Book 7 Chapter 23 – Narodziny

Sokka odczuł ulgę, gdy Biegun Południowy powitał go swym wiecznym chłodem. Skierował Appę na dół i wylądował na śliskiej tafli lodu.
- Sokka! Sokka!
Suki niemal natychmiast rzuciła mu się na szyję. Nie zdążył nawet dobrze zejść z grzbietu bizona.
- Co tu się dzieje?! – spytała. – Tak dobrze, że jesteś! Wszyscy magowie wody stracili moc, i nie wiem, czemu…
W jej głosie pobrzmiewała panika. Cała była roztrzęsiona.
- Tylko spójrz na niebo! Ten dziwny ląd pojawił się tak nagle, nie wiadomo skąd…
- Dzieci bezpieczne?
- Elikka i Fakida zostali w domu. Zabroniłam im wychodzić…
- A Hinni?
Suki odwróciła wzrok. Starała się nie patrzeć ani na Sokkę, ani na Toph, która siedziała na grzbiecie bizona i przykrywała Aanga kolejnym kocem. Co tu się działo? Dlaczego przylecieli wraz z Sokką? Czy nie lepiej było, żeby zostali w Ba Sing Se?
- Gdzie jest Hinni?! – ponowił swe pytanie Sokka.
- W stolicy Narodu Ognia. Popłynął tam, aby ratować swoja przyjaciółkę, Sorelę z Nowego Galeanu. Nie mogłam go powstrzymać…
- CO?! – wrzasnął. Teraz to on stracił nad sobą panowanie. – Jak mogłaś na to pozwolić, Suki?! Czy nie widzisz, co tam się dzieje?! Pozwoliłaś Hinniemu, by odpłynął wprost do epicentrum tej… zagłady?!
- Moja moc – szepnęła nagle Toph. – Czuję… Jakby… Ona wróciła. Wróciła…!
Nie zdążyła nawet dobrze skończyć zdania, gdy dziwny ląd, który dotąd widniał na niebie, zaczął znikać. I to nie tylko na Biegunie, lecz na całym świecie. Mieszkańcy wszystkich miast i wiosek wychodzili z domów, przerywali dotychczasowe zajęcia i podnosili głowy do góry, nie mogąc się nadziwić temu, co się działo.
- Jesteśmy uratowani – wyszeptał Sokka z niedowierzaniem. – Aangowi się udało! Dokonał tego, o tak!
- Aang? Aang!
Sokka i Suki natychmiast podbiegli do budzącego się Avatara. Jego tatuaże wreszcie przestały lśnić, a on sam powoli otworzył oczy. Nie był pewien, jaki świat zastanie, gdy wreszcie odważy się spojrzeć… Jednak tym, co ujrzał w pierwszej kolejności, była zalana łzami twarz Toph. Poruszała ustami, bezgłośnie wymawiając jego imię.
- Toph – wychrypiał odzwyczajonymi od mówienia strunami głosowymi.
Żona objęła go mocno. Po chwili dołączyli do niej Sokka i Suki. Wszyscy radowali się tym, że powrócił. Że po raz kolejny uratował świat.
- Wiedziałam, że ci się uda – powiedziała Toph, wciąż się uśmiechając.
- Przez cały czas w ciebie wierzyliśmy! – dodał Sokka.
Aang popatrzył na nich, nagle przypominając sobie o tym, co zobaczył w Świecie Duchów, gdy postanowił skorzystać z okna na świat żywych. Wahał się przez moment. Byli szczęśliwi. Suki tez się uśmiechała. Nic nie wiedziała…
Nie chciał psuć tej chwili. Toph tkwiła w jego ramionach i tylko to się liczyło. Być może teraz wszystko będzie lepiej? Postanowił w duchu, że zachowa wiedzę o ich romansie dla siebie. Czasem bowiem to niewiedza była największym błogosławieństwem.

