś w górze bizona. – Wreszcie będziemy mogli zacząć żyć normalnie.
Położyła dłoń na torsie męża, a ten pocałował ją.
- Jesteś jakiś niespokojny – zauważyła. – To przez to, że Azula odeszła?
- Nie, to nie o to chodzi. Podejrzewałem, że to zrobi.
- A więc…?
- Jest jeszcze jedna sprawa – wyjaśnił Zuko.
Spojrzał gdzieś w dal. Katara lubiła to spojrzenie, pełne zaciętości i siły. Niestety, nie zwiastowało ono niczego dobrego.
- Chodzi o pewną wyspę.

THE END

P.S. Wreszcie padły słowa, których się najbardziej obawiałam. Koniec. Dwa miesiące przyjemnego fantazjowania, którego owocem był The Doublebender. W sumie, licząc Księgę Czwartą, to już cztery :) Kawał czasu, i aż sama się sobie dziwię, że nie zabrakło mi wytrwałości. Tak… Chyba po prostu bardzo lubię pisać. I bardzo lubię Avatara :) Wiele odcinków oglądałam po kilka razy, aby przypomnieć sobie szczegóły istotne dla fabuły mojego opowiadania. Wymyślałam i pisałam nowe rozdziały, z radością czytając później komentarze i maile od Was. Wiele z nich było na tyle inspirujących, że wymyślałam dzięki nim nowy wątki! Bardzo Wam za to dziekuję, dziękuję za cenne uwagi i opinie. Dziękuję Song za jej wiersz, dziękuję WładczyniW&A za tłumaczenie na angielski. Dziękuję tym, którzy byli ze mną od Księgi Czwartej, a także tym, którzy dołączyli dopiero w Piątej:

saya14

Song

Easy Boy

Dorcas

WładczyniW&A

Zima

Aratia

Pablo

Amethia

milka

Ech… Przyzwyczaiłam się do wszystkich bohaterów, nawet do tych, których sama wymyśliłam. Polubiłam Rennę, kapryśną i niemożliwą czarodziejkę dwóch żywiołów. Chciałam, by była dziewczyną z krwi i kości, a nie tylko sztywnym herosem… I chyba się udało ;) Może jeszcze do niej wrócę, do niej i do innych bohaterów? Wszystko jest możliwe. Oby tylko nie zabrakło natchnienia!

~Painted Lady

Book 5 Chapter 22 – Rebelia, Part II

Ostry, dławiący zapach wdzierał się w nozdrza przybyłych na okrętach floty Południowego Plemienia Wody. Odór wojny, przesycony strachem i nienawiścią, był tak mocny, że przeważał nad morską bryzą, eliminując płynące z jej podmuchów orzeźwienie. Nad stolicą Narodu Ognia, najpotężniejszego i najbardziej konfliktowego ze wszystkich narodów, unosił się dym. Z czerwonego nieba sypał się popiół, tworząc na twarzach walczących czarne, smoliste znaki. Apokaliptyczny obraz napawał strachem nawet najodważniejsze dusze. Nawet duszę Zuko.
Ponownie zepchnięty z tronu Władca Ognia mocniej objął syna. W błękitnych oczach Kenaia odbijały się najgorsze z widzianych dotąd przez niego obrazów.
- Trzymaj się mnie, Kenai – polecił Zuko. Bał się o syna. Gdyby coś mu się stało…
- Wmieszamy się w walczących – oznajmił Hakoda. Miał na sobie bojowy strój wojownika z Południowego Plemienia Wody.
- Bitwa już trwa. Spóźniliśmy się – zauważył Pakku zgryźliwie.
Dobili do brzegu. Każdy wyjął swój oręż i chwycił go w ręce.
- Uważajcie na siebie – rzekł Zuko. – Nie chcę, byście rozlewali waszą krew za mój naród.
- Może to nie jest nasz naród, ale ta wojna dotyczy nas wszystkich – powiedział Hakoda. W oczach tego już niemłodego, doświadczonego przez wiele bitew mężczyzny było widać iskry większe niż w niejednym młodzieńczym spojrzeniu. – Mnie ta bitwa dotyczy także osobiście… zięciu.
Usta Zuko wykrzywiły się w niezdarny uśmiech. Uścisnęli się z Hakodą po męsku.
- Nie daj się ponieść bitwie. To nasze zadanie. Ty i Kenai odszukajcie Katarę – dodał Pakku. Nieskory do okazywania uczuć starzec rzucił Władcy Ognia surowe spojrzenie. Zuko w zupełności to wystarczyło. Wolał nie wiedzieć, co by mu zrobił Pakku, gdyby coś się stało Katarze.
Weszli na strome wzgórze. U dołu wrzała walka. Mahdotonci zabijali wrogów niczym pozbawione odruchów miłosierdzia maszyny. Zuko aż zatkało z przerażenia i zdziwienia. Aż do tej chwili nie dowierzał, że tak pokojowi ludzie mogliby być zdolni do zbrodni. Kto dał im prawo zabijać? Kto kazał im to uczynić? Zawrzał w nim gniew. Ginęli jego ludzie, jego dzieci. Wszak był ojcem narodu! Kto wydał tak bezwzględny rozkaz? Laneth? Azula?
Krzyknął, dając znak Południowemu Plemieniu, i wszyscy pobiegli w dół, podnosząc oręż do góry. Ludzie unieśli głowy w ich stronę, przerywając na chwilę bitwę.
- To lord Zuko z nastepcą tronu! – rozległy się wiwaty.
- Wojownicy z Południowego Plemienia Wody przybyli z odsieczą! – skandowali inni.
Radosna wieść poniosła się przez całe pole bitwy, aż dotarła do uszu Toph.
- Co oni krzyczą? – dopytywał Sokka, przerywając na chwilę serię rzutów bumerangiem.
- To Zuko! Zuko i Kenai! Oni żyją! Przybyli razem z Hakodą!
- Tata! – ucieszył się Sokka. Wbiegł na najbliższe podwyższenie terenu i dojrzał morze niebieskich mundurów bojowych swojego plemienia.
- Widzę ich! Są tam!
- A Zuko?
Sokka pokręcił głową. W mgnieniu oka podjął decyzję, uprzednio upewniając się, czy Suki, Ty Lee lub Mai są gdzieś w pobliżu. Nie dojrzał ich, ale był pewien, że w końcu też usłyszą radosną wieść.
- Chodź! – krzyknął, wciągając Toph na grzbiet Appy. – Wyjdziemy im na spotkanie!
Po krótkim locie, w trakcie którego manewrowali między morzem strzał wystrzelonych przez Mahdotontów, wylądowali na ziemi, tratując nieustępujących z miejsca wrogów.
- Tato! – wykrzyknął Sokka na widok ojca. Podbiegli do siebie i rzucili się sobie w objęcia. – Wiedziałem, że przybędziesz! Ty nigdy nie zawodzisz! Nigdy!
Tymczasem Toph wsłuchała się w ziemię w poszukiwaniu znajomych kroków.
- Zaraz… Czy to… Zuko! Kenai!
Podbiegli do niej, a potem do Sokki. Nim zdążyli cokolwiek sobie wyjaśnić, ktoś uderzył w ich stronę. Nie było czasu na rozmowy czy na wzruszenia. Trwała wojna.
- Katara jest w pałacu razem z Aangiem – poinformował Sokka. – Nie traćcie czasu i biegnijcie ile sił w nogach. Ona… Nawet nie mogę sobie wyobrazić, co poczuje, gdy zobaczy, że żyjecie!
- Nie będziemy już dłużej zwlekać, wujku – zapewnił Kenai.
Tłum walczących napierał na nich ze wszystkich stron.
- Utoruję wam ścieżkę! – wykrzyknęła Toph. Dzięki mocy wydobyła z ziemi kamienne bloki, które rozsunęły zagradzających drogę i powaliły ich na ziemię.
- Dzięki, Toph! – wykrzyknął Zuko i pognał wraz z Kenaiem.
Niewidoma kobieta odzyskała nadzieję. Jej ciosy stały się mocniejsze i bardziej zdecydowane. Tak się cieszyła, że Zuko i jego syn przeżyli! Także z osobistych przyczyn. Aż bała się myśleć, co to oznacza, było to bowiem tak niespodziewane i radosne dla niej.
Aang nie będzie musiał zostać Władcą Ognia. Nie będzie musiał żenić się z Katarą.

Zuko wpatrywał się w swój pałac, jakby tylko on istniał, a całe pole bitwy się nie liczyło. Coś się tam działo. Widział co i raz wystrzeliwujące w górę wodne bicze przemieszane z płomieniami ognia i głazami. Jakaś dziwna, niepokojąca poświata unosiła się nad pałacowym dziedzińcem.
- Walczą – powiedział Kenai. On też to zauważył. Nagle jego wzrok padł na coś innego.
- Tato, patrz! To wuj Laneth!
Zuko oderwał wzrok od pałacu i ujrzał rudowłosego mężczyznę w zbroi i z zakrwawionym mieczem w dłoniach. Szare oczy Lanetha spoczęly na nim. Warknął i natarł na niego. Zuko wyjął swe miecze i odparował cios.
- Biegnij do mamy. Ja się nim zajmę – krzyknął do syna.
Kenai zrozumiał. Wiedział, że teraz, kiedy liczyła się każda sekunda, nie mógł sobie pozwolić na protesty czy dyskusje.

Katara przebiegała wśród walczących, zupełnie jakby znalazła się w jakims dziwnym, koszmarnym śnie. Tyle krwi, tyle cierpienia, tyle bólu… Zatrzymała się parę razy, aby uzdrowić tego czy tamtego, ale zaraz padali następni, jeszcze bardziej potrzebujący… Była tak przerażona i zagubiona, że nawet niezdolna do łez. Musiała biec co sił w nogach, aby odnaleźć Azulę i Lanetha. Bała się obejrzeć za siebie, w stronę pałacu. Wiedziała, co by tam ujrzała.
Aang walczył z Renną. Jej przyjaciel walczył z jej córką. Narzeczony, pomyślała nagle. Wciąż nie mogła do tego przywyknąć, choć przecież czuła zaręczynowy naszyjnik na swej szyi…
Ktoś przemykał między ludźmi równie szybko, co ona. Chłopięca postać odziana w czerwony kaftan, z rozwianymi, czarnymi włosami, jasną cerą i niebieskimi oczami…
Katara zatrzymała się gwałtownie i przetarła oczy. Bitwa trwała. Nie mogła sobie pozwolić na zmęczenie. Musiała wytrwać… Ach, była do niczego! Tyle od niej zależało, musiała znaleźć Azulę i Lanetha… Dlaczego akurat teraz musi mieć zwidy? Tęskniła za mężem i synem, ale nie mogła się pogrążyć teraz w smutku, nie mogła pozwolić mu zawładnąć nad jej zmysłami…
- Mamo!
Złapała się za głowę. Głosy. Jakby tego było mało! Słyszała, jak ją woła, słodki głos ukochanego dziecka. Głos z zaświatów… Dookoła było tyle śmierci, niedziwne więc, że wyrwał sie z krainy duchów… Ale nie była przecież Avatarem! Dlaczego więc słyszy Kenaia?
Chyba zwariowałam, pomyślała. Tak, jak kiedyś Azula.
- Odejdź! – krzyknęła. – Jesteś tylko zjawą, niczym więcej! Błagam… Mój ból jest nie do zniesienia, dlaczego jeszcze mi dokładasz?
- Mamo, to przecież ja! Kenai! Ja ż y j ę! Trafiłem na wyspę, potem na Biegun Południowy do dziadka… Woda wyrzuciła nas na brzeg!
Rzucił się jej na szyję i objął matkę mocno. Katara zamarła. Delikatnie dotknęła syna. Był ciepły. Był materialny.
- Was? – wykrztusiła.
- Tata walczy nieopodal z wujkiem Lanethem. Kazał mi cię odszukać…
Łzy spłynęły po jej policzku. Zadrżała. A właściwie cała się trzęsła.
- Tata… Też żyje?
- Tak! Gdyby nie on, to nie wiem, czy dałbym sobie radę…
Uścisnęła go tak mocno, że Kenai pomyślał, że matka zaraz go udusi. Łkała.
- Kocham cię, mamo. Tęskniłem za tobą.
Pogłaskała go czule po czarnych włosach.
- Też cię kocham, synku.
- Już starczy – uspokoił ją. Radosć rozpierała chłopaka. Jego matka była cała i zdrowa.
- Biegnijmy już do taty! – polecił.
Pobiegli przed siebie, omijając przeciwników dzięki płomieniom ognia wytworzonym przez Kenaia i wodnym biczom Katary.

Zuko i Laneth mierzyli się wzrokiem, omijając się okrężnymi ruchami.
- Gdyby nie ja, byłbyś nikim – wycedził Władca Ognia. – Umarłbyś z głodu na pustyni, wyklęty przez rodzoną matkę i własne plemię. A teraz walczysz przeciwko mnie? To tak wygląda według Mahdotontów wdzięczność?
- Robię to, co muszę – odparł. – To, czego oczekują ode mnie moi ludzie!
- Twoi ludzie? Jeszcze niedawno się do ciebie nie przyznawali.
Zuko wiedział, że go drażni. Widział to po wściekłej minie Lanetha.
- Wszystko się zmieniło, Zuko. Ja też się zmieniłem. Nie zmieniło się tylko jedno…
- Dalej jesteś idiotą?
- Wszystko, co robię, robię dla twojej siostry! Dla Azuli! Zgarnąłeś jej tron sprzed nosa, zniszczyłeś jej marzenia! Ja uczynię ją szczęśliwą!
Laneth posłał w stronę Zuko stertę kamieni. Ziemia pod nimi zadrżała, niepokojona jego mocą.
- Mylisz się, Laneth – odparł Zuko. – To nie jest szczęście! Nic, do czego prowadzi droga nienawiści, mordu i przemocy, nie jest szczęściem!
Mahdotontę te słowa zabolały niemal fizycznie. Gdzieś w głębi siebie czuł, że są prawdziwe, choć nie chciał przyjąć tego do świadomości. Jednak jego osiemnastoletnia tożsamość, wszystkie wspomnienia z tamtego okresu napłynęły do jego myśli. Przypomniał sobie twarz swej matki, gdy go opuszczała i wystraszoną Luioh. Swoje pierwsze morderstwo, gdy udusił tamtego porywacza dzięki magii ziemi. Następne przyszły tak łatwo… Zbyt łatwo.
Nie, krzyknęła jego druga część. Azula. To ona jest najważniejsza. Zrób to dla Azuli.
Zuko przez chwilę miał nadzieję, że jego przyjaciel się opamięta. Ten jednak po wewnętrznej walce z samym sobą natarł na Władcę Ognia ze zdwojoną siłą. Zuko odpowiedział mu pociskiem z ognistej kuli.
Laneth odparł jego atak, rozdzialając ich kamienną ścianą, która potem rozdrobnił na kawałeczki i cisnął w Zuko. Ten spopielił je w trakcie lotu, formując ognisty pierścień, który wirując otoczył Lanetha. Ten otoczył się skałą, która przyległa do jego ciała, i przebiegł przez ogień. Dysząc z wściekłości, już chciał posłać kolejny cios, kiedy nagle gigantyczna, kilkumetrowa fala uderzyła go i odrzuciła go gdzieś daleko.
Władcy Ognia zaparło dech w piersiach. Jego głowę zalało tysiące pytań. Skąd się wzięła ta fala? Kto ją wytworzył? Jaki mag wody byłby tak potężny?
Krople szybko opadały na ziemię, zupełnie jak kurtyna po skończonym przedstawieniu. Zuko dojrzał niewyraźny, mglisty ksztat wynurzający się zza wodnej ściany. Piękna i odważna kobieta, niczym heros ze Świata Duchów, a zarazem zwyczajna dziewczyna, którą kochał nad życie. Jej twarz, piękna i smutna, była cała zalana łzami. Otworzyła usta, zupełnie jakby chciała cos powiedzieć, lecz nie mogła znaleźć słów. Oddychała szybko.
Podeszli do sibie wolnym krokiem, napawając sie nawzajem swoim widokiem. Istnieli tylko oni, wojna wokoł przestała mieć znaczenie. Gdy znaleźli się już blisko, Zuko dotknał jej policzków i pogładził je delikatnie. Miała szorstką, suchą skórę, było na niej parę powstałych ze zmartwienia zmarszczek. Zmizerniała i jakby postarzała się, ale była w tym smutku jakaś królewska dostojność, tak niegdyś obca dla dziewczyny z południa.
Ona chwyciła mocno za ubranie na jego piersi. Trzymała sie go kurczowo. Ręce jej się trześły, trzęsły się mocno zaciśnięte pięści Katary. Nie odrywała od niego wzroku, napawając się szczerozłotym spojrzeniem. Czarne włosy okalały jego twarz, zasłaniając nieco szpecącą bliznę na jednym oku. Ale to nie miało dla niej znaczenia. Złote oczy zaszkliły się.
Trwająca wiecznie chwila przeciągnęła się, gdy wreszcie padli sobie w objęcia. Katara wciąż kurczowo trzymała się poły płaszcza swego męża, a on obejmował ją w pasie. Miała takie długie, gęste włosy, które czuł teraz pod palcami. Czuł też jej ciało, ciało żony i matki jego dzieci. Nareszcie poczuł się kompletny. Wiedział, że gdyby ją stracił, niebyłby już sobą, lecz kimś innym, jedynie połówką całości. Jednoskrzydłym aniołem, który pozbawiony drugiego jednoskrzydłego anioła niebyłby w stanie unieść się do góry.
Jego szata była już cała mokra od łez Katary, lecz nie przeszkadzała mu to. Jego łzy tonęły gdzieś w jej włosach. Pochylił głowę i ułożył ją na jej ramieniu.
Odchyliła głowę. Miała zaczerwienioną twarz, całą mokrą od łez, i lśniące oczy. Popatrzył niżej, na jej szyję. A raczej na naszyjnik, który na niej spoczywał.
Zalała go fala niepochamowanego gniewu. Otworzył szeroko usta. Rzucił ostre, pytające spojrzenie.
Katara jakby zawstydziła się. Chwyciła naszyjnik z symbolem Nomadów Powietrza.
- Zuko, tylko się nie denerwuj – poprosiła błagalnie. – Myśleliśmy, że nie żyjesz. Nie było ciebie, nie było Kenaia, następcy tronu… Ktoś musiał zająć twoje miejsce… Aang mówił, że to był twój pomysł, już czternaście lat temu…
Jej słowa docierały do niego jakby z podziemi, przytłumione przez gniew. Widział ja jednak. Jej zakłopotanie nie mogło być udawane.
Podszedł bliżej i zerwał jej zaręczynowy naszyjnik z szyi, po czym schował go do kieszeni swojego ubrania. Katara popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
Odszukał jej usta i zasmakował ich. Nie były słodkie, jak to w opowieściach, lecz słone. Spijał łzy z jej warg, spijał cały ból, jaki przeżyła po jego stracie. Tyle już wycierpiała. Nie pozwoli, by cierpaiła jeszcze więcej. Jak ja ją kocham, pomyślał. Ona pomyślała to samo.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale wujek Laneth gdzieś uciekł!
Odsunęli się od siebie, przypominając sobie nagle o obecności syna. Wyglądał na zażenowanego pocałunkiem rodziców.
Zuko rozejrzał się. Nie było szans na odszukanie Lanetha. Zbyt wiele było wokół rudych głów. Każda z nich mogła należeć do Lanetha…
- To nie jest teraz najważniejsze – rzekła Katara. Spojrzała na męża. – Renna i Aang walczą ze sobą na pałacowym dziedzińcu. Musimy ich powstrzymać, zanim ktoś ucierpi! Nie zniosłabym, gdyby coś się stało Rennie lub Aangowi…
- Walczą ze sobą? Renna…?
Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Jego własna córka popełniała te same błędy, co on niegdyś…
- Wyzwała go na pojedynek Agni Kai – wyjaśniła Katara.
Władcy Ognia zaparło dech w piersiach. Kenai też się zaniepokoił, w końcu wiedział, co to znaczy.
- Biegnijmy tam! – rozkazał Zuko.

Wściekła Azula stała przed oknem i obserwowała bitwę. Chciała wyjść na zewnątrz i coś zrobić, ponieważ bezczynność ją wykańczała. Mała, ciemna komnata za ołtarzem zdawała się być dla niej klatką, w której echem odbijały się od ścian krzyki mordowanych. Zaczęła ją boleć głowa, a jej wzrok stawał się coraz bardziej mętny. To wszystko było ponad jej możliwości, wykańczało ją i doprowadzało do obłędu. Nie wiedziała już, co jest dobre, a co złe.
Nagle drzwi komnaty otworzyły się i wtoczył się do niej Laneth. Jego mundur w niektórych miejscach był poszarpany i brudny, a on sam miał kilka niegroźnych obrażeń. Ludzka krew krzepła na błyszczącej klindze jego miecza. Jej odór uderzył Azuli do głowy. Wiedziała już, dlaczego tak źle się czuje.
- Zuko i jego syn żyją – wysapał Laneth. – Przed chwilą walczyłem z twoim bratem.
Azula wypuściła oddech.
A więc żyją.
I co teraz? Walczyć dalej i iść w zaparte, czy… zrezygnować? Chwyciła mocniej za okienną framugę. Wojna. Krew niewinnych, śmierć… Obłęd…
- Dosyć! – krzyknęła. – Każ im przestać! Przecież to zupełnie bez sensu! Co ci da wymordowanie zwyczajnych obywateli, kupców i rzemieślników? To oni pracują na to, by stolica dobrze prosperowała i rozwijała się!
- Nie rozumiem, o co ci chodzi.
- Cofnij swój rozkaz! – syknęła, stając z nim twarzą w twarz.
- Głupia! Wiesz, co to oznacza? Zuko znów zgarnie ci tron!
- Nie dbam już o to – odparła, łapiąc się za głowę. Naprawdę czuła się coraz gorzej. – Nie zniosę dłużej tej wojny, tej i żadnej kolejnej. To mnie wykańcza.
Laneth aż poczerwieniał ze złości.
- Jesteś nienormalna, kobieto! – ryknął. – Przez całe życie marzyłaś o władzy, a teraz rezygnujesz z niej, bo masz taką zachciankę?! Rozpętałem tę wojnę dla ciebie, a ty chcesz się teraz wycofać?! Już za późno, moja droga! Za późno!
Azula nie znosiła sprzeciwu.
- Cofnij rozkaz – powtórzyła, postępując krok naprzód. – Już!
- Nie zrobię tego.
- Ludzie umierają! Nie potrzebujemy ich śmierci! – krzyknęła, potrząsając nim. – Opamiętaj…
Nagle podłoga pod nią zadrżała. Azula straciła równowagę i upadła na posadzkę, odepchnięta dzięki magii ziemi.
Gwałtownie nabrała powietrza w płuca. Podniosła głowę i spojrzała na Lanetha z nienawiścią.
Mężczyzna wciąż trzymał przed sobą wyciągniętą dłoń, która zamarła, jakby nieświadoma tego, co przed chwilą zrobiła. Na jego twarzy malowało się przerażenie i niedowierzanie.
- Azula… – powiedział błagalnym tonem i podszedł do niej, lecz ta odgrodziła się od niego łuną niebieskiego ognia.
- Nie zbliżaj się do mnie! – krzyknęła głosem, w którym pobrzmiewało szaleństwo. Była już na skraju wyczerpania, lecz musiała odnaleźć w sobie jeszcze trochę siły. – Odejdź!
- Azula, ja… Nigdy… Nie chciałem cię zranić! – powtórzył, wciąż przerażony i niedowierzający. – Ja…
Gdy nachylił się nad nią, odepchnęła go kulą niebieskiego ognia. Laneth zatoczył się i wylądował w kącie komnaty. Nie próbował się bronić czy walczyć. Wciąż był pod wpływem szoku. Wreszcie otworzył oczy.
Azula popatrzyła chwilę na niego. Tylko lekko drgnęła jej powieka, poza tym nic ją już tu nie trzymało. Wybiegła z komnaty tak szybko, jak tylko zdołała. Mijała walczących w świątyni, którzy dewastowali przedstawiające ją rzeźby i obrazy z jej wizerunkiem, i wybiegła na zewnątrz, torując sobie drogę ognistymi kulami. Weszła na najbliższe wzniesienie. Jej czarne włosy powiewały, tworząc ciemną zasłonę na jej twarzy. Wyglądała pięknie i groźnie, jak prawdziwa boginii zemsty. Ale to nie zemsta była jej celem.
Walczący nieopodal Iroh zauważył ją.
- To Azula! – wykrzyknął.
Księżniczka postąpiła krok naprzód i omiotła spojrzeniem walczących. Wyczarowała piorun i wystrzeliła nim w górę, tym samym zwracając na siebie uwagę.
- Mahdotonci! – wykrzyknęła. Jej głos, czysty i silny, odbił się echem po całym polu bitwy. – Ja, Azula Mahdotonta, rozkazuję wam przestać! Porzućcie swoje miecze! Już dosyć rozlewu krwi!
- Co ona wyprawia? – zdumiał się Iroh.
Mai, która znalazła się w pobliżu i wpatrywała się w Azulę spod czarnej grzywki, opuściła swoje sztylety.
- To samo, co czternaście lat temu – odparła.

Aang posłał w stronę Renny serię silnych ciosów. Ta umykała przed nimi zręcznie, odpowiadając mu tym samym.
Nagle Avatar zrozumiał.
Przypomniał sobie walkę z Ozaiem, tę pierwszą, jeszcze zanim Zuko został Władcą Ognia. Mimo iż Ozai panował tylko nad ogniem, był silnym i równym przeciwnikiem, podobnie tak jak teraz jego wnuczka. Ta walka mogła ciągnąć się w nieskończoność, aż w końcu któreś z nich padnie ze zmęczenia. Nie mógł do tego dopuścić. Musiał roztrzygnąć tę bitwę. Był tylko jeden sposób.
Moc. Musi odebrać jej moc.
Wiedział, że jest silna, ale czy na tyle, by przetrwać z wysuszonym źródłem? Na szczęście to nie był problem. Wystarczyło przecież, że pozbawi jej mocy jednego z żywiołów.
Natychmiast zdecydował, którego. Żywiołu, który zawsze sprawiał mu najwięcej problemów, który tak namieszał w jego życiu i w losach całego świata. Żywiołu śmierci i zniszczenia, tego, z którym od zasze musiał walczyć.
Pozbawi ją magii ognia.
Córka Katary własnie posłała w jego stronę kulę ognia. Uniknął ciosu, unosząc się w górą i wchodząc w stan Avatara.
- Renna! – wykrzyknął. – Nie chcę tego robić, ale nie mam wyjścia. Odbiorę ci moc magii ognia. W cudowny sposób zostałaś nią obdarowana, jednak źle ją wykorzystujesz. Największą pokusą człowieka jest taka wiara we własne siły, że człowiek zaczyna działać poza dobrem i złem…
Zerwał się silny wiatr. Wszystko wokół wirowało, a blask bijący od tatuaży Aanga oślepiał.
- Rena, to koniec! – krzyknął Moren, stając przed księżniczką i potrząsając nią. – On wszedł w stan Avatara. Nie masz z nim szans…
- Puść mnie! – wrzasnęła. – Właśnie teraz mam okazję, by wykończyć go na dobre! Jeśli Aang zginie w stanie Avatara, cykl zamknie się i nigdy się już nie odrodzi! Nie rozumiesz?!
- Nie obchodzi mnie to, czy Avatar się odrodzi, czy nie! TY mnie obchodzisz! Ucieknijmy stąd, póki jeszcze mamy szansę! Proszę…
Wszystko wydarzyło się bardzo szybko, nie dając księżniczce szans na jakąkolwiek reakcję. Renna widziała poruszające się usta Morena. Mówił coś do niej, krzyczał, a wjego oczach było widać strach, strach o nią. Za nim rozbłysła kula oślepiająco białego światła pochodzącego od Avatara, która powiększała się coraz bardziej, aż w końcu pochłonęła złodzieja. Upadł na zgięte kolana, a jego ręce przesunęły się bezwładnie po Rennie, niezdolne do dłuższego trzymania dziewczyny. Jego oczy i usta rozwarły się szeroko, a on sam zbladł. Jego twarz zrobiła się bardziej pociągła i woskowa, zupełnie jakby nagle postarzał się o wiele nigdy nieprzeżytych lat. Złapał się za klatkę piersiową, dysząc ciężko, i osunął się na ziemię.
Na pałacowym dziedzińcu w tej samej chwili pojawili się Zuko, Katara i Kenai. Kobieta i syn wtulili się w głowę rodziny ze strachem, oślepione blaskiem tatuaży Avatara. Katara chciała pobiec, wiedziała bowiem, w kogo wymierzony był cios, jednak Zuko ją powstrzymał. I rzeczywiście – światło po chwili zgasło, a Aang wylądował z powrotem na ziemi wpatrując się z szeroko otwartymi ustami na to, co się stało.
Był pewien, że uderzał w Rennę. Zupełnie zapomniał o tym młodym mężczyźnie, na oko o kilka lat młodszym od niego, który przybył wraz z księżniczką.
Musiał stanąć w polu rażenia, kiedy Aang nie panował już nad wyzwoloną przez siebie mocą… Wtedy, kiedy było już za późno, by zmienić jej bieg…
- Moren! – krzyknęła Renna, klękając nad chłopakiem. – Moren, błagam! Powiedz coś! Powiedz!
- Moja moc… – wyszeptał głosem tak cichym i słabym, że do oczu księżniczki napłynęły łzy. – Jestem… pusty… zupełnie…
- Twoja magia ognia zniknęła – odgadła. Zaraz przypomniało jej się to, o czym czytała w krypcie. O tym, jak Ozai odbierał moc Zuko…
Wiedziała, że Moren zaraz zginie, jeśli nic nie zrobi. W panice nabrała wody i zaczęła go uzdrawiać. Złagodziła może nieco jego ból, ale nie była w stanie napełnić wyschniętego źródła mocy Morena.
Zapłakała rzewnie, tak, jak nigdy przedtem. Tyle myśli napłynęło jej do głowy, tyle uczuć, o które nigdy by siebie nie podejrzewała. Patrzyła na Morena i wiedziała, że właśnie traci kogoś ważnego. Kogoś, kogo kocha.
- Przepraszam – wyszeptała przez łzy, chyba po raz pierwszy w życiu używając tego słowa.
- Za co? – spytał słabo Moren.
- Że cię w to wplątałam – załkała. – Gdybyś mnie nie poznał, mógłbyś dalej żyć…
Ujął delikatnie jej dłoń. Jego uścisk był niemal niewyczuwalny.
- Niczego nie żałuję, Rena. Gdy cię poznałem, moje życie wreszcie nabrało sensu. Wcześniej tułałem się tylko bez celu, marząc o szczęściu. Moje życie było puste, zupełnie tak jak teraz źródło mojej mocy…
Nagle Rennie coś przyszło do głowy. Ostatnia deska ratunku.
Źródło Morena było puste i trzeba było je napełnić. Potrzebował mocy. Mocy magii ognia…
- Moren! – wykrzyknęła, unosząc delikatnie jego głowę. – Pamiętasz zapiski mojego dziadka? Te o odbieraniu komuś mocy? Przytknij palce do mojej skroni i zabierz mi moc. Ja to przeżyję, jestem silna i mam jeszcze magię wody… Ale ty…
Ostatkiem sił zdobył się na przeczące pokręcenie głową.
- Nie, Rena – wychrypiał. – Nie zrobię tego. Nie mogę pozbawić cię magii ognia, nie mogę cię skrzywdzić…
- Nie bądź uparty, nie teraz! Zrób to, co ci każę! Tylko to może cię uratować!
Ponownie pokręcił głową. Powoli odchodził. Wszystko zaczęło się ze sobą zlewać.
- Nie, Rena. Nie…
Zacisnęła mocno powieki i uniosła dłoń. Usłyszała szum krwi w jego żyłach, niepokojąco cichy i nierówny. Choć nie było pełni, mogła się posłużyć magią krwi.
Zmusiła rękę Morena, by uniosła się, i po chwili poczuła na swej skroni dwa palce złodzieja. Wsłuchała się w siebie, w swoją moc. Wyczuła magię wody, cichą i szemrzącą, i gwałownie buzującą magię ognia. Już zbyt długo pozwalała tym dwóm żywiołom konkurować ze sobą.
Zaczęła przelewać swoją magię ognia do Morena. Strumyczki mocy niczym cienkie nitki przechodziły do złodzieja, sprawiając, że jego twarz zaczęła nabierać kolorów. Powoli otwierał oczy i zaczynał odzyskiwać czucie. Poruszył ręką.
Poczuł się pełny mocy, zupełnie jak nowonarodzony. W tym samym momencie Renna osunęła się na niego.
Aang, Zuko, Katara i Kenai wstrzymali oddech. Nie słyszeli ich rozmowy i nie wiedzieli, co się dzieje. Dopiero gdy Renna rozpoczęła swoje dzieło, domyślili się, co się dzieje.
- Co ona wyprawia? – zdziwił się Kenai.
Aang odwrócił się gwałtwonie, słysząc głos tego, którego wszyscy uznali za zmarłego. Ujrzał wtedy Zuko, który podtrzymywał Katarę, i ich syna.
A więc przeżyli! Nie wiedział, jakim cudem, i skąd znaleźli się właśnie tutaj i teraz, ale nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać. Najweżniejsze było to, co tutaj i teraz.
- Rena? – powtórzył Moren.
Dziewczyna podniosła powieki. Po chwili usiadła i dotknęła ręką do czoła.
- Już… Już dobrze – odparła.
Moren pomógł jej wstać. Jeszcze przed chwilą to ona go podtrzymywała, teraz jednak role się odwróciły.
Dziewczyna zachwiała się. Zdążyła już odzwyczaić się od tego, że nie panuje nad dwoma żywiołami.
Moren wyciągnął przed siebie rękę i wyczarował mocny i jasny płomień. Renna chciała zrobić to samo, jednak nie wydarzyło się nic.
Zupełnie nic.
Magia ognia odeszła. To koniec.
Nie była już podwójnym magiem.
Spanikowana, czy aby zupełnie nie straciła magicznych umiejętności, spróbowała zaczerpnąć nieco wody i sprawić, by się jej posłuchała. Gdy uczyniła to bez problemów, odetchnęła z ulgą. Ale tylko połowiczną.
Uniosła głowę i ujrzała Avatara, swoich rodziców i brata. Czy wzrok ją mylił, czy też była to prawda? Przecież Zuko i Kenai podobno nie żyli… Chyba jednak nie była to prawda. Ucieszyła się. Ale tylko na chwilę. Zaraz bowiem dotarło do niej to, co od siebie odpychała.
- Nie jestem już podwójnym magiem. Nie panuję nad ogniem. Jednak nawet gdybym panowała, nie stanęłabym do dalszej walki. Nie chcę… Boję się, że wtedy ktoś by ucierpiał. Ja, moi przyjaciele, mój brat i rodzice, ty… Cały Naród Ognia… To przeogromny ból, zbyt wielki jak dla jednej osoby. Nie mam z tobą szans, Avatarze. Przegrałam.
Opuściła głowę, tym samym ostatecznie przyznając się do porażki.
- Wręcz przeciwnie – przemówił nagle Zuko, stając za córką i kładąc jej dłonie na ramionach. Obok niego stali jej matka i brat. – Właśnie wygrałaś.
Nie była zdolna, by cokolwiek powiedzieć. Rodzice i brat przytulili ją mocno. W ich uścisku było tyle bezwarunkowej miłości i wybaczenia, że znów zebrało jej się na płacz.
Mogła sobie być księżniczką Narodu Ognia, mogła jeszcze przed chwilą panować nad dwoma żywiołami i pragnąć zabić Avatara. Ostatecznie jednak wciąż była małą, czternastoletnią dziewczynką.
Zza ramienia obejmującego ją ojca dojrzała Morena. Chłopak postanowił nie psuć rodzinnej sceny i uniknąć niewygodnych pytań, które z pewnością lada chwila by padły. Odzyskawszy na nowo siły, wdrapał się na mur i biegł już po nim w kierunku wyjścia. Przystanął na chwilę, by spojrzeć jeszcze na Rennę i uśmiechnąć się do niej, po czym pobiegł dalej.
Księżniczka była spokojna. Jak znała złodzieja, wiedziała, że się jeszcze spotkają.
Wyswobodziła się z rodzinnego uścisku i podeszła do Aanga. Stał nieruchomo, wyraźnie zmieszany i niewiedzący, jak się zachować. Przez chwilę obawiał się, że Renna znów zaatakuje w zemście za to, co niechcący uczynił jej przyjacielowi, niemal powodując jego śmierć. Ona jednak zatrzymała się na trzy kroki przed nim i ukłoniła się, tak jak to mieli w zwyczaju ludzie z Narodu Ognia.
Odpowiedział jej tym samym, ostatecznie kończąc spór.
Renna niespodziewanie poczuła, jak ciężar wielkości głazu spada jej z serca. Poczuła się o niebo lepiej, tak dobrze, jak nigdy. Jeszcze przed chwilą miała wątpliwości, czy słusznie postąpiła, rezygnując z walki o władzę, jednak te uczucie, które rozlało się po jej ciele, upewniło ją, że dokonała dobrego wyboru.
- Ach, jeszcze jedno – wtrącił nagle Zuko, podchodząc do Aanga.
- Miło cię widzieć, całego i zdrowego – przyznał Avatar. Nie spodziewał się tego, ale ucieszyło go to. Wiele kwestii nagle stało się jasnych.
Zuko wygrzebał coś z kieszeni płaszcza i wręczył Aangowi. Był to zaręczynowy naszyjnik z symbolem Nomadów Powietrza.
- Katara uznała, że dłużej jej się to nie przyda – rzekł, nieudolnie maskując irytację w głosie. Wszyscy zachichotali.
- Zrób z niego lepszy użytek – powiedziała Katara.
I Aang spojrzał na nią, wreszcie czując, że patrzy na przyjaciółkę, już bez cienia zazdrości i pożądliwości. Zrobił to, co niegdyś nakazał mu Avatar Roko w Świecie Duchów – wyzbył się niszczycielskich uczuć.
- Tak zrobię – obiecał, chowając zaręczynowy naszyjnik do kieszeni. Uśmiechnął się.
Wiedział już, komu go podaruje.

Świątynia Azuli Mahdotonty lada chwila miała runąć, burzona przez podniecony lud świętujący swoje zwycięstwo nad Mahdotontami. Nikogo już w niej nie było, wszyscy ewakuowali się, aby uniknąć przygniecenia przez ciężkie, kamienne bloki.
Wszyscy oprócz Lanetha.
Mężczyzna wciąż siedział w komnacie przy ołtarzu, trzymając się za głowę. Pojedyncze odłamki skał z sypiącego się sufitu opadły mu na głowę i ramiona. Ziemia wokół się trzęsła, nie dbał jednak o to.
Dlaczego tak późno dotarło do niego to, co zrobił? Przepowiednia mówiła prawdę. Zniszczył Mahdotontów, czyniąc z nich mordujące bez mrugnięcia okiem potwory. Potwory takie, jakim on sam się stał, gubiąc gdzieś po drodze prawdziwą Drogę Światła i człowieczeństwo.
Nie były to jednak jedyne rzeczy, które stracił.
Stracił Azulę, kobietę, którą bezgranicznie kochał i gotów był uczynić dla niej wszystko. I podobno to ona była kiedyś potworem, niezdolnym do miłości! Gdy ta, którą wszyscy mieli za kobietę bez serca, opamiętała się, wrażliwa na ból swego narodu, on to zignorował. Tylko mówił, że robi to dla niej. W rzeczywistości robił to dla siebie. To on chciał rządzić i dzielić, to on chciał, by ludzie przed nim klękali. Młodzieńcze marzenia Azuli o władzy były tylko pretekstem…
Po policzkach zaczęły spływać mu łzy. Przypomniał sobie, kiedy ostatnio płakał. To było wtedy, gdy całe plemię z jego matką i dziadkiem na czele porzuciło go na pustyni. Na szczęście uratował go wtedy Zuko.
Brat Azuli miał rację. Był niewdzięcznym potworem i mordercą, o czym dobitnie świadzczyła zaschnięta krew na klindze jego miecza…
Nagle oderwała się większa część sufitu, zmierzając wprost na Lanetha. Nie zdążył zareagować, nawet nie chciał tego robić. Wiedział, że nie zasłużył na to, by dłużej żyć.
Ku jego zdumieniu walący się sufit runął obok niego, odepchnięty mocą magii ziemi. Obejrzał się i ujrzał w drzwiach ostatnią osobę, której by się spodziewał: Toph.
- Świątynia lada chwila się zawali. Chodź! – wykrzyknęła, podając mu rękę. Zaszokowany Laneth wahał się chwilę, po czym chwycił wyciągniętą ku niemu dłoń. Toph miała conajmniej tak mocny uścisk, jak on sam. W końcu obydwoje byli magami ziemi.
Ze świątynii wydostali się w ostatniej chwili. Laneth osłonił Toph własnym ciałem, chroniąc ją przed lawiną skał, kurzu i pyłu, jaki spowodowało zapadające się sklepienie budynku. Gdy kurz opadł, ujrzeli zupełnie inny świat.
Ciała poległych wciąż leżały na polu bitwy, jednak nikt już nie walczył. Niebo zaczęło się rozpogadzać.
To był koniec rebelii.

Book 5 Chapter 21 – Rebelia, Part I

Dotarcie do podziemnego świata stolicy Narodu Ognia nie sprawiło Toph większego kłopotu. Miała już doświadczenie w takich sprawach. Doskonale wiedziała, gdzie należy pójść i kogo odszukać, aby wziąć udział w nieformalnych walkach za grube pieniądze, na których zreztą nieszczególnie jej zależało. Chciała po prostu znaleźć się w otoczeniu, które dobrze znała. Podziemny świat tu czy w Królestwie Ziemi, nie robiło to większej różnicy. Zasady były podobne: pokonać przeciwnika na arenie w imponującym stylu.
Tym razem było nieco inaczej, bo mierzyła się z magami ognia. Wielcy, umięśnieni mężczyźni z nadmiarem testosteronu zanosili się gromkim śmiechem na wiadomość, że ich przeciwniczką jest niewidoma kobieta. I do tego jeszcze czarodziejka magii ziemi! Toph wolała, by traktowali ją poważniej, wtedy miałaby więcej rozrywki z walki. Kiedy ją lekceważyli, zbyt łatwo i szybko ich pokonywała, by się tym nacieszyć. U niej, w Królestwie Ziemi, nikt już nie wątpił w jej siłę. Tutaj musiała zaczynać od początku.
O dziwo, jej kolejnym przeciwnikiem był inny mag ziemi. Ucieszyła się. Nareszcie ktoś mojego pokroju.
Wsłuchała się w ziemię, aby rozpznać, co planuje przeciwnik, jednak wychodzące spod jej stóp fale załamały się i rozproszyły. Obcy mężczyzna zaatakował, posyłając głaz w jej stronę. Uskoczyła.
Szybki jest, pomyślała ze zdumieniem. Im dłużej trwała walka, tym było ciekawiej. I trudniej. Walczył w tym samym stylu co ona i choć parę razy miał okazję zakończyć pojedynek, nie robił tego, udając, że w ostatniej chwili coś innego rozproszyło jego uwagę.
Coś było nie tak. Wyraźnie nie tak…
Nagle Toph potknęła się o skalny ustęp, który wyrósł tuż przed nią, i przewróciła się. Wypadła z ringu. Przed bolesnym upadkiem uratował ją wyczarowany przez tamtego kamienny schodek.
Zdenerwowała się. Że też dała się tak łatwo pokonać! Tak dobrze jej szło ze wszystkimi magami ognia, a nie dała rady z magiem ziemi!
- Brawa dla zwycięzcy! – wykrzyknął konfenansjer, podnosząc w górę rękę jej przeciwnika.

Toph opuściła arenę i udała sie do pomieszczenia, w którym walczący mogli dojść do siebie. Wciaż dochodziły ją stłumione wiwaty na cześć tamtego.
Nagle usłyszała, jak ktoś się zbliża. To był on! Chód miał lekki, zupełnie nie jak mag ziemi… Gdy otworzył drzwi, instynktownie posłała w jego stronę stertę kamieni, on jednak odepchnął je… powietrzem.
- Aang?! Co ty tu robisz? – wykrzyknęła zdumiona.
- Byłaś świetną przeciwiniczką. To ty nauczyłaś mnie wszystkiego.
- Przylazłeś tutaj, żeby znów zniszczyć mi życie, Władco Ognia? – zadrwiła. Była zła. Walki w podziemiu były czymś, w czym ona była dobra.
- Potrzebujemy cię – wyjaśnił. – Floty z obydwu biegunów lada moment dobiją do brzegu. Wojna wybuchnie jeszcze dziś. Nie damy sobie rady bez twojej pomocy.
- Przecież macie króla Bumiego.
- Jeden mag ziemi to trochę za mało…
- No to weźcie Haru, albo kogokolwiek innego! Nie mam zamiaru walczyć. Skończyłam z tym! Wyjeżdżam do Ba Sing Se. Rozmawiałam już z Iroh. On mi pomoże…
Avatar wyglądał na poruszonego.
- Ba Sing Se to dobre miejsce, żeby zacząć nowe życie. Ale… Nie możesz teraz odejść!
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić!
- Potrzebujemy cię…
- Nie będę…
- JA cię potrzebuję!
Toph zamarła. Ale tylko na chwilę.
- Zaręczyłeś się z Katarą. Wybrałeś już swoje przeznaczenie, a ja swoje…
- Właśnie o tym chciałem porozmawiać – wyjaśnił. Był zmieszany. – Nie mogę przed tobą skłamać, Toph, zaraz byś się o tym dowiedziała. Wiesz, że nie kłamałem, kiedy mówiłem, że kocham Katarę…
- Przylazłes tutaj, żeby powiedzieć mi, że ją kochasz?! W takim razie możesz już odejść!
- Poczekaj – poprosił, łapiąc ją za rękę. – Dopiero teraz, gdy wszystko to, o czym przez tyle lat marzyłem, ma się spełnić, odkryłem, że to nie tego pragnę. To prawda, kocham Katarę. Od jakiegoś czasu kocham ją tak, jak ona kocha mnie. Czyli jak siostrę, rozumiesz? Życie bym za nią oddał, bo to moja przyjaciółka! To dlatego możesz wyczuć moje uczucie do niej. Ciebie też kocham, Toph, ale inaczej… Teraz rozumiesz?
- Wszystko już postanowione – odparła. Serce jej drżało. – Zaręczyliście się. Zostaniesz Władcą Ognia…
- Nie. Nie mogę. Nie wiem, co będzie dalej. Musimy znaleźć inne wyjście, bo ja nie zrobię tego. Zraniłbym wtedy kogoś, kogo kocham. Zraniłbym ciebie!
- Nie musisz się dla mnie poświęcać…
- Ja też chcę być szczęśliwy – rzekł cicho. – A szczęśliwy mogę być tylko z tobą. Nareszcie to zrozumiałem.
Nastała cisza, było słychać tylko ich niespokojne oddechy.
- Dobrze – powiedziała w końcu Toph. – Pomogę wam w bitwie. Ale potem wyjeżdżam do Ba Sing se i nic mnie nie powstrzyma.
Aang uśmiechnął się z ulgą.
- Musimy się pospieszyć! – ponaglił. – Floty już przybyły! Chodź!
Pociągnął ją za rękę i wybiegli z pokoju, mijając zdumionych przedstawicieli podziemnego świata.
- Jak chcesz tak szybko dostać się do portu? – spytała Toph.
- Złap się mocno – polecił, gdy już wydostali się na powierzchnię.
- O nie. Tylko nie twoja lotnia! Wiesz, że tego… Aaa! – krzyknęła, gdy poderwali się do góry. – Nienawidzę cię!
- A ja cię kocham. Świetnie się uzupełniamy!
Przytrzymała go mocniej. Co to za uczucie, które rozlało się po jej wnętrzu? Czy to właśnie było szczęście? Próbowała je stłumić. W końcu nic jeszcze nie było pewne. Avatar był zmienny niczym ten wiatr, który popychał ich do przodu, wiejący z coraz to innego kierunku.
Ale przecież mogła mu zaufać.

Aang i Toph dotarli do portu, w którym była już flota Północnego Plemienia Wody pod wodzą Arnooka, ojca Yue. Wódz stał właśnie i rozmawiał z Sokką, Katarą i resztą.
- Przepraszamy za spóźnienie! – krzyknął Avatar, gdy już wylądowali.
- Miło cię widzieć, Aang. I ciebie, Toph! – ucieszyła się Suki.
- Musimy się pospieszyć – oznajmił Iroh. – Lada chwila ktoś może donieść o przybyciu floty. Póki co wciąż mamy po naszej stronie element zaskoczenia.
- Floty? – spytał Aang. Zdziwiła go liczba pojedyncza.
- Mój ojciec jeszcze nie przybył – wyjaśnił Sokka zawodem w głosie.
- Nie wiem, czym spowodowane jest to opóźnienie, ale jestem pewien, że Hakoda przybędzie. On i mistrz Pakku nie zostawiliby nas w potrzebie – powiedział Arnook.
- Poczekajmy tu na niego – zaproponowała Katara. W jej głosie brzmiał niepokój.
- Nie mamy ani chwili do stracenia – przypomniał Iroh.
- W takim razie wy ruszajcie. My tu zaczekamy. – oznajmił Sokka.
- Nie – zaprotestowała Suki. – Nikt nie może zostać sam. To zbyt niebezpieczne!
- Ona ma rację – poparł Aang. – Hakoda później do nas dołączy.
Sokka zacisnął mocno pięści.
- Zgoda – oznajmił w końcu. – Ruszajmy.

Odziane w kolorowe, długie szaty postacie z nabożną czcią trzymały w swych rękach grube, płonące błękitnym ogniem świece i unosiły je do góry. Zaintonowały jakąś dziwną, wibrującą w uszach melodię i przeszły w procesji po marmurowej posadzce świątynii, by w końcu uklęknąć przed siedzącą na tronie Mahdotontą.
Na ich czele stał Laneth. Uklęknął przed ukochaną, która wyglądała na znudzoną. Będzie jej musiał potem powiedzieć parę słów na ten temat.
- Cieszmy się, bracia i siostry! – powiedział. – Świątynia ku czci Azuli Mahdotonty, owoc ciężkiej pracy mnóstwa rąk, wreszcie powstał, by opiewać jej chwałę. To ja, wasz wódz, poprowadziłem was do niej. To ja was zjednoczyłem, Mahdotontów z każdego zakątka świata. razem stworzymy nową historię, podążymy nową Drogą Światła! Odkryjemy nowe przepowiednie i porzucimy te stare, jedynie po części prawdziwe. Albowiem poprowadziłem was i zjednoczyłem, jednak nieprawdziwa okazała się przepowiednia, że was zniszczę…
Nagle świątynia zatrzęsła się w posadach. Wszyscy unieśli niespokojnie głowy. Nawet Azula się zaniepokoiła.
- Co to było? – spytała.
Po chwili rozległ się głośny huk.
- Ktoś próbuje wyważyć wrota! – rozległy się głosy.
Laneth zdenerował się. To miało być pierwsze nabożeństwo w nowej świątynii, największy triumf jego i Azuli. Wszystko miało być idealne…
Huk był coraz głośniejszy. Po chwili dotarły do nich czyjeś pokrzykiwania. Coś się działo tam na zewnątrz. Coś niepokojącego.
- Luioh? – zwrócił sie Laneth do siostry. Jedno słowo wystarczyło, by dziewczyna pojęła, o czym mówi. Zebrała swój oddział i wraz z nim otoczyła Azulę.
- Nie potrzebuję ochrony! – zdenerwowała się. – Puśćcie mnie!
- Wybacz, Mahdotonto. Laneth wydał wyraźne rozkazy – zaprotestowała Luioh.
- Z drogi, wieśniaczko! – warknęła Azula, odpychając ją na bok.
W tym samym momencie wielkie wrota świątynii z trzaskiem upadły na ziemię i dziki, podniecony tłum wtargnął do środka.
- To już koniec waszej tyranii, Mahdotonci! – wykrzyknął jakiś człowiek z ludu. – Flota Północnego Plemienia Wody dobiła do brzegu! Armia z Avatarem i lady Katarą na czele przybyła, by nas wyswobodzić!
Kilku miejscowych magów ognia wystrzeliło w stronę Azuli i Lanetha. Luioh i jej oddział osłonili ich.
- Głupcy! – wykrzyknał Laneth. – Wasz bunt zaraz zostanie stłumiony! Mahdotonci! Rozkazuję wam zabić każdego, kto podniesie na nas rękę!
Azula spojrzała na niego z niedowierzaniem. Nawet ona nie wydałaby takiego rozkazu! Kazałaby ich pojmać i wtrącić do więzienia. Ale żeby od razu zabijać…? Nie miała jednak szans, by cokolwiek powiedzieć. Laneth podzielił oddziały Mahdotontów i tych z żołnierzy Narodu Ognia, którzy pozostali mu wierni. Części kazał wyjść naprzeciw armii Avatara, pozostałym rozkazał bronić świątynii.
- Chodź! – krzyknął, pociągając Azulę za rękę.
Weszli do komnaty na piętrze, znajdującej się tuż nad głównym ołtarzem. Z wysokiego okna mieli widok na to, co działo się na zewnątrz. Z niedowierzaniem obserwowali tłum, który wyległ na ulicę. Słychać było bojowe okrzyki i wrzaski agonii.
- Zostaniesz tutaj. Tu będziesz bezpieczna – oznajmił Laneth.
- Chyba żartujesz? Nie zostaję tutaj! Avatar przybył, aby odebrać tron, sam słyszałeś! Na zewnątrz szaleje wojna! Nie zmusisz mnie do pozostania tutaj!
- Bądź rozsądna! Tu jest najbezpieczniej. Ochronię cię.
- A co, jeśli nie potrzebuję ochrony?
- Nie możesz zginąć! Nie licząc Renny, jesteś jedyną żyjącą z królewskiej dynastii.
Azula odwróciła się od niego. Znów zapatrzyła się w to, co działo się za oknem.
Laneth patrzył na nią jeszcze chwilę, po czym wybiegł.
- Czekaj tu na mnie! – krzyknął jeszcze, zanim zniknął za drzwiami.

Renna, Song i złodzieje przybyli do stolicy Narodu Ognia. Na ulicach panował chaos. Ludzie krzyczeli i walczyli z próbującymi odeprzeć atak Mahdotontami. Krzyczeli coś o zbliżającej się armii, o Avatarze i flocie któregoś z plemion wody. Nie dosłyszeli, którego, bo nazwa utonęła w wojennym huku.
- Już się zaczęło – powiedziała Renna. – Spóźniliśmy się…
Nagle tuż przed nimi pojawił się ranny człowiek. Przyciskał rękę do zranionego boku, z którego lała się krew. Song, nie zważając na niebezpieczeństwo, podbiegła do niego. Była lekarką i zawsze nosiła ze sobą apteczkę, z której natychmiast zrobiła pożytek.
- Co ona wyprawia?! – przestraszył się Wines. – Zaraz ktoś ją zaatakuje!
- Tak się nie stanie, jeśli ty, Vigu i Mani będziecie ją ochraniać – oznajmił Moren.
- A co z wami?
- My udamy się do pałacu – odpowiedziała mu Renna.

- Musimy się rozdzielić! – wykrzyknął Avatar. Wiwaty uciśnionej ludności Narodu Ognia nieco podniosły go na duchu. Równocześnie jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie mógł stanąć na jej czele… Zaręczynowy naszyjnik Katary dodatkowo kłuł go w oczy.
- Ty i Katara udajcie się do pałacu. Laneth i Azula najprawdopodobniej tam właśnie są – poradził Iroh. – My będziemy walczyć tutaj.
Aang i Katara skinęli głowami. Pożegnali się ze wszystkimi, życząc sobie powodzenia, po czym udali się na spotkanie ze swoim przeznaczeniem.
Toph nie widziała znikającego wśród walczącego tłumu Aanga, ale czuła jego lekki, oddalający się i stopniowo cichnący bieg. Miała nadzieję, że to nie koniec i że jeszcze się spotkają. Niczego na świecie nie pragnęła tak bardzo, jak znów usłyszeć Dzwoniące Paluszki…
Nagle wyczuła, jak któryś z przeciwników biegnie w jej stronę. Szybko odparowała atak.
- Mogłem się tego domyślić! – usłyszała głos Sokki. – Luioh, kochana siostrzyczka Lanetha!
- Czy tym razem będziesz walczył równie żałośnie, jak poprzednio? – zadrwiła dziewczyna. Zwołała swój oddział i natarła na wodza Południowego Plemienia Wody, jednak drogę zagrodziły jej wojowniczki Kyoshi.
- Tym razem jesteśmy nieco lepiej przygotowani – odparowała Suki. Rzuciła Ty Lee porozumiewawcze spojrzenie i razem zaatakowały Luioh z jej oddziałem. Kyoshi otoczyły ich, przebiegając między Mahdotontami tak szybko, że ledwo co byli w stanie zarejestrować ich ruchy. W końcu sylwetki w zielonych szatach i z charakterystycznym makijażem na twarzy otoczyły odzianych w barwy czterech żywiołów przeciwników. Wyjęły swe bojowe wachlarze, które zabłysły złowrogo, i szybkimi ruchami przecinały nimi zgęstniałe od zapachu potu i krwi powietrze.
- Do ataku! – zagrzewała sowich Luioh. Wielu starszych od niej żołnierzy było pod wrażeniem walecznego ducha tej dziewiętnastoletniej dziewczyny, która w walce bez trudu im dorównywała. Jej złotorude włosy co i raz smagały któregoś z nich w twarz, kiedy odpychała ich od siebie klingą długiego miecza, którym władała tak, jakby się z nim urodziła. Nie tylko Mahdotonci, ale nawet ona sama już nie pamiętała, że kiedyś była małą, bezbronną dziewczynką, ślepo wierzącą w opowieści swojej matki i dziadka o Drodze Światła.
W końcu stanęła oko w oko z Sokką. Rzuciła się na niego, dodając sobie animuszu bojowym okrzykiem. Ten zablokował jej atak, manewrując mieczem tak, jak go nauczył mistrz Piandao.
Luioh nie dawała za wygraną. Miecz zdawał się być naturalnym przedłużeniem jej ręki. Po serii szybkich ataków przyłożyła klingę do szyi wodza Południowego Plemienia Wody. Wtedy stało się jednak coś dziwnego – nagle straciła czucie w rękach, a po chwili w nogach. Upadła na ziemię.
- Dzięki, Ty Lee! – odetchnął Sokka. W takich chwilach moc odnajdywania słabych punktów i wywołania paraliżu przez kobietę była nieoceniona.
- Zawsze do usług, przystojniaku! – wykrzyknęła, puszczając mu oko.

Przemykającym się tuż pod ścianami domów Rennie i Morenowi wkrótce udało się niezauważenie wemknąć tylnym wejściem na pałacowy dziedziniec, z którego schodziło się do podziemi, wprost do Katakumb Smoczej Kości.
- To dziwne – stwierdziła dziewczyna. – Nikogo tu nie ma, a przecież Azula i Laneth nie zostaliby w pałacu bez ochrony.
- Może walczą na polu bitwy? – podpowiedział Moren.
Renna wzruszyła ramionami. Później się tym zajmie. Teraz miała ważniejsze rzeczy na głowie.
Zeszła razem ze złodziejem po wąskich schodach na sam dół. Obydwoje przyświecali sobie płomieniami ognia wyczarowanymi na otwartych dłoniach.
Katakumby pełne były starych, zakórzonych zwojów z zapiskami poprzednich władców ognia. Pomieszczenie wręcz pachniało starością i potężną, starożytną magią.
- Ani mi się waż! – wykrzyknęła Renna, zauważając kątem oka, jak Moren zgarnia z półek co cenniejsze zwoje i ukrywa je w licznych zakamarkach swojego płaszcza.
- Chyba trochę zbyt dobrze cię wyszkoliliśmy! Teraz niczego nie mogę przy tobie ukraść, bo zaraz to zauważysz! Masz pojęcie, ile te zwoje mogą być warte na czarnym rynku?
- Mnie interesuje tylko jeden zwój: zwój z ostatnimi zapiskami Ozaia – powtórzyła, rozglądając się gorączkowo po zatęchłych ze starości papierach. Padało na nie słabe światło z płomienia na jej dłoni. Niestety, nie mogła go powiększyć, bo wtedy wszystko by spłonęło.
Nagle jej wzrok padł na mały, ciemny i nieco nadpalony zwój, wciśnięty w wąską i ledwie dostrzegalną szparę.
- Jest! – zakrzyknęła triumfalnie, rozwijając papier. – Zwój Ozaia!
Szybko przebiegła po nim wzrokiem, szukając ostatnich zapisów. W końcu, na samym dole zwoju, znalazła notatkę oznaczoną datą sprzed jakichś czternastu lat.
- Napisał to na parę miesięcy przed moimi urodzinami, kiedy moi rodzice nie byli jeszcze małżeństwem – odkryła. Zaczęła czytać. Im dłużej czytała, tym szerzej otwierały się jej oczy.
- Wiedziałam! – powtarzała. – Wiedziałam, zę mój dziadek znalazł sposób na to, by stać się jeszcze potężniejszym! Tu jest zapis z jego przemowy po zdobyciu pałacu! Każdy z magów obdarzony jest potencjałem magicznym. To niby oczywista sprawa, jednak Avatar musiał ją pominąć, odbierając mi moc. Bowiem moc można odebrać, ale potencjał pozostanie. Uświadomiwszy sobie to, odnalazłem wewnątrz siebie źródło mocy. Coś na kształt wielkiej kuli. Moje było puste. Wyschnięte. Pozbawione życia. Jedyne, co musiałem zrobić, to z powrotem je napełnić. W każdym z was jest takie źródło. U jednych większe, u innych mniejsze, w zależności od posiadanej potęgi. Mając tę wiedzę, zacząłem szukać sposobu na napełnienie źródła. Do tego celu potrzebowałem innych magów ognia. Odnalazłem słaby punkt, z którego możliwe jest pobieranie mocy. Skroń
- Skroń? – powtórzył zdumiony Moren. – To znaczy, że… Jeśli przytkniesz dwa palce do skroni innego maga ognia, będziesz mogła odebrać mu moc? To… przerażające.
- To właśnie zrobił dziadek mojemu ojcu podczas ich ostatniej bitwy! Ojciec o mało co wtedy nie zginął – zrozumiała. – Tylko bardzo potężni magowie są w stanie przeżyć z pustym źródłem. Dziadek żył tak przez dwa lata, mój ojciec zaś…
- Zginąłby na miejscu – odgadł Moren. – To niedorzeczne. Ktoś musiał mu pomóc…
- Moja matka – dokończyła Renna. – Ona posiada moc uzdrawiania, tak samo jak ja. I zna magię krwi…
Księżniczka nareszcie zrozumiała. Dopiero teraz była w stanie wyobrazić sobie prawdziwy przebieg bitwy, na końcu której Ozai zginął. Widziała oczami wyobraźni, jak jej matka ze łzami w oczach obserwuje, jak Ozai wyciąga z Zuko ostatnie strumienie mocy. Wyobrażała sobie, jak jej ojciec pada na ziemię, a Ozai miota się z nadmiaru skradzionej mocy. I wtedy Katara dzięki magii krwi tamuje krew w jego żyłach, zapobiegając wybuchowi i godząc się na to, co nieuchronne… Za nią stoją Avatar i Toph z milczącym przyzwoleniem na egzekucję i zakończenie tyranii Ozaia…
- Rena? Wszystko w porządku? – spytał Moren, kładąc jej dłonie na ramionach i wybudzając księżniczkę z odrętwienia.
Dziewczyna rozmasowała czoło. Dotknęła palcami swoich skroni.
- Tak. Już mi lepiej – oznajmiła. Wyprostowała się. – Nie mogę tu pozostać ani chwili dłużej.
- Jesteś pewna? Chcesz się zmierzyć z Avatarem?
Zabrzmiało to tak, jakby miał nadzieję, że jednak zrezygnuje.
- Tak – odpowiedziała, rozbijając jego nadzieje w pył. Szybko wbiegła po schodach na górę i uchyliła właz. Tuż za nią wyszedł Moren.
- Co… – zaczął, widząc, jak Renna zatrzymała się gwałtownie.
Podążył za jej wzrokiem i ujrzał Avatara z lady Katarą we własnej osobie.
Stali jakieś kilkanaście metrów od nich. Złodziej przez chwilę myślał naiwnie, że mają jeszcze szanse na ucieczkę. Niestety, zauważyli ich. Renna podążyła w ich stronę z płomieniem w jednej ręce i ze strumieniem wody w drugiej.
- Renna! – wykrzyknęła Katara. Podbiegła do córki, ta jednak zagrodziła jej drogę łuną ognia.
- Nie zbliżaj się! – warknęła, wlepiając wściekłe spojrzenie złotych oczu w Avatara. – Wreszcie się spotykamy.
- Renna, opamiętaj się! – powtórzyła Katara błagalnie. – To ci nic nie da! Porozmawiajmy! Znajdziemy inne wyjście…
- Porozmawiajmy?! – wykrzyknęła. – Przez tyle lat o niczym mi nie mówiłaś, a teraz chcesz ze mną rozmawiać?! Czemu nie przyznałaś się, że to ty zabiłaś Ozaia?! Czemu nie powiedziałaś, że znasz magię krwi?! Dlaczego nie mówiłaś, że mogłaś zostać żoną Avatara?!
- Zostaw nas – odezwał się nagle Aang, powstrzymując szykującą się do odpowiedzi Katarę. – Nie ma innego wyjścia. Muszę stoczyć z nią bitwę.
- Nie! – zaprotestowała Katara. – Nie będziesz walczyć z moją córką! Przecież sam zgodziłeś się zostać jej ojcem, pamiętasz?!
- Co? – wydusiła Renna.
- Ojciec nie żyje. Twój brat też – odpowiedziała Katara. – Zginęli podczas podróży na biegun. Napotkał nas sztorm…
Renna nie była w stanie powstrzymać łez, które spłynęły jej po policzku. Przez łzy ujrzała zaręczynowy naszyjnik z symbolem Nomadów Powietrza na szyi swojej matki.
A więc to tak miało być. Avatar ma ją pokonać, pojąć za żonę jej matkę i zapanować nad Narodem Ognia…
Ciałem księżniczki wstrząsnął dreszcz. Serce waliło jej tak mocno, jakby lada chwila miało wyrwać się z piersi. Zacisnęła mocniej pięści, aby powstrzymać drżenie rąk. Połknęła ostatnią, gorzką łzę i spojrzała prosto w oczy Aanga.
- Agni Kai.
- Rena, nie!
Tym razem był to Moren. Pociągnął ją od tyłu za rękę, jednak odepchnęła go.
- Agni Kai – przyjął wyzwanie Aang, nie zważając na protesty Katary.
- Jak… jak mogłeś? – nie rozumiała kobieta. – Błagam, Aang!
- Nie zabiję jej, Kataro – obiecał. – Nigdy bym się na to nie ważył! Ale muszę przyjąć wyzwanie.
Katara powoli odsunęła się od niego. Dlaczego? Dlaczego ta scena tak bardzo przypominała tę sprzed lat, kiedy Zuko stawał do pojedynku Agni Kai z Azulą?
- Musisz stąd odejść i odszukać Azulę i Lanetha – nakazał jej. – W pałacu ich nie ma.
- A co, jeśli coś ci się stanie? Albo Rennie?
- Nie zrobię jej krzywdy – obiecał. A przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim na nią zasłużyła, dodał w myślach. – O mnie się nie martw.
Serce mu się krajało, gdy dojrzał pojedyncze łzy spływające po jej policzku. Spojrzała jeszcze na niego i na swą córkę, po czym wybiegła z pałacowego dziedzińca.
Musiał pozwolić jej odejść. Patrzenie na tę walkę byłoby dla niej zbyt wielkim bólem.
Zwrócił się w stronę Renny i przyjął bojową pozycję. Zgiął ręce w łokciach, gotowy do ataku.
Renna nie marnowała czasu. Jeszcze zanim jej matka zniknęła za bramą, wyczarowała piorun i cisnęła nim w Avatara.
To zaskoczyło Aanga. Wiedział, że córka Katary zna magię krwi oraz że panuje nad wodą i ogniem. Nie podejrzewał jednak, że potrafi wytworzyć pioruny, które świadczyły o najwyższym poziomie umiejętności w magii ognia! Nawet Zuko tego nie potrafił… To znacznie zmieniało sytuację.
Aang nie mógł pozwolić na to, żeby dać zbić się z tropu. Nie udało mu się jednak do końca zamaskować zdziwienia.
- Tego się nie spodziewałeś, co? – zadrwiła Renna. – Nie pójdzie ci ze mną tak łatwo, Avatarze!
Zaczerpnęła wody z kubłaka i uformowała ją w wielką falę, która pomknęła w stronę Aanga. Ten odepchnął ją dzięki magii powietrza.
Renna zamieniła rozbryzgującą się na kawałeczki wodę w sople lodu, które pomknęły w stronę Aanga. Avatar po raz kolejny otworzył oczy szeroko ze zdumienia, tym razem jednak udało mu się stopić sople dzięki naprędce wyczrowanej ścianie ognia. Jak ona to robi?, pytał się w duchu. Idealnie panowała nad wodą i ogniem, bez trudu rozdzielając strumienie. Dotychczas myślał, że jest jedynym, który to potrafi.
Wciąż miał jednak przewagę. Był starszy i bardziej doświadczony. Miał jeszcze magię powietrza. I magię ziemi.
Przypomniał sobie, czego go uczyła Toph, i postanowił to wykorzystać. Uniósł ręce i wyczarował wokół Renny krąg z kamiennych bloków. Stopniowo go zacieśniał, zmuszając księżniczkę do kapitulacji, ta jednak po raz kolejny go zaskoczyła, tworząc wodny wir, który uniósł ją do góry. Po chwili Renna klęczała już poza kamiennym kręgiem, dysząc ciężko. Nie uśmiechała się już z taką pewnością, jak jeszcze przed chwilą.
- Poddaj się! – wykrzyknął Aang. – Możemy zakończyć tę bitwę tu i teraz!
- Nigdy! – zaprotestowała. Wykonała parę ruchów, które Avatar znał ze starożytnej światynii magów ognia, i posłała w jego stronę parę żarzących się grożnie ognistych kul. Aang pospiesznie podniósł z ziemi kilka nieforemnych głazów i wystrzelił je naprzeciwko płomieni, tworząc coś w rodzaju komet, które wściekle pędziły w jego stronę. Uskoczył w ostatniej chwili, a komety uderzyły w pałacowy mur, tworząc w nim głębokie wgłębienia.
Pękający mur odwrócił uwagę walczących, jednak tylko na chwilę. Renna już formowała wodny bicz, aby podciąć nim Avatara.
Ona jest silna. Zbyt silna, przyznał sam przed sobą. Wiedział, że jeśli wkrótce nie zrobi czegoś, co zmieni przebieg tej potyczki, przegra.
Musiał coś wymyślić.
I to szybko.