Book 6 Chapter 21 – Odkupienie

Bitwa pod Ba Sing Se zakończyła się raptem parę dni temu. Drużyna Avatara oraz inne ważne persony zebrały się w pałacu Króla Ziemi, aby uczestniczyć w uroczystości oficjalnego zawarcia pokoju z Azunethami.
Meiji Feng zszedł z tronu i podszedł do Lanetha. Mężczyzna długo wzbraniał się przed zostaniem reprezentantem wszystkich klanów, ale w końcu uległ. Zarówno on, jak i jego żona oraz siostra stali się żywymi legendami Azunethów.
- Wraz z podpisaniem tego paktu kończymy wszelkie spory między nami – oznajmił Meiji Feng, starając się zachowywać godnie i poważnie, czyli tak, jak przystało na Króla Ziemi. Nie mógł się jednak powstrzymać i dodał: – Cieszę się, że to już koniec.
Laneth uśmiechnął się.
- Ja też. Nie chciałem tej wojny. Tej ani żadnej innej.
Odwrócił się do swoich pobratymców.
- Pora wracać do domu!
- Do Azunethii! – zawtórowali.
- Do… Azunethii? – wydukał Laneth.
Azula zaśmiała się i położyła mu dłoń na ramieniu.
- Chyba nazwa pochodząca od naszych imion się spodobała – zauważyła.
Mężczyzna przytulił ją mocno. Wreszcie po tym całym zamieszaniu będą mogli wrócić do domu. Do domu…
Nagle wśród tłumu rudowłosych Azunethów ujrzał tę, której się nie spodziewał.
- Matko? – zdziwił się. – Myślałem, że zostałaś w domu!
- Przybyłam, aby zobaczyć, jak podpisujesz pokój z Królem Ziemi – wyjaśniła. Była chłodna i wyniosła, jak zwykle. – A gdzie Luioh?

Młodsza siostra Lanetha stała tuż koło Sokki i Suki i tak jak oni obserwowała ceremonię. Gdy ta się skończyła, starała się ukryć wzruszenie. Dzięki tej wojnie również i ona stała się kimś wielkim i ważnym. Poprowadziła swoich braci do boju, nie zważając na nic. Obcy był jej strach i zwątpienie… Czuła, że mogłaby tak żyć, walcząc o to, w co wierzy. Nie chciała wracać do domu. Tam, z dala od wszystkiego, czeka ją nudne życie bez emocji…
- Luioh?
- Tak, Suki? – ocknęła się dziewczyna.
- Jestem pod wrażeniem twoich umiejętności – powiedziała kobieta, uśmiechając się szeroko. – Jesteś szybka i zwinna, bardzo dobrze się poruszasz i masz serce do walki. Byłabym zaszczycona, gdybyś zechciała dołączyć do oddziału wojowniczek Kyoshi. Jestem ich honorową dowódczynią. Kształciłabyś się na wyspie Kyoshi pod czujnym okiem Ty Lee, która mnie zastępuje…
Luioh odebrało mowę.
- Ja? Czy naprawdę… mogłabym zostać wojowniczką Kyoshi?
W życiu jej się nawet nie śniło, że sama dowódczyni złoży jej taką propozycję! Wojowniczki Kyoshi! Elitarny oddział kobiet, które walczą, używając najlepszej i najbardziej precyzyjnej na świecie techniki…
- Poza tym świetnie walczysz mieczem i szkoda byłoby to zmarnować – zawtórował żonie Sokka, co Luioh wprawiło w jeszcze większe oszołomienie. – Brakuje ci tylko umiejętności technicznych. Brakuje ci mistrza.
Luioh patrzyła w oczy Sokki z niedowierzaniem.
- Ja też miałem mistrza. Nazywał się Piandao. Nauczył mnie wszystkiego, co wiem o fechtunku.
- I ty… zostałbyś moim mistrzem? – spytała, aby upewnić się, czy aby nie śni.
- Tak. Moglibyśmy trenować na wyspie Kyoshi, w przerwach między treningami wojowniczek. Chętnie pobędę tam przez jakiś czas.
Cudowne uczucie radości rozlało się po sercu Luioh. Była taka szczęśliwa! Niestety, nie wszystko było takie proste. Gdy uświadomiła sobie stojącą przed nią przeszkodę, posmutniała. Ukłoniła się w wdzięcznością i powiedziała:
- Dziękuję wam za propozycję. Ale… to chyba nie będzie możliwe. Mój brat i matka nigdy nie pozwolą mi opuścić Azunethii i przenieść się na Kyoshi. To wbrew naszym zasadom. Azuneci zawsze mieli silne poczucie wspólnoty… Nie pozwolą mi odejść.
- Czasem musimy pozwolić odejść ludziom, których kochamy – usłyszała.
Odwróciła się gwałtownie. Za nią stali Azula i Laneth.
- Nie powinnaś marnować tej szansy. Wiem, jak ciężko było ci wytrzymać na Pustkowiu. Jesteś młoda i masz prawo żyć oraz spełniać marzenia.
- I nie będziesz za mną tęsknił? – spytała brata zdumiona.
- Oczywiście, że będę! – zaśmiał się Laneth. – Ale nie rozstajemy się przecież na zawsze.
- Wyspa Kyoshi jest prawie na drugim końcu świata…
- Wiesz co, Luioh? – odezwała się Azula. – Kiedy następnym razem się spotkamy, chcę cię widzieć w stroju i makijażu wojowniczki Kyoshi. Myślę, że ta ciemna zieleń będzie pasować do twoich włosów.
Luioh nie była w stanie powstrzymać pojedynczych łez. Rzuciła się Azuli i bratu na szyję.
- Lepiej porozmawiaj o tym z matką – podpowiedział Laneth.
- Co? Ona jest tutaj? – zadrżała Luioh.
- Odwagi – szepnął Laneth.

Dziewczyna wolno podeszła do matki. Kobieta stała zamyślona, chłonąc wzrokiem królewski pałac.
- Matko…
- Luioh, tu jesteś! Nareszcie! Tak się martwiłam. Ale teraz to się nareszcie skończy. Wrócimy do domu i… coś nie tak, Luioh?
- Ja nie wracam, mamo – odparła, spuszczając głowę. – Pragnę zamieszkać na wyspie Kyoshi i zostać prawdziwą wojowniczką.
Zmarszczki na twarzy matki pogłębiły się. Wyglądała tak, jakby w jednym momencie postarzała się o kilka lat.
- Podejrzewałam, że tak będzie – rzekła, mimowolnie odwracając się w stronę okna. – Że podobnie jak Laneth podążysz własną ścieżką.
Luioh rozumiała, że dla matki był to wielki cios. Wychowana w duchu pacyfizmu kobieta wciąż nie była w stanie zrozumieć, jakim cudem jej syn wywołał wojnę w stolicy Narodu Ognia, a jej córka zrobiła to samo w Ba Sing Se.
- Idź nią – powiedziała kobieta. Głos lekko jej drżał.
Luioh uniosła złotorudą głowę.
- Idź własną Drogą Światła.
Z oczu dziewczyny znów pociekły łzy. Rzuciła się matce na szyję.
- Tak cię kocham, mamo. Będę za tobą tęsknić.
Matka nie mogła już dłużej utrzymywać kamiennej maski. Dotarło do niej, jak bardzo kocha swoje dzieci, nawet mimo tego, co zrobiły.
- Ja też cię kocham – odpowiedziała cicho. – Obyś odnalzła tam swoje szczęście.
Luioh rozejrzała się po sali. Ujrzała Sokkę, który obejmował Suki i gawędził o czymś wesoło z Toph.
- Tak… Na pewno je tam odnajdę – powiedziała z głębokim przekonaniem.

Po uroczystości przygotowania do powrotu przybrały na sile. Panowało przyjemne zamieszanie. Każdy był podekscytowany, że wraca do domu.
Prawie każdy.
Renna przemierzała pałac Króla Ziemi, aż wreszcie odnalazła komnatę, której szukała.
- Czy… czy można? – spytała nieśmiało.
Aanga zdumiała jej obecność, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Pewnie! Proszę, usiądź.
Usiedli na miękkich poduszkach rozłożonych na podłodze. Przez duże okna wpadały promienie słoneczne, oświetlając malowidła na ścianach.
Renna pocierała ręce, wyraźnie zdenerwowana.
- Ja… Chciałabym cię o coś spytać. Czy raczej… poprosić.
- Tak? Słucham cię, Renna.
- Chodzi o to, że ja… ja… zrobiłam coś bardzo złego. Zabiłam człowieka.
Avatar osłupiał. Był jednym z tych, którzy jeszcze nie wiedzieli o zamordowaniu narzeczonej Morena, Saminy.
- Zabiłam ją przez przypadek. Wiem, dziwnie to brzmi… ale możesz przecież wyczuć, że nie kłamię. Naprawdę bardzo tego żałuję i gdybym tylko mogła zrobić coś…
- Czasu nie da się cofnąć.
- Wiem – westchnęła z rozpaczą. Potarła głowę dłonią. – Wiem, że nie przywrócę Saminie życia. Ale chciałabym wiedzieć… czy kiedykolwiek zostanie mi to wybaczone? Czy będę jeszcze mogła żyć spokojnie, nie nawiedzana przez duchy i wyrzuty sumienia? Czy w ogóle można coś takiego wybaczyć?
Popatrzyła na Aanga z nadzieją, która biła z jej złotych oczu. Liczyła na to, że on jej wybaczy, tak, jak wybaczył jej to, że kiedyś chciała go zabić. Wiedziała, że taki gest ze strony samego Avatara byłby czymś wielkim i niepodważalnym…
- Nie.
Nim Renna pojęła sens tego prostego słowa, minęło trochę czasu. Parę okrutnych, pustych chwil, w których słyszy się tylko bicie własnego serca.
- N-nie? – powtórzyła ochryple, bardzo cicho.
Aang też wyglądał na zmartwionego.
- Bez względu na motywy morderstwo zawsze pozostaje morderstwem. Odebranie życia drugiemu człowiekowi zawsze było i będzie niewybaczalnym złem, którego nic nie usprawiedliwia. Ja… ja też zabiłem, Renna. Uśmierciłem Aeiti Ajaa, czarodziejki z wyspy Galean. Nie przewidziałem tego, co się wydarzy. Myślałem, że odbiorę im magię ducha i że będą żyć dalej, ale one… po prostu rozsypały się w proch. Teraz nawet on z nich nie pozostał. Rozwiał go mój żywioł, wiatr…
Renna czuła, jak mocno bije jej serce. Avatar uchylił przed nią rąbek swej duszy.
- Podejmujemy różne decyzje i musimy ponieść ich konsekwencje. Nawet, jeśli okazuje się, że się pomyliliśmy… Na wyspie Galean poznałem pierwszą Avatar, kobietę o imieniu Kirjene. Ona też dopuściła się zła, pętając wolę człowieka, którego do szaleństwa kochała, i mordując Nomadów z Południowej Świątyni Powietrza. Od tamtej pory wszystkie kolejne wcielenia Avatara muszą ponosić tego konsekwencje. Niektórym udawało się wyjść na prostą, inni jednak znów czynili zło… nawet w imię dobrego… ale zło zawsze pozostaje złem. Grzechy kolejnych Avatarów przechodzą na następnego, który musi za nie pokutować, niosąc dobro całemu światu i służąc jego mieszkańcom.
- A więc co mi pozostaje? – spytała Renna, ledwo łapiąc oddech.
Oczy Aanga zabłysły, gdy uniósł na nią swój wzrok. Był spokojny.
- Pokuta – odpowiedział. – Jeśli odpokutujesz za to, co zrobiłaś, zostaniesz wybawiona od zła.
Zauważył, że dziewczyna posmutniała. Postanowił ją pocieszyć.
- Pierwszy krok już zrobiłaś – powiedział łagodniej. – Zrozumiałas swoje błędy i żałujesz tego, co zrobiłaś. To pierwszy krok do uwolnienia się od demonów.
Renna nie była pewna, czy do końca go rozumie. Była jeszcze młoda. Ale uczyniła wiele złego i dokonała wielu niedobrych wyborów, za które przyjdzie jej teraz zapłacić.
Musiała być na to gotowa.
Nie ucieknie.
- Dziękuję ci, Avatarze – powiedziała. Ukłoniła się i opuściła komnatę.
Szła jakiś czas, aż w końcu dotarła na taras. W oddali widziała, jak siodłają już Appę i szykują się do podróży. Bliżej siebie widziała jednak kogoś innego, kogoś, na kim o wiele bardziej jej zależało.
Meiji Feng usłyszał jej kroki. Odwrócił wzrok od budzącego się do życia miasta i spojrzał na Rennę. Przytulił ją mocno do piersi. Tkwili tak przez chwilę, nie odzywając się.
- A więc wracasz do domu – powiedział Meiji.
Renna uśmiechnęła się. Spojrzała na oblane słońcem Ba Sing Se.
- Wiesz? Czuję, że to tu teraz jest mój dom. W Ba Sing Se. Z tobą.
Król Ziemi ścisnął ją mocniej za rękę.
- Musisz wrócić do stolicy Narodu Ognia i wreszcie odpocząć. Potrzebujesz spokoju. Wy potrzebujecie – powiedział, patrząc czule na jej zaokrąglony brzuch.
Renna zarumieniła się. Nie chciała psuć tej chwili. Postanowiła nie mówić mu nic o pokucie.
- Będzie mi ciebie brakowało – powiedziała tylko. Przytuliła go jeszcze raz, o wiele mocniej, niż zamierzała.
Poczuła dłoń Meijiego na swoim policzku. Nagle coś pojęła.
- Wybaczyłeś mi – szepnęła.
- Co? Co takiego?
- Wybaczyłeś mi to, kim byłam – powtórzyła z jeszcze większą radością.
- Wybaczyłem ci, bo cię kocham.
Serce podskoczyło Rennie do gardła. Kocha ją? Naprawdę ją kocha? Czy Tom albo Moren kiedykolwiek powiedzieli coś takiego? Zawsze bała się tego słowa. Było wielkie i wiążące, ale równocześnie napawało takim uczuciem, o jakim każdy podświadomie marzył.
- Ja też cię kocham – wyznała.
Poczuła się zupełnie lekko, tak, jakby wreszcie wypowiedziała na głos słowa, które już dawno chciała z siebie wydobyć. Pocałowali się, a długi i namiętny taniec ich ust rozgrzał zziębnięte serce Renny.
Meiji Feng odprowadził ją do reszty. Jej rodzice oraz Sokka, Suki i Luioh już czekali.
Nagle dołączył do nich Aang.
- A ty dokąd? – zdumiała się Toph.
- Niedługo wrócę. Mam jedną małą sprawę do załatwienia – uspokoił ją. – Poczekasz tu na mnie?
- A czy mam jakiś wybór? – westchnęła. Po chwili roześmiała się. – Nie ma sprawy, Aang. Nie będę się nudzić. Przez te parę dni pouczę Meiji Fenga magii ziemi. Co nie, Wasza Wysokość? – spytała, uderzając chłopaka lekko w bok.
- O-oczywiście – jęknął.
Wszyscy zachichotali.
- Niedługo znów się zobaczymy. Hop hop! – wykrzyknął Aang, a Appa wzbił się w górę.
Renna jeszcze długo nie odrywała wzroku od Meijiego, czekając, aż odlecą na taką wysokość, że zupełnie straci go z oczu. On też na nią patrzył, czując, że choć straci ją z oczu, na pewno nie straci jej z serca.

***

Sorela przemierzała ruiny dawnej Południowej Świątyni Powietrza, dotykając dłonią zimnych, kamiennych murów, które pamiętały jeszcze odległe czasy pierwszej Avatar, Kirjene.
- Jak to możliwe, że to, co stworzył człowiek, jest trwalsze od niego samego? – spytał filozoficznie Kenai. – Tych, którzy wznięsli tę świątynię, już od dawna nie ma.
- Z samej świątyni też niewiele zostało – zauważyła Sorela.
Wyszli na zewnątrz. Wciągnęli w nozdrza zapach świeżo skoszonych traw. Galeańczycy starali się przywrócić opuszczoną wyspę do życia i zorganizować sobie na niej nowy świat.
- Co powiecie na małe wyścigi? – spytał nagle Hinni, jak zwykle roześmiany i pełen energii. – Kto ostatni dobiegnie do tamtego posągu, jest idiotą!
Hinni i Sorela natychmiast wystartowali, śmiejąc się i pozostawiając w tyle Kenaia.
- Hej! A sygnał do startu?! – wykrzyknął, oburzony takim lekceważeniem zasad.
- Sygnał? Jaki sygnał? – zaśmiał się Hinni. – Biegnij!
Książę Narodu Ognia zaczął biec w stronę posągu. Chciał wyprzedzić Sorelę i Hinniego – zwłaszcza Hinniego – ale ci nagle zatrzymali się i unieśli głowy do góry. Kenai uczynił ponownie i już po chwili jego oczom ukazał się znajomy latający bizon, który wylądował u stóp zburzonej świątyni.
- Mamo… Tato… Renna! – wykrzyknął Kenai radośnie. Podbiegł do siostry i rodziców. Już po chwili wszyscy tkwili w uścisku.
- Nareszcie znowu jesteśmy razem – powiedziała Katara.
Hinni równie ciepło przywitał się ze swymi rodzicami. Aang, który jako oststani zszedł z grzbietu bizona – Luioh już z nimi nie było, bo odstawili ją na wyspę Kyoshi, którą mijali po drodze – stanął i rozejrzał się uważnie po tym, co zostało z miejsca, w którym dorastał. Nie było to łatwe.
Spostrzegł grupę ludzi, która kręciła się wokół świątyni.
- Co wy tu robicie? – spytał.
- Chcemy odbudować świątynię – odparł Galeańczyk. – I przywrócić ją do dawnej świetności, Avatarze.
Aang poczuł nieopisany spokój.
- A… co zrobiliście z… ze szkieletami Nomadów Powietrza?
Kiedy był tu ostatnio, ujrzał ich wiele. Wciąż na to wspomnienie czuł ból.
- Złożyliśmy je wszystkie do zbiorowego grobowca i pochowaliśmy po naszemu – odparł mężczyzna. – O, tam, na wzgórzu.
Aang poszedł we wskazane miejsce. Wreszcie poczuł, że wszystko jest tak, jak być powinno.
Wrócił do pozostałych.
- Cóż… Chyba będziemy musieli wrócić na Biegun – oznajmił Sokka, tuląc do siebie Suki i Hinniego. W międzyczasie dołączył do nich Hakoda.
- A my do stolicy Narodu Ognia – powiedział Zuko.
- W takim razie pora się pożegnać – powiedział Hinni, podchodząc do Kenaia i Soreli. Uścisnęli się po przyjacielsku.
- Niedługo znów się spotkamy – rzekła Sorela, uśmiechając się do chłopców. – Jestem tego pewna.
Hinni odsunął się, pozwalając Soreli i Kenaiowi na osobiste pożegnanie.
Wzięli się za ręce.
- Postaram się odwiedzić cię w snach – obiecała dziewczyna.
- Będę czekał – odparł Kenai.
Oczy im błyszczały. Pocałowali się, po czym książę ruszył za swymi rodzicami do osiodłanego bizona.
- To twoja dziewczyna? – spytała Renna, szturchając brata.
- Tak – odparł z dumą. – To Sorela. Zna magię ducha.
Renna zagwizdała z podziwem.
- No no no… Ładnie! A ja mam nowego chłopaka.
- Serio? Kto to taki?
- Powinieneś go znać. Nazywa się Meiji Feng i jest magiem ziemi. Ach, byłabym zapomniała… Jest Królem Ziemi.
Kenai rozdziawił szeroko usta ze zdziwienia.
- Czy ty ZAWSZE musisz mnie przebić? – jęknął.
Zaśmiali się, po czym wsiedli na Appę i wzbili się w powietrze.

Gdy wreszcie wylądowali, ich nogi niepewnie stąpały po gruncie, od którego zdążyli się już odzwyczaić. Byli na tym samym wzgórzu, z którego odlatywali na wyspę Galean.
Zuko i Katara rozejrzeli się po królestwie, którym władali. Kolejna wojna była już za nimi.
- Mma nadzieję, że tym razem to już naprawdę koniec – rzekła Katara.
- Czego koniec? – spytał Zuko.
Spojrzała mu w oczy.
- Koniec waśni i wojen, Zuko. Sądzę, że powinniśmy odpocząć.
- Co powiesz na urlop na Żarzącej Wyspie?
Szeroki uśmiech na jej twarzy był jasną odpowiedzią. Przytuliła się do męża, zdając sobie sprawę z tego, jak dawno już tego nie robiła. Ostatnio zupełnie nie było na nic czasu. Musieli nadrobić stracone dni.
Zuko spoglądał znad jej ramienia na Rennę, a raczej na jej zaokrąglony brzuch. Nic nie powiedział Katarze, która w tej chwili była tak przepełniona spokojem i radością, ale przeczuwał, że to jeszcze nie był koniec problemów. Wręcz przeciwnie – obawiał się, że teraz tak naprawdę dopiero się zaczną.
Aang sprawdził, czy Momo siedzi już na jego ramieniu, i wziął lejce Appy.
- Dokąd lecisz, Aang? – spytała Katara.
- Muszę polecieć w jedno miejsce. To niedaleko stąd – odparł tajemniczo. – Bywajcie, przyjaciele!
Członkowie rodziny królewskiej machali mu tak długo, aż w końcu zniknął im z oczu.
- Ciekawe, dokąd odleciał – zastanawiała się Katara.
Zuko objął ją ramieniem.
- Sprawy Avatara – zaśmiał się tylko.
Już po chwili szli krętą ścieżką w dół wzgórza, wprost do pałacu. W blasku słońca wyglądali niczym zwyczajna, szczęśliwa rodzina, która postanowiła wybrać się na spacer.
I tak się też czuli.

Aang nie musiał długo lecieć. Zgodnie ze znaną mu juz zasadą, że wyspy, które unoszą się na grzbiecie lwiożółwia, przyciągają Avatara, bardzo szybko odnalazł tę, której szukał.
- Patrz, Momo. Nic się nie zmieniło – zauważył, głaskając lemura po główce. – Jest zupełnie tak, jak kilkanaście lat temu, kiedy przypłynąłem tu, aby dowiedzieć się, jak pokonać Ozaia bez zabijania go.
Wylądowali. Malutka wyspepka była niezamieszkana. Dryfowała po morzu, co wskazywało na to, że lwiożółw, który ją unosił, nie spał tak jak ten z Galeanu.
- Poczekajcie tu na mnie – rzekł Aang do Appy i Momo, a sam wziął głęboki oddech i zanurzył się w ciepłej wodzie. Okrążył pod wodą wyspę, poszukując pyska lwiożółwia, jednak zamiast niego trafił na jego olbrzymią łapę, którą odgarniał wodę. Uczepił się niej, a wtedy stwór zauważył go i wydostał na powierzchnię.
- Witam, Avatarze Aangu. Co cię tu sprowadza? – spytał.
Aang usadowił się wygodniej na otwartej dłoni lwiozółwia.
- Chciałem odwiedzić starego przyjaciela – powiedział z uśmiechem.
- A jednak widzę, że coś cię trapi.
- Tak – westchnął. – Jakiś czas temu spotkałem innego lwiożółwia, który unosił wyspę Galean. Był jednak zupełnie inny niż ty… W ogóle nie chciał ze mną rozmawiać. Był wściekły, że zakłóciłem mu spokój, i w odwecie zanurzył się wraz z wyspą, pozbawiając Galeańczyków ich domu. Ja… nie rozumiem! Dlaczego to zrobił? Dlaczego nie chciał mi pomóc tak, jak ty?
- Ach… Mój brat z Galeanu – westchnął lwiożółw. – Ta historia wydarzyła się tak dawno, że zapomniałbym o niej, gdybyś mi nie przypomniał. W dawnych czasach, kiedy na świecie nie było jeszcze ludzi, a wszystko się dopiero kształtowało, na ziemi był tylko jeden wielki kontynent, unoszony na grzbietach przez kilkanaście lwiożółwi, w tym również mnie. I tak miało pozostać… Jednak narodził się spór. Lwiożółw z Galeanu był jego inspiratorem. Nie chciał spędzić całej wiecznbości w jednym miejscu, pragnął się przemieszczać i posiąść choćby kawałek kontynentu na własność, dlatego też oderwał się od nas. Wyspa Galean odłączyła się jako pierwsza, a za przykładem jej lwiożółwia poszły inne. Na ziemi powstał ogromny ruch, w wyniku którego kolejne części lądu odłączały się od siebie. Wypiętrzyły się góry, pojawiły się wulkany… Od tamtej pory ziemia jest w nieustannym ruchu. Nie da się tego spostrzec gołym okiem, ale kontynenty wciąż się przemieszczają, powodując szereg różnych zjawisk. Choćby trzęsienia ziemi…
- A magia ducha? Skąd się wzięła?
- My, lwiożółwie, symbolizujemy czystą energię i jej tkanie, umiejętność, która zanikła. Czy pamiętasz może wieżę Aeiti Ajaa?
- Tak… – zamyślił się Aang. – Tam były freski. Freski z unagim.
- Właśnie. Unagi to symbol magii wody, która z kolei ukształtowała się na biegunach za sprawą Galeańczyków, którzy opuścili rodzimą wyspę. Sama magia ducha jest więc naturalnym przejściem między tkaniem czystej energii a magią wody, o czymś świadczy choćby możliwość zapanowania nad ludzkim ciałem dzięki magii krwi. Tyle tylko zostało w magii wody z magii ducha.
- Teraz rozumiem – powiedział Aang, drapiąc się po głowie. Westchnął. – Ech… Lwiożółw z Galeanu był wyjątkowo nietowarzyski…
Nagle łapa stwora zatrzęsła się, a on sam wydobył z siebie szereg gardłowych dźwięków.
- Aaa! Przestań! – krzyknął Aang, o mały włos nie spadając do wody. Dopiero po chwili pojął, że lwiożółw się… śmieje.
- Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem się śmiałem! – zaryczał stwór. – Nietowarzyski! I to dlatego ziemia wygląda dziś tak, a nie inaczej!
Avatar, wciąż w lekkim szoku, też zaczął się śmiać. Lwiożółw pożegnał się z nim i uniósł łapę tak, by Aangowi było łatwiej dostać się z powrotem na ląd.
Momo wskoczył na ramię swego pana. Appa ryknął przyjaźnie.
- Nim wrócimy do Ba Sing Se, chciałbym sprawdzić coś jeszcze – powiedział.
Udał się w głąb porastającego wyspę lasu. Wkrótce odnalazł polanę ze znajomym ośmiokątem nie pochodzącym z ziemi, który był idealnym miejscem do medytacji. Nie działała na niego magia ziemi. Taki sam Aang widział na wyspie Galean.
Usiadł i odetchnął głęboko. Postanowił odwiedzić Świat Duchów i podziękować Avatar Kyoshi za pomoc w poskromieniu Dai Li. Gdy tylko o tym pomyślał, jego oczy i tatuaże rozbłysły, a on sam odpłynął w głąb siebie. Nie wiedział, dlaczego, ale przychodziło mu to niezwykle łatwo, zupełnie łatwiej niż jeszcze wtedy, gdy próbował skontaktować się z Kirjene…
Nagle coś przerwało jego wewnętrzną wędrówkę. Poczuł ogromny ból, który rozsadzał mu czaszkę tak, że aż zaczął krzyczeć. Po drugiej stronie było ciemno. Słyszał krzyki…
Nagle połączenie zerwało się. Gdy Aang odzyskał przytomność, spostrzegł, że leży na ośmiokącie i ciężko dyszy. Jego ciałem wstrząsały dreszcze.
Czuł, że tam, w Świecie Duchów, wydarzyło się coś niedobrego.

THE END

P.S. Wiecie co? Kocham to uczucie, kiedy po ukończeniu kolejnego rozdziału i wymyśleniu tytułu klikam na przycisk Publikuj. Czuję wtedy radość, a także ekscytację. Jak przyjmiecie kolejny rozdział? Czekają mnie pochwały, a może słowa krytyki? Gdy zaczynałam prowadzić ten blog, nie myślałam, że ktoś w ogóle będzie to czytał. A jednak jesteście tutaj, komentujecie rozdziały i dajecie mi siły do kontynuacji tego, co stworzyłam. Wasze opinie są dla mnie bardzo ważne, niejednokrotnie są wskazówką, co powinnam zmienić, co dodać, a z czego zrezygnować. Dzięki temu nie tylko ja tworzę Zutarę. Wy też macie w nią swój wkład! Dlatego też chciałam serdecznie podziękować wszystkim, którzy śledzili losy Zuko, Katary i pozostałych. Szczególne podziękowania dla WładczyniW&A, która podjęła się tłumaczenia tej historii na język angielski! Pragnę też podziękować następującym Czytelnikom, którzy byli ze mną:

Od Księgi Czwartej:

saya14

Song

Easy Boy

Od Księgi Piątej:

WładczyniW&A

Amethia

Dorcas

Od Księgi Szóstej:

Basheerah

shinigami-golden

AlotBox
wiolka

amanda

Milosc52
mag wody Korra

Allhambra

Pinup

cookiemonster

ilona

Raven

pomyluna

Nirvanaa

bella

Tenra

Zutara

Tia

cynamonster

Pushek

Yaka

Noname

yuki1141

mika

gap

fanka Zutary :D

justi

Jaaaaa

janee

Orube

Luioh

Katara

Jak pewnie zauważyliście, zakończenie Księgi Szóstej jest dosyć niejednoznaczne. Tak… Będzie kontynuacja! Nie wiem jeszcze, kiedy zacznę, ani co dokładnie napiszę, ale na pewno akcja będzie się rozgrywać bezpośrednio po wydarzeniach z Redemption. Cóż… Bądźcie cierpliwi! I piszcie, o czym lub o kim chcielibyście poczytać!

~Painted Lady

Book 6 Chapter 20 – Upadek zła

Nim Renna usadowiła się na grzbiecie węgorzogara tuż za Meiji Fengiem, poczuła na swym ramieniu dłoń matki. Odwróciła się i ujrzała Katarę, a zwłaszcza jej duże, niebieskie oczy, które patrzyły na nią ze smutkiem. Tuż za nią stał Zuko.
- Renna, nie powinnaś tam jechać – powiedziała Katara łagodnie. Głos drżał jej z przejęcia. – Jeszcze może stać ci się jakaś krzywda, a tego byśmy nie znieśli.
- Przybyliśmy do Ba Sing Se, aby cię stąd zabrać – wyjawił Zuko.
Rennie zabrakło powietrza w płucach.
- Zabrać…? – spytała z niedowierzaniem. – Do… do domu?
Rodzice pokiwali wolno głowami.
Księżniczka odwróciła głowę. Spojrzała na Meijiego.
- Z nim będę bezpieczna – powiedziała. – Muszę tam jechać. Bez obaw, nic mi się nie stanie.
Rodzice zrozumieli, że sprzeciw na nic się nie zda. Ich córka od zawsze miała swoje zdanie i robiła to, co uznała za stosowne. Jej ręka wyślizgnęła się z dłoni Katary, gdy wraz z Meijim oddaliła się na węgorzogarze.
- Jest silniejsza, niż przypuszczacie. Da radę – uspokoiła ich Azula. – Poza tym nie oszukujmy się. Meijiemu może się przydać jej moc uzdrawiania.
Zuko drgnął. To, co mówiła Azula, było okrutnie szczere.
- Wsiadajcie. Appa jest już gotów – ponaglił ich Iroh.
Zuko i Katara popatrzyli na siebie ostatni raz, po czym usadowili się na grzbiecie bizona i polecieli do samego serca wojny.

***

Bitwa między żołnierzami Narodu Ziemi i Azunethami ciągnęła się już wiele godzin. Wszyscy byli zmęczeni, jednak nikt nie ustawał.
Sokka starał się miecz oczy dookoła głowy. Obserwował Suki, by zareagować natychmiast, gdyby sobie nie radziła. W głowie cały czas huczały mu słowa Yue, a wspomnienie śmierci Arnooka, wodza Północnego Plemienia ody, które przybyło z odsieczą, nie dawało mu spokoju.
- Sokka! – krzyknęła Luioh, stając tuż koło niego. Podobnie jak inne kobiety z plemienia Azunethów, przewyższała wzrostem kobiety innych narodowości. Wzrostem niemal dorównywała Socce. – Coś się dzieje tam, na murze! Ktoś walczy samotnie z Dai Li!
Wódz Południowego Plemienia Wody musiał zmrużyć oczy, by dojrzeć osobę, o której mówiła Luioh. Azuneci bowiem oprócz wysokiego wzrostu szczycili się też sokolim wzrokiem.
- To chyba jakiś mag ziemi – kontynuowała Luioh. – Może to Laneth…?
Nagle serce Sokki stanęło, a jego oczy rozwarły się szeroko.
- O matko! To przecież Toph! – wrzasnął. – Ale co ona tam robi, całkiem sama?! Myślałem, że jest w pałacu z Aangiem!
- Biegnę jej na ratunek! – postanowiła Luioh bez chwili wahania, jednak Sokka powstrzymał ją.
- Nie – powiedział, kładąc jej dłonie na ramionach, co sprawiło, że Luioh nieznacznie się zarumieniła. – Ty zostań tutaj, przy Suki. Ja pomogę Toph.
Luioh wyglądała tak, jakby chciała zaprotestować, ale nie chciała sprzeciwiać się starszemu od niej i bardziej doświadczonemu Socce, więc kiwnęła tylko głową ze zrozumieniem. W chwili, gdy to uczyniła, poczuła, jak dłonie Sokki ześlizgują się z jej ramion. Już po chwili mężczyzna biegł w stronę muru. Luioh odprowadziła go wzrokiem, przez chwilę stojąc nieruchomo na polu bitwy jak zaczarowana. Nie czuła nawet krwi, która kapała ze szramy na jej policzku.
- Luioh! Gdzie Sokka? – krzyknęła Suki.
Dziewczyna już miała odpowiedzieć, gdy nagle coś głośno ryknęło, a tuż nad nimi pojawił się znajomy cień.
- To Appa! – ucieszyła się Suki.
Zdumieni walczący rozstąpili się, robiąc miejsce dla bizona. Gdy ten wylądował, z jego grzbietu zeskoczyli Zuko, Azula i Iroh, równocześnie uderzając utkanym z ognia smokiem, który okrążył pole bitwy, celując kulami ognia w przeciwników. Za nimi wyskoczyła Katara, unosząc się na wodnej fali i ścinając z nóg wrogich żołnierzy.
- Nareszcie! – ucieszyła się Suki.
- Gdzie są ranni? – spytała Katara.
- Tam, na zachód od nas. Zajęły się nimi uzdrowicielki z Północnego Plemienia…
- Pójdę im pomóc – zadecydowała Katara natychmiast i zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
Gdy woda opadła, z grzbietu bizona zeskoczyła jeszcze jedna postać, na której widok Luioh mocniej zabiło serce.
- Laneth! – wykrzyknęła, rzucając się w ramiona bratu. – Tak się cieszę, że cię widzę!
- Zasługujesz na porządne lanie, wiesz? Kto ci kazał atakować Ba Sing Se?
Luioh poczerwieniała.
- Ale udało ci się uratować Azulę – zauważyła.
- No tak – stwierdził Laneth. – Zresztą wojna i tak by wybuchła i prędzej czy później musielibyśmy walczyć.
Nagle Luioh o czymś sobie przypomniała.
- Laneth! – krzyknęła, potrząsając bratem energicznie. – Sokka przed chwilą udał się na mur, aby pomóc Toph. Walczą samotnie z Dai Li… Musisz im pomóc! W końcu jesteś magiem ziemi!
Przez głowę Lanetha przeleciała myśl, że w ten sposób odwdzięczy się Toph za poparcie, jakiego mu udzieliła. Bez względu na to, co ich niegdyś dzieliło i łączyło, miał wobec niewidomej mistrzyni magii ziemi dług wdzięczności do spłacenia.

***

Sokka mijał pospiesznie żołnierzy, przedostając się w stronę muru. Im bliżej się znajdował, tym wyraźniej ukazywała się jego oczom sylwetka samotnie walczącej z Dai Li Toph.
- Co za idiota z tego Avatara! – przeklął na głos. – Jak on mógł ją tak zostawić?!
Zaczął wspinać się po murze, pomagając sobie mieczem. Wiedział, że nie ma ani chwili do stracenia.
- Toph! – krzyknął.
Kobieta była tak zaskoczona jego nagłym pojawieniem się, że potknęła się o jedną ze skał wymierzonych w nią przez Dai Li.
- Uważaj! – krzyknął Sokka.
- Pospiesz się i uratuj mnie! – wrzasnęła.
Podbiegł do niej i chwycił ją w ostatniej chwili, ratując przed upadkiem z muru. Napinając mięśnie, podciągnął ją mocno za rękę do góry i posadził na murze. Przez chwilę tkwili w objęciach, zbyt zdyszani i przerażeni, by powiedzieć cokolwiek.
- Czy nic… Nic ci nie jest? – spytał Sokka.
- Jak się tu znalazłeś?
Wtem agenci znów zaczęli ich atakować. Krzyknęli, jednak atak odparł inny mag ziemi.
- To Laneth! – zorientował się Sokka, gdy ujrzał rudowłosego mężczyznę.
- Teraz jest nas dwoje – stwierdził Azuneth, stając tuż przed Toph. – Dwoje magów ziemi, oczywiście! – dodał szybko, widząc wściekłe spojrzenie Sokki.
- Uwaga! – ostrzegła Toph, odpierając kolejne uderzenie Dai Li. Serce mocno jej biło, już sama nie wiedziała, czemu. – Musimy z nimi skończyć!
- Ja się nimi zajmę, a wy przygotujcie jakiś porządny cios! – krzyknął Sokka. – Teraz!
Rzucił się na agentów z mieczem, a Laneth i Toph stanęli tuż obok siebie.
- Pamiętasz sztuczkę z kamiennym pancerzem? – spytała niewidoma.
- Tak. I to bardzo dobrze – odparł Laneth.
- Drżysz. Coś się stało?
- Nic, to tylko… To właśnie dzięki kamiennemu pancerzowi pierwszy raz zabiłem człowieka. To było bardzo dawno temu. Zabiłem żołnierza Narodu Ognia, jednego z tych, którzy porwali Luioh…
- Nie musimy zabijać Dai Li – uspokoiła Toph, nie dając po sobie poznać, jak bardzo przeraziło ją jego wyznanie. Wiedziała, że nie kłamał, mówiła jej to magia ziemi. – Wystarczy ich ogłuszyć i unieruchomić.
Laneth skinął głową.
- Na mój znak… Teraz! – krzyknęła Toph.
Wyskoczyli z Lanethem w górę i unieśli w górę sporą część muru, która otoczyła Dai Li ze wszystkich stron. Zdumieni agenci próbowali się wydostać, lecz połączona magia Lanetha i Toph była zbyt silna. Po chwili kamienne odłamki poczęły przyklejać się do ich ciał, unieruchamiając im w pierwszej kolejności ręce, aby nie mogli tkać ziemi.
- Świetna robota! – pochwalił Sokka.
- Muszę pomóc Aangowi! – wykrzyknęła nagle Toph. – Jest w pałacu! Walczy z Long Fengiem!
- Stój! – zatrzymał ją Sokka. Nagle wszystko zrozumiał. – To nie nasza działka, Toph. Aang sam musi to rozwiązać. Nasze miejsce jest tutaj, na polu bitwy.
- Do Long Fenga poszli Meiji i Renna – poinformował Laneth.
- A więc syn zmierzy się z ojcem – pojęła Toph. – Oby mu się udało. Inaczej… będziemy zgubieni.

***

Aang był tak zdumiony obecnością Long Fenga w sali tronowej, że na chwilę opuścił swój kij. Patrzył z niedowierzaniem na koronę na głowie wroga i na jego poparzoną twarz.
- Miło cię znów widzieć, Avatarze Aangu – przywitał się Long Feng jadowicie. – Zadomowiłeś się w Ba Sing Se, nieprawdaż? Ale teraz ja przejąłem tu rządy i nie będzie ci już tak dobrze!
Mówiąc to, mężczyzna posłał w stronę Aanga kamienną tarczę. Avatar rozbił ją na drobne kawałeczki.
- Popełniasz duży błąd! – krzyknął. – Poddaj się i zakończ tę wojnę!
- Jesteś głupi! Tylko wojna jest rozwiązaniem! Kiedyś też tego nie rozumiałem…
Aang użył splotu magii ognia. Long Feng odskoczył. Przez chwilę, w której Avatar widział przerażenie na jego twarzy, zrozumiał, że ktoś oparzył Long Fenga. Postanowił nie atakować go ogniem. Uznał to za zbyt okrutne. Zaatakował go więc wodnymi biczami, w które mężczyzna wystrzelił ziemią. Po chwili ciężkie błoto upadło na ziemię, obryzgując walczących. Aang natychmiast strzepał z siebie błoto, używając magii powietrza.
Long Feng wykorzystał to i nagle Aang podskoczył, nieomal nie potykając się o kamienny stopień, który nagle wyskoczył spod podłogi. Już po chwili musiał manewrować między głazami, aby uniknąć ciosów. Nie zauważył jednak błota, które wciąż pokrywało znaczną część podłogi, i poślizgnął się o nie.
Long Feng zaśmiał się drwiąco.
- Wielki Avatar pokonany przez błoto! Jakie to żałosne! – krzyknął.
Wtem usłyszeli huk. Drzwi wejściowe do komnaty opadły, a do środka wtargnęli Meiji Feng i Renna.
- Co wy tu robicie?! – wrzasnął Long Feng. Na moment ogarnęła go panika. – Jak wydostaliście się z Laogai?!
- Może później o tym porozmawiamy, ojcze? – zaproponował Meiji, obdarzając rodzica spojrzeniem pełnym nienawiści.
Renna podbiegła do Aanga.
- Ta walka to jego przeznaczenie – powiedziała. – Ty musisz wydostać się z pałacu i rozstrzygnąć losy bitwy, która toczy się na zewnątrz. Trzeba z tym skończyć, a zwłaszcza z Dai Li… Tylko Avatar jest w stanie to zrobić.
Zdumiony Aang popatrzył uważnie w złote oczy dziewczyny. W jednej chwili pojął, jak bardzo się zmieniła.
- Ojciec i syn znów stają przeciw sobie – rzekł ze smutkiem. – Bądź ostrożna, Renna.
Księżniczka skinęła głową. Z ulgą spostrzegła, że Long Feng był tak zaaferowany pojawieniem się Meijiego, że nie zauważył zniknięcia Aanga.
Ojciec i syn krążyli wokół siebie, mierząc się ostrymi spojrzeniami bystrych, zielonych oczu.
- No no no – zasyczał Long Feng. – Widzę, że księżniczka zupełnie namąciła ci w głowie. Czy wiesz, kto mnie oparzył?! – krzyknął nagle, wskazując na swą twarz. – Jej ciotka! Obie są takie same! Nie można im ufać!
- Jedyną osobą, której nie można ufać, jesteś ty! – odkrzyknął Meiji. – Nigdy nie będziesz Królem Ziemi!
- Czyżby? Przekonajmy się! – wrzasnął mężczyzna. Ruszył w stronę Meijiego i wycelował w niego serią kamiennych ciosów. Meiji obronił się i odpowiedział mu tym samym.
Walka rozgorzała na dobre. Dwoje magów ziemi mierzyło się w milczeniu. Była to bitwa zupełnie inna od pojedynków magów ognia. Nie była aż tak widowiskowa ani pełna wybuchów. Była to zimna potyczka z dokładnie wykalkulowanymi ruchami i ostrożnymi ruchami. Long Feng i Meiji wiedzieli, że najmniejszy błąd może kosztować ich przegraną.
Renna obserwowała ich w napięciu. Zaciskała mocno pięści, błagając jakieś nieznane jej duchy o to, żeby Meijiemu się nic nie stało. Wiedziała, że nie zniosłaby tego. Że wtedy porwałby ją szał gniewu i znów uczyniłaby coś, przez co potem nie mogłaby spać. Znów nawiedzałyby ją zjawy…
- Jesteś taki naiwny, Meiji – warknął Long Feng, gdy syn zwalił a jego głowę część sufitu. – Czy naprawdę myślisz, że zdołasz mnie pokonać i przywrócić Ba Sing Se utracony pokój? Że nigdy nie będziesz zmuszony do poniesienia ofiar w imię postawionych sobie celów?! Ja już kiedyś zabiłem człowieka… To był Jet, przyjaciel matki Renny!
Dziewczyna drgnęła.
- Nie pozwolę ci zabić nikogo więcej! – odkrzyknął Meiji, szarżując na ojca. Ten z ledwością się obronił. Jego wzrok na chwilę spoczął na Rennie, która wciąż stała w rogu komnaty, wyrażnie przerażona.
- Czy wiesz, jaka jest między nami różnica? – zagadnął syna nagle. – Ja nie zawaham się przed niczym, by zdobyć to, czego pragnę. Nigdy!
Wszystko wydarzyło się w ułamkach sekund. Long Feng zebrał tyle mocy, ile zdołał, i z ogromna prędkością pchnął kamienny słup nie w Meijiego, lecz w Rennę. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że postępuje niczym Azula podczas pojedynku Agni Kai z Zuko.
- Renna! NIE! – krzyknął Meiji. Nim oszołomiona dziewczyna zdążyła cokolwiek zrobić, przyjął na siebie cios i z odepchnięty z ogromnym impetem upadł na ziemię.
- Meiji! – wrzasnęła Renna. Miała łzy w oczach. Poczuła strach i gniew.
- Głupiec – skwitował Long Feng. Jego pozbawiony emocji ton wstrząsnął Renną do szpiku kości. Poczuła, że lada chwila straci przytomność, gdy wzrok mężczyzny spoczął na niej.
Wiedziała, że nie będzie się wahał. Zabije ją.
Zaczęła uciekać, krążąc wokół sali i chowając się za kolumnadą przed głazami Long Fenga. Wiedziała, że nie pozostało jej już nic… nic prócz magii wody.
Wyskoczyła zza kolumny, unosząc się na wodnej fali, po czym splotami magii otoczyła wroga. Smagała go wodnymi biczami po twarzy tak długo, aż w końcu upadł na ziemię. Wtedy otoczyła go wodą tak, że zaczęła się ona wdzierać do płuc Long Fenga. Powalony mężczyzna zaczął się dusić i wić konwulsyjnie po podłodze.
Oczy Renny rozwarły się szeroko. Nie. Już nigdy więcej nikogo nie zabije.
Woda opadła. Pozbawiony resztek sił Long Feng nie był w stanie się podnieść.
Renna podbiegła do Meijiego i zaczęła go uzdrawiać. Łzy ciekły jej z oczu. Na szczęście nie było jeszcze za późno. Gdy dłonie dziewczyny dotknęły ran na ciele Meijiego, wszelkie obrażenia zaczęły znikać wraz z bólem.
Chłopak jęknął.
- Meiji?
Uśmiechnął się.
- Już dobrze. Dzię…
Nie skończył, gdyż dziewczyna objęła go mocno i pocałowała.
- Przepraszam – szepnęła, speszona i zarumieniona. – Powinniśmy już isć.
- Zdecydowanie – przytaknął Meiji. Spojrzał jeszcze na ojca.
- Czy on…
- Nie – odparła Renna.
Meiji Feng przez chwilę był blady jak ściana.
- Nie zabiłam go.
Spojrzał na nią jeszcze raz. Zrozumiał, że to, jaka niegdyś była, odcisnęło na niej piętno. I że nie chce znów popełniać tych samych błędów.
Wzięli się pod ręce i ruszyli ku wyjściu z sali.
Nagle Meiji stanął w miejscu, a jego oczy rozszerzyły się. Poczuł coś, co był w stanie wyczuć tylko mag ziemi – niespodziewany atak od tyłu.
Pchnął Rennę na bok i sam też odskoczył. Uniósł wzrok w górę i ujrzał chwiejącego się Long Fenga.
- Tak łatwo ze mną nie skończycie! – warknął.
Dzięki uzdrawianiu Meiji nie był już tak znużony, jak wcześniej. Jego umysł rozjaśnił się. Ujrzał metalowe pręty, które podtrzymywały latarnie, i skoczył w ich stronę. Wyrwał je, po czym dzięki umiejętności tkania metalu zgiął i zacisnął wokół ojca niczym obręcz.
- Co… Jak?! – krzyknął Long Feng.
- Magia metalu – odparł Meiji. – Teraz już wiesz, jak wydostaliśmy się z więzienia.
- Nie… NIE! Nie zostawiajcie mnie tak! NIE!!! – krzyczał Long Feng, bezskutecznie szamocząc się z metalowymi prętami.
Renna i Meiji już nie zwracali na niego uwagi. Wreszcie opuścili komnatę, pozostawiając przegranego Long Fenga samemu sobie.

***

Aang szybował w górze na swej lotni ze wzrokiem utkwionym na zewnętrznym murze. Nie było na nim już tylu Dai Li, ilu poprzednio, za to oprócz Toph stały tam dwie osoby, których by się nie spodziewał: Sokka i Laneth.
- Aang! – wykrzyknęła radośnie Toph, gdy tylko wyczuła lekki chód Dzwoniących Paluszków. Padli sobie w objęcia.
- No i? Pokonałeś go? – spytał natychmiast Sokka, mając na myśli oczywiście Long Fenga. – Aha, należy ci się ostra reprymenda za to, że zostawiłeś tu Toph samą!
- Sokka ma rację – zawtórował mu Laneth. – Gdybyśmy się nie pojawili, ci Dai Li mogliby zrobić jej krzywdę…
- Ej! – obruszyła się Toph, dając kuksańca swoim obrońcom. – Chyba trochę przeceniacie swoje możliwości! Świetnie dałabym sobie radę nawet bez was!
Wszyscy zaśmieli się, a twarz niewidomej oblał rumieniec. Wiedziała, że gdyby nie Sokka, pewnie spadłaby z muru, a bez pomocy Lanetha nie byłaby w stanie pokonać tylu magów ziemi naraz… Ale Aang nie musiał o tym wiedzieć. Poza tym sytuacja i bez tego była niecodzienna – wokół szalała wojna, a ona stała sobie i gawędziła z trzema facetami, którzy najbardziej namącili jej w głowie.
- Gdy walczyłem z Long Fengiem, w pałacu pojawili się Renna i Meiji Feng. Młody król powiedział, że chce z nim walczyć – powiedział Aang. Stanął na krawędzi przepaści i rozejrzał się po polu bitwy. Widział chaos, czuł strach i panikę ludzi.
- Trzeba to zakończyć! – krzyknął. – Dlaczego żołnierze nie zaprzestaną walki? Nie dałoby się ich jakoś przekonać?
- Obawiam się, że to niemożliwe – zmartwił się Sokka. – Dai Li wyprali wszystkim mózgi.
- Tak jak niegdyś Jetowi – pojął Avatar ze zgrozą. Zmarszczył brwi.
Tysiące magów ziemi. Jak ich pokonać, równocześnie nie czyniąc im większej krzywdy…?
Nagle go oświeciło.
- Wiem! – wykrzyknął. – oph, Laneth, przygotujcie mi miejsce do medytacji. Sokka, pilnuj, aby żaden wróg się tu nie przedostał…
- Co zamierzasz zrobić? – spytała Toph.
- Poproszę o pomoc Avatar Kyoshi. Ona powinna wiedzieć, jak poradzić sobie z Dai Li.
Wszyscy skinęli głową i po chwili Toph i Laneth wznieśli wokół Aanga kamienny namiot, wewnątrz którego mógł usiąść i oddać się medytacji. Warunki nie były do końca komfortowe, ale Avatar wiedział, że lepsze to, niż nic. Przyjął pozycję kwiatu lotosu i złączył pięści. Ku jego zdumieniu wejście w stan Avatara nie sprawiło mu najmniejszego problemu. Wręcz przeciwnie, przejście nastąpiło nadzwyczaj szybko i płynnie. Tatuaże na jego ciele błysnęły błękitnym światłem, a Aang wezwał w swym umyśle Avatar Kyoshi, jedno ze swoich poprzednich wcieleń.
- Potrzebuję twojej pomocy – powiedział. – Dai Li opanowali umysły żołnierzy Narodu Ziemi…
Kyoshi popatrzyła na niego smutno.
- Wiele lat temu, gdy jeszcze chodziłam po ziemi jako Avatar, też miałam problemy z ludem z Ba Sing Se. Wówczas wybuchło powstanie chłopskie, którego celem było obalenie ówczesnego Króla Ziemi i całego ustroju monarchicznego. Chłopi uważali uważali system za przestarzały, a króla posądzali, zresztą słusznie, o zaniedbywanie interesów warstwy robotniczej. Ruszyli do Górnego Pierścienia i zaczęli szturmować pałac, niszcząc przy tym bezcenne zabytki i artefakty. Król Ziemi wezwał mnie i rozkazał mi ich powstrzymać. Gdy się nie zgodziłam, rozkazał mnie aresztować. Wtedy jednak ukazałam mu swą moc i postanowiliśmy pójść na kompromis…
Aang zadrżał. Wiedział, jak przekonywująca potrafiła być Avatar Kyoshi.
- … król był tyranem, a ja byłam zdania, że każdy powinien mieć prawo głosu. Dlatego też król obiecał, że wysłucha chłopów, a ja w zamian będę bronić jego interesów oraz kulturalnego dziedzictwa Ba Sing Se, które tak ucierpiało.
- Dlaczego mi o tym opowiadasz? – nie pojmował Aang.
- Właśnie do tego zmierzałam. W celu ochrony dóbr kulturalnych Ba Sing Se zaczęłam trenować elitarny oddział magów ziemi. Byli cisi, precyzyjni i budzili strach we wszystkich… Później stali się znani jako Dai Li.
- Co?! To TY stworzyłaś Dai Li?! Ale oni są najokropniejszymi i najbardziej skorumpowanymi magami ziemi na świecie!
- Myślałam, że czynię dobrze, tworząc grupę, której zadaniem miała być ochrona kulturalnego dziedzictwa – odparła smutno Kyoshi. – Nie miałam pojęcia, czym się staną…
Obserwujący wszystko Toph, Sokka i Laneth zamarli, gdy kamienny namiot runął, a przez ciało Aanga zaczęła przemawiać Kyoshi, której mglisty wizerunek unosił się nad polem bitwy. Walczący przystanęli zdumieni i wpatrywali się w nią ze strachem.
Wzrok Avatar wymierzony był w Dai Li.
- Dai Li! To ja was stworzyłam, abyście chronili kulturę i historię Ba Sing Se! – zagrzmiała, a ciała walczących przeszył dreszcz. Upadli na ziemię. – W tym momencie ostatecznie rozwiązuję wasz oddział. Wasza misja, którą wypaczyliście, dobiegła końca.
Duch Kyoshi z powrotem połączył się z Aangiem i wtedy Avatar odebrał wszystkim Dai Li magię ziemi. W tym samym momencie rozjaśniły się umysły żołnierzy, którzy natychmiast porzucili oręż i unieśli ręce w geście poddaństwa.
- Co…
Toph, Sokka i Laneth odwrócili się jak na komendę i spostrzegli, że za nimi pojawili się Renna i Meiji Feng. Chłopak lekko kulał.
- To już chyba koniec – pojęła Renna. – Pokonałeś Long Fenga… A Avatar zrobił resztę!
Aang upadł na ziemię wprost w ramiona Toph i przyjaciół, zupełnie wyczerpany.
- Co… Co ja zrobiłem? – spytał.
W oczach Toph zalśniły łzy.
- Chyba właśnie zakończyłeś wojnę – odparła z uśmiechem. Głos drżał jej ze wzruszenia.
Wzrok Aanga spoczął na Meijim.
- Teraz twoja kolej – rzekł ochryple.
Meiji Feng nie musiał pytać, o co mu chodzi. W jednej chwili pojął wszystko.
- Mieszkańcy Ba Sing Se, Azuneci, Północne Plemię Wody, Drużyno Avatara oraz wszyscy pozostali, którzy właśnie dziś znaleźli się w tym miejscu! – wykrzyknął. Głosy ucichły. – Wojna poróżniła nas, tym samym czyniąc to, do czego zmierzał mój ojciec. Kierował się on tylko i wyłącznie własnymi korzyściami, nie zważając na nic. Podporządkował sobie Dai Li, którzy wymusili na was posłuszeństwo. Na szczęście wszystko już za nami. Teraz na powrót postaram się, aby Ba Sing Se kwitło i aby wreszcie zapanował pokój!
Rozległy się spontaniczne wiwaty. Ludzie skandowali imię młodego Króla Ziemi, który podszedł do Avatara i pomógł mu wstać.
- Avatar Aang po raz kolejny uratował nas przed zagładą – rzekł Meiji. – To jemu należy oddać cześć!
Poddani na jego rozkaz ukłonili się Aangowi. Wszyscy patrzyli na swoje twarze i na rozjaśniające się niebo.
Wierzyli, że wreszcie wszystko zmieni się na lepsze.

Book 6 Chapter 19 – Tunele Laogai, Part II

Renna błądziła po omacku, przytrzymując się ściany. Wokół panowała nieprzenikniona ciemność, która paraliżowała dziewczynę.
- Meiji! Ciociu! – krzyczała, ale przestała, gdy zrozumiała, że na nic się to nie zda. Tunele przemieściły się i pewnie byli już daleko stąd.
Serce biło jej mocno ze strachu. Została zupełnie sama w ciemnościach. Gdyby wciąż była magiem ognia, gdyby tylko była w stanie wyczarować choćby małą iskierkę! Ruszyła naprzód, cały czas trzymając się ściany. Korytarz wił się i zakręcał, tak, że już zupełnie nie wiedziała, w którą idzie stronę. Szła po prostu przed siebie w nadziei, że wreszcie odnajdzie Azulę i Meijiego…
Nagle usłyszała cichy szum wody u wylotu korytarza, w którym się znalazła. Zrobiło się nieco jaśniej. Podeszła tam i ujrzała, że korytarz prowadzi do jakiejś wielkiej sali, w której z rur kanalizacyjnych rozciągających się pod całym Ba Sing Se, a zaczynających się tutaj, pod jeziorem Laogai, spływała woda. Jej obecność sprawiła, że poczuła się raźniej. Ruszyła śmiało naprzód, gdy nagle na końcu korytarza prostopadłego do tego, w którym była, zatliło się światło.
Zatrzymała się w pół kroku i przycisnęła się do muru. Serce waliło jej jak młot. Takie światło oznaczało, że zbliżał się mag ognia. Nie była to jednak Azula, gdyż jej płomień dałby błękitną poświatę… Wychyliła się lekko, żeby zobaczyć, kto się zbliża, i w tym momencie poczuła, że zaraz zemdleje.
Nie mogła się mylić. Wszędzie poznałaby tę twarz o idealnych rysach i brązowozielonych oczach.
To był Moren.
Ale co on tutaj robił? Może przybył, żeby ją uratować, a ona niepotrzebnie się chowa? W takim razie dlaczego wciąż tu stoi? Wiedziała, dlaczego. Miała złe przeczucie. Przeczucie, że on jakimś sposobem dowiedział się, kto stoi za śmiercią jego narzeczonej.
Wychyliła się trochę za bardzo. Ujrzał ją.
Płomień na jego dłoni gwałtownie urósł.
- Renna – syknął. – Długo czekałem na to spotkanie.
Nim zdążyła choćby nabrać powietrza, Moren cisnął w nią kulą ognia.
Schyliła się za murem.
- Stój! – krzyknęła.
- Nie! Nie chcę cię słuchać! – przerwał jej. Wyglądał strasznie. Renna nigdy nie widziała go tak pełnego bólu i wściekłości. – Zabiłaś Saminę! Zabiłaś moją najlepszą przyjaciółkę z dzieciństwa! Kobietę, z którą się zaręczyłem, żebyś wreszcie oddaliła się ode mnie i zaczęła żyć swoim życiem!
- Ty nic nie rozumiesz! Swoim życiem?! Nasze losy splotły się ze sobą, a to jest dowód! – wrzasnęła, wskazując na swój brzuch. – Wiedziałeś, że urodzę twoje dziecko, a mimo to odwróciłeś się i zostawiłeś mnie, jakby zupełnie cię to nie obeszło!
- Chciałem, byś lepiej ułożyła sobie życie, głupia! A ty zabiłaś niewinną kobietę! Ona miała przed sobą całą przyszłość! Czy zdajesz sobie z tego sprawę? Z tego, co uczyniłaś?!
- Złodziej będzie prawił mi morały? – zdenerwowała się. – Ty nie masz przecież pojęcia o moralności! Powinnam cię opuścić już wtedy, gdy za skrzynkę złota wydałeś mnie żołnierzom!
Umknęła przed kolejnym ognistym ciosem i wbiegła do sali z rurami. Zaczerpnęła z nich wody i utkała falę, którą uderzyła Morena.
Mężczyznę odrzuciło aż na drugi koniec pomieszczenia. Cały mokry i dyszący z gniewu podniósł się, ponownie wyczarowując płomień, o wiele jaśniejszy i silniejszy od tego, który Renna zapamiętała.
- Próbujesz pokonać mnie moją własną bronią? Magią ognia, którą ci ofiarowałam, żeby uratować twoje bezwartościowe życie?
- Dla ciebie każde życie jest bezwartościowe, prawda? Nie udało ci się z Avatarem, więc wyżyłaś się na Saminie?!
Renna warknęła ze złością. Okręciła się wokół własnej osi i utworzyła wir, którym wycelowała w Morena. On jednak powalił ją utkanym z ognia biczem. Zapłonęły obie ręce Morena, a ręce Renny pokryły się wodą. Smagali się magią niczym wstęgami, wyładowując na sobie całą gromadzoną przez tyle czasu złość. Równocześnie każde z nich czuło ból, ból nie pochodzący od ciosów, lecz z wnętrza. Bo czy tak łatwo można było zapomnieć o tym, co ich łączyło? O tych wszystkich słowach, pocałunkach, ciepłych gestach? Teraz, gdy wymieniali się ciosami, cała przeszłość wydawała się tak odległa i nierzeczywista. Zupełnie tak, jakby nigdy nie istniała, jakby była tylko wymysłem, zakurzonym wspomnieniem, tkwiącym niczym cierń w sercu.
Renna czuła, jak magia wody przepływa przez nią, czuła jej puls. Była niczym krew napędzająca ciało do życia.
Gdzieś na drugim końcu sali stał Moren. W jego dłoniach pojawiły się utkane z ognia sztylety, które poszybowały w jej stronę. Ominęła je. Żaden z nich nie zdołał jej zranić, a mimo to czuła wzmagający się ból, który rozlewał się po całym jej ciele. Oddychała coraz ciężej, z każdym oddechem zdając sobie sprawę z tego, że to wszystko jest zupełnie bezcelowe. Tylko ranią siebie nawzajem…
Moren myślał podobnie. W pierwszym momencie ogarnął go szał złości i zemsty. Nie kontrolował się, wpatrywał się w Rennę z nienawiścią w oczach. Nie mógł uwierzyć, jakim cudem nagromadziło się w niej tyle zła. W niej, czyli w dziewczynie, którą pokochał. Ale to było tak dawno… Czy w ogóle było? A może to był tylko sen, który nagle przemienił się w koszmar? Takie rzeczy się przecież nie zdarzają. Księżniczka Narodu Ognia i złodziej…
Co się z nimi stało? Do czego doprowadziły ich ostatnie wydarzenia?
Nagle udało mu się wyłowić jej spojrzenie. Duże, szeroko otwarte złote oczy były jakieś nieobecne. Nie płonęła w nich nienawiść.
Opuścił ręce dokładnie w chwili, w której Renna posłała w jego stronę utworzoną przez siebie falę. Nie obroniwszy się, uderzył mocno plecami o ścianę i osunął się na ziemię.
Renna stanęła, do głębi zdumiona. Nie wiedziała, czy jej się przywidziało, czy naprawdę Moren zrezygnował z obrony? Wiedziała jedno: ona też nie chciała dłużej walczyć. Miała dosyć. Dosyć bezsensownej nienawiści…
Moren podniósł się powoli z posadzki. Cały ociekał wodą. Ruszył wolno w stronę Renny.
Wtem ziemia pod nimi zatrzęsła się, a mur za plecami Morena zaczął pękać. Renna krzyknęła. Mężczyzna w ostatniej chwili zdołał umknąć przed resztkami zburzonej ściany, zza której wyłonili się Meiji Feng i Laneth, sprawcy całego zamieszania. Tuż po nich pojawili się Azula, Katara i Iroh.
Spojrzenia wszystkich skrzyżowały się, a oddechy na chwilę ustały. Nikt nie był w stanie się ruszyć i wydobyć z gardła choćby najcichszego dźwięku.

***

Zuko uderzał pięściami o ścianę i kopał ją z wściekłością, licząc na to, że coś zdziała. Krzyknął z irytacją, nie rozumiejąc, dlaczego uparty kawałek muru nie chce ustąpić. Za nim bowiem była Katara, Iroh i wszyscy inni!
Song zachowywała się zupełnie inaczej. Przystanęła z boku, spokojnie czekając, aż zakończy się napad złości Władcy Ognia.
Zuko warknął i gwałtownie odwrócił się w jej stronę.
- Song, czyś ty oszalała?! Nic nie rozumiem! W stolicy Narodu Ognia miałaś wszystko. Powierzyłem ci opiekę nad szpitalem, obdarzyłem cię zaufaniem, a ty tymczasem uciekłaś… I to z kim! Z tym, który ważył się dotknąć moją córkę!
Wypuszczał z nozdrzy powietrze niczym rozwścieczony smok. Song wiedziała, żę gdyby taka sytuacja miała miejsce jeszcze parę tygodni temu, zanim odkryła, że kocha Morena, stałaby potulnie i przyznała się do wszystkiego, co zarzucał jej Zuko.
Nowa Song jednak postanowiła inaczej.
- Odsuń się! – krzyknęła, odpychając go.
Zuko był tak zdumiony, że natychmiast zamilkł. Wpatrywał się w Song z oczekiwaniem, jednak kobieta nie była w stanie wykrztusić ani słowa. Chciała być dzielna, próbowała, ale pod wpływem jego spojrzenia wciąż miękły jej kolana.
Nabrała gwałtownie powietrza w płuca. Musiała zrobić wiele, by powstrzymać łzy. Zebrała się na odwagę i stanęła z Zuko twarzą w twarz.
- Czy wiesz, dlaczego to zrobiłam?! – wyrzuciła. – Dlaczego przyjęłam propozycję pracy w szpitalu?
Zuko otworzył usta.
- Myślałem, że to twoje marzenie – wyszeptał cicho.
Song pokręciła z niedowierzaniem głową. Nawet zaśmiała się ponuro. Czy naprawdę niczego się nie domyślał?
- Zrobiłam to, by być blisko ciebie – wyznała w końcu, uwalniając się od przygniatającego ją ciężaru. – Wiedziałam, że to bez sensu, że oszukuję samą siebie… Ale za każdym razem, gdy cię widziałam…
Trudno jej było o tym mówić. W ogóle ciężko jej było mówić o swoich uczuciach.
- Gdy Moren zdecydował się uciec do Ba Sing Se, pomyślałam, że to też i moja szansa. Że ja też muszę uciec, bo inaczej moje życie się nie zmieni. Że już zawsze będzie takie… puste. Tak, marzyłam o szpitalu. Marzyłam o pomaganiu innym, lecz nie potrafiłam pomóc sobie. Musiałam wreszcie zacząć żyć inaczej. Z każdą chwilą, w której coraz bardziej oddalałam się od ciebie i moich złudzeń, oddychałam coraz lżej. Teraz nareszcie żyję. I to dzięki Morenowi.
Zuko zwiesił głowę, przytykając dłoń do czoła. Zacisnął oczy. Przecież wiedział. Wiedział, co Song do niego czuła. Miał nadzieję, że to minie, że uszczęśliwi ją ostatecznie, kiedy podaruje jej szpital.
- Nie mogłem ci dać tego, czego pragnęłaś – powiedział. – Dlatego ofiarowałem ci szpital. Tylko tyle mogłem zrobić…
- Mylisz się! – przerwała. – Mogłeś przyjść do mnie, porozmawiać… Zrozumieć! Ale ty nawet nie próbowałeś! Czy myślisz, że wszystko jest takie proste? Że tak łatwo jest wyzbyć się uczucia?!
- Jakiego uczucia? Przecież nawet nie znałaś mnie dość dobrze.
- Nie musiałam cię znać, Zuko. Wystarczyło mi to, co czułam.
Głos jej zadrżał. Jednak nie udało jej się powstrzymać łez.
- A ty to wykorzystałeś… Wykorzystałeś moją słabość do ciebie, żeby dowiedzieć się, kto jest ojcem dziecka Renny! Wystarczyło tylko jeden twój dotyk, bym wydała ci Morena! Czy teraz rozumiesz?!
- Ten mężczyzna to oszust i złodziej. Nie powinnaś się z nim spotykać. Zasłużyłaś na kogoś lepszego…
- Ale nie na ciebie, prawda? A to ciebie zawsze pragnęłam. Ja… Kochałam cię, choć nie wiedziałam, kim jesteś. A teraz… wiem, kim jest Moren, ale ufam mu…
- Nawet mimo tego, co zrobił Rennie? Myślałem, że jest dla ciebie ważna…
- Ją też opiekowałam się ze względu na ciebie. Podporządkowałam całe swoje życie wyobrażeniom o tobie! Już dosyć, Zuko. Chcę być wreszcie wolna.
Zuko był skołowany. Nie zdawał sobie sprawy z burzy, jaką rozpętał w życiu Song. Zrozumiał tylko jedno. Ich drogi musiały się rozejść.
- Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłaś – powiedział. – Bez względu na to, co nas poróżniło, zawsze będę cię szanował i pamiętał o tobie. Obyś odnalazła swoje szczęście…
Stali blisko siebie. Zuko objął ją. Miał nadzieję, że chociaż ten uścisk wyrazi to, co czuje.
- Już odnalazłam swoje szczęście – powiedziała. – Kogoś, kto wreszcie uwolnił mnie od ciebie.
- Mówisz o Morenie, prawda? – spytał Zuko, kręcąc głową. – Naprawdę, Song… Zobaczysz, on jeszcze…
- Cii! Słyszysz? – przerwała mu.
Zuko zamilkł. Po chwili obydwoje usłyszeli huk, a ściana przed nimi popękała na drobne kawałeczki.
Song krzyknęła, a Zuko osłonił ją własnym ciałem. Gdy kurz opadł, ich oczom ukazała się przestronna sala z rurami, z których wylatywała woda, oraz grupka znajomych osób.
- Zuko! – krzyknęła Katara, natychmiast podbiegając do męża i pomagając mu wstać. Za nią podążyli pozostali. Otoczyli kręgiem Władcę Ognia, oczekując na jego ruch.
Zuko podniósł się wolno i spojrzał w oczy tym, którzy stali przed nimi. Ujrzał swoją córkę i człowieka, o którym jeszcze przed chwilą opowiadała mu Song.
- Poddaj się. Nie masz z nami żadnych szans – rzekł wolno, wpatrując się w brązowozielone oczy mężczyzny. – To koniec, Moren. Nie pozwolę, byś dalej krzywdził moją córkę.
Moren zbliżył się do Władcy Ognia, dysząc ciężko z przejęcia. Song wpatrywała się w niego, lecz on zdawał się jej nie dostrzegać.
- A więc to ja jestem tym złym?! – wykrzyknął do wszystkich. Był zagubiony. – Chciałem odejść od Renny, bo obawiałem się, że nasz związek w końcu doprowadzi do nieszczęścia. Ale ona nie była w stanie tego zrozumieć…
Zuko i Katara przenieśli wzrok na Rennę. Czy to mogła być prawda?
- Czy wiecie, co ona zrobiła?! – krzyknął rozpaczliwie. – Renna zabiła moją narzeczoną!
Jego okrzyk, szczery i pełny bólu, poruszył wszystkich. Dotychczas tylko parę osób wiedziało o morderstwie Saminy, nie wiedziały o nim jednak dwie najważniejsze osoby: rodzice Renny.
Zuko i Katara poczuli, jak grunt usuwa im się spod nóg. Katara poruszała bezgłośnie ustami, jednocześnie wpatrując się w Rennę z niedowierzaniem.
W oczach dziewczyny zalśniły łzy. Zaniosła się płaczem tak rzewnym, jak nigdy dotąd. Kolana się pod nią ugięły. Uklęknęła, przytrzymując się posadzki dłońmi.
Nikt do niej nie podszedł, nikt się nie zbliżył. Nikt.
- Ja naprawdę nie chciałam – zapłakała, a jej złamany głos poniósł się echem po całej sali. – Nie chciałam jej zabić. Wszystko wymknęło mi się spod kontroli… Całe moje życie… Tak bardzo tego żałuję! Gdybym tylko mogła cofnąć czas… Nigdy…
Łzy mknęły po jej policzkach i skapywały z czubka brody. Cała się trzęsła. Jej wzrok spoczął na dłoniach, które były jej dłońmi, dłońmi morderczyni. Wiedziała, że już do końca życia pozostaną na nich plamy krwi, których nie będą w stanie zmyć nawet najszczersze łzy.
Nagle usłyszała tuż przed sobą czyjeś kroki. Przepełniła ją trwoga. Spodziewała się tylko jednego: wyroku.
Uniosła nieśmiało głowę i wtedy odkryła, że stał nad nią Moren.
Co było w jego oczach? O czym myślał? Czy chciał ją zabić, a wszyscy mu na to pozwolą?
Mężczyzna niespodziewanie uklęknął tuż przed nią. Ich spojrzenia spotkały się. Renna miała oczy pełne łez.
- Czy… Czy mogę? – spytał Moren, wskazując na jej brzuch.
Zaskoczona dziewczyna pokiwała głową. Wtedy Moren przysunął się do niej i dotknął dłonią jej brzucha. Wzruszony wyczuł, jak gdzieś tam, w środku, kształtuje się życie.
Po chwili Renna poczuła, jak Moren bierze ją w ramiona i przyciska do swoich piersi. Jedną ręką głaskał ją po zmierzwionych włosach. Ona zaś łkała, nie mogąc się pohamować.
Po chwili odsunęli się od siebie.
- Obiecuję… Obiecuję ci, że ono kiedyś pozna twoje imię – rzekła cicho, lecz zdecydowanie.
W tych słowach kryło się więcej, niż można by było przypuszczać. Obydwoje to wiedzieli. Była to nie tylko obietnica, lecz przede wszystkim decyzja, jedna z najcięższych, jakie przyszło podejmować Rennie.
Spojrzała mu prosto w oczy. Moren drgnął. Pomógł jej wstać.
Podeszli do pozostałych. Meiji Feng podbiegł do Renny i przytulił ją do siebie mocno, a Moren podszedł do Song.
- Czy to już koniec? – spytała kobieta.
Moren ostatni raz spojrzał na twarze pozostałych. Zwłaszcza na twarz Renny.
- Tak – powiedział. Wziął Song za rękę. – Pora rozpocząć nowe życie.
Moren i Song przeszli przez dziurę w murze, trzymając się za ręce. Po chwili zniknęli z zasięgu wzroku.
- Muszę odnaleźć Luioh i pomóc mojemu plemieniu w walce – rzekł Laneth, przerywając stężałą ciszę.
- A my musimy pomóc Aangowi w starciu z Long Fengiem – rzekła Katara.
- Nie – zaprotestował nagle Meiji Feng.
Wszyscy popatrzyli na niego ze zdumieniem.
- To ja muszę sam zmierzyć się z moim ojcem – powiedział. – To moja walka.
Renna położyła mu dłoń na ramieniu.
- Będę ci towarzyszyć – obiecała głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Młody Król Ziemi wahał się przez chwilę, lecz ostatecznie kiwnął głową.
- Pora wreszcie zakończyć tę wojnę – rzekł Zuko, ostatecznie utwierdzając wszystkich w przekonaniu, że zbliża się czas nieuchronnej konfrontacji ze złem, jakie rozpętało się w Ba Sing Se, najwspanialszym mieście świata.