***

Zuko czuł się nieswojo z zimnym, sztywnym ciałem swego stryja w ramionach. Ciałem. Czy naprawdę zaczynał już tak o nim myśleć? O Iroh, ukochanym stryju, bez którego nigdy nie odnalazłby swej drogi? Aż bał się pomyśleć, kim by dzisiaj był, gdyby nie on. Sfrustrowanym, złym na cały świat księciem na banicji, z dala od ludzi, których kocha…
No tak. Wtedy nie byłoby takich. Nie byłoby Katary, Renny, Kenaia…
Początkowo bał się podejść do martwego ciała. Gdy nie musiał, nie patrzył na nie, lecz tchórzliwie odwracał wzrok. To było gorsze od wszystkich innych rzeczy, jakich doświadczył. Zawsze jakoś udawało mu się ratować, Katarze również. Uciekali przed śmiercią… Aż w końcu ona dopadła Iroh, utuliła go w swych kościstych ramionach…
- Udało się! – krzyknął wódz Wojowników Słońca, sprawujący straż przy portalu między światem żywych a światem duchów. – Lady Katara urato…
Urwał w pół słowa, gdy ujrzał, jak Zuko dźwiga coś ciężkiego na swych barkach.
- To generał – potoczyły się szepty. Wojownicy uklękli i pozdejmowali wszelkie nakrycia z głów. Zapanowała idealna cisza, jedynie wiatr dął słabiutko, wznosząc w górę drobinki piasku.
Katara pochyliła się nad stryjem i ujęła jego skostniałą dłoń. Złożyła pocałunek na jego zimnym policzku, po czym stanęła obok ze spuszczoną głową. Nie odrywała wzroku od Iroh. Zuko podziwiał ją za tę odwagę.
- Prosił, byśmy zgodnie z obyczajem spalili jego ciało. To się musi stać w stolicy, w miejscu, w którym przyszedł na świat.
- Postaramy się załatwić jakiś transport – zaoferował wojownik. – Ktoś taki jak Iroh zasłużył na…
Rozmowę przerwał głośny huk. Nie minęła nawet chwila, a ujrzeli, jak dwa ostatnie smoki na ziemi, czerwony i niebieski, wynurzają się ze swych pieczar.
- Co… – wydusiła Katara. Smoki?! Widziała je tylko w książkach! Nie myślała, że są takie olbrzymie… I że będą patrzeć na nią tak, jakby rozumiały wszystko, co się dzieje…
Smoki zmierzyły się spojrzeniami, jakby się naradzając. Po chwili niebieski odsunął się, a czerwony otoczył ciało Iroh.
- Zuko… On chce, byśmy go dosiedli. Pomoże nam przenieść Iroh do stolicy – pojęła Katara.
Wszyscy spojrzeli na nią zdumieni.
- Czarodziejka magii wody rozmawiająca ze smokami? – zdumiał się Wojownik Słońca. – Już sama twoja obecność tutaj jest pogwałceniem naszych praw. A tymczasem to tobie smoki okazały zrozumienie!
Zuko zbliżył się do czerwonego smoka i delikatnie pogłaskał jego łuski. On tez zrozumiał.
- Katara ma rację – rzekł. – Pomóżcie mi z ciałem.
Już po chwili ciało stryja spoczywało na grzbiecie smoka. Wojownicy i Zuko przywiązali je mocnymi sznurami, aby nie spadło. Zuko i Katara już dosiedli smoka i mieli ruszać, jednak Władca Ognia zawahał się.
- Gdy wlecimy na smoku do stolicy, świat dowie się, że smoki jednak przeżyły pogrom, jaki zgotował im mój pradziadek – powiedział.
Wódz wojowników zmrużył oczy.
- Widocznie taka jest wola smoków. To dobra wróżba dla świata, lordzie Zuko. Skoro chcą się ujawnić, to znaczy, że czują się już bezpiecznie. Wiedzą, że nikt im już nie zagrozi.
Władca Ognia skinął głową ze zrozumieniem.
- Dziękuje wam za wszystko. Katara, schwyć się mocno – rzucił, nim wzbili się w powietrze.
Lot na Appie nie mógł się równać z lotem na grzbiecie smoka. Władcę Ognia wypełniło cudowne uczucie lekkości i wolności, gdy wzbili się w przestworza. Smok leciał szybciej, niż jakiekolwiek inne znane mu stworzenie, mocno odpychając skrzydłami powietrze.
- Zupełnie tak, jakbyś robił to od lat! – krzyknęła Katara. W jej głosie pobrzmiewał strach. Ściskała Zuko tak mocno, że ten myślał, iż zaraz się udusi.
- Mój pradziadek latał na smoku. Może mam to po nim?
- Sozin? Ten, który kazał je wymordować?
- Nie! Mówię o Roko. O Avatarze Roko. Był dziadkiem mej matki.
- Avatar Roko?! Czyli… Aang jest kolejnym wcieleniem twojego pradziadka?
- Tak jakby – spróbował zaśmiać się Zuko, jednak nie zdołał. Zbyt świeża była jeszcze rana po śmierci Iroh. – Minie jeszcze trochę czasu, nim znów będę mógł się śmiać.
- Ale ten czas w końcu nadejdzie – pocieszyła go Katara, opierając swą głowę na jego ramieniu.

***

- To powinno wam wystarczyć na całą drogę do Ba Sing Se – powiedziała Suki, wręczając Aangowi kolejny pakunek z żywnością, który po chwili wylądował na siodle Appy.
Avatar nie odpowiedział. Błądził myślami gdzieś daleko.
- Mnie też szkoda stryja Iroh – powiedziała wojowniczka Kyoshi łagodnie. – Ale to jest wojna, Aang. Zawsze ktoś musi umrzeć, aby przeżyć mogli inni. Poza tym udało ci się! Uratowałeś nas. Oba światy są już bezpieczne. Nie smuć się, Aang.
Gdyby tylko wiedziała, pomyślał Avatar, usilnie wpatrując się w kolejną paczkę prowiantu. O swoim mężu i Toph.
- Elikka, idź po tatusia i Toph, kochanie – rozkazała córeczce Suki. Dziewczynka dzielnie pomagała w przygotowaniach do podróży.
- Dobrze, mamo! – odparła i w podskokach pobiegła do domu. Była taka słodka! Patrząc na nią, Aang jeszcze bardziej nie pojmował, jak Sokka mógł zdradzić Suki. Przecież mieli dzieci! Myślał, że dzieci są czymś zdolnym połączyć dwójkę ludzi na dobre… A więc to też okazało się kłamstwem, powtarzanym we wszystkich bajkach ze szczęśliwym zakończeniem?

Sokka w milczeniu pomagał Toph w przygotowaniach do podróży. Gdy stos ubrań był już wystarczająco duży, nie mógł już dłużej milczeć.
- A więc to koniec – powiedział, samemu nie wiedząc, co konkretnie ma na myśli.
- Tak. Koniec – odparła Toph cicho. Już nie wściekała się na niego tak, jak zazwyczaj.
- Wracasz z Aangiem do Ba Sing Se.
- A ty zostajesz tutaj z Suki i dziećmi. Cóż… Powodzenia – rzuciła, drapiąc się po głowie. Nie wiedziała, co powiedzieć, więc ruszyła w stronę drzwi z naręczem ubrań.
Jeden z płaszczy upadł na podłogę. Sokka rzucił się, aby go podnieść. Chwycił płaszcz w wilgotne dłonie i wstał, aby oddać go Toph. Wtedy ich oczy się spotkały, a wszystkie ubrania spadły na podłogę, gdy dwoje kochanków utonęło w swoich objęciach. Sokka mocno przycisnął Toph do siebie, pozwalając, by całowała go tak, jak tamtej pamiętnej nocy. Nie wiedział, co działo się naprawdę, a co było tylko jego wyobrażeniem. Toph słyszała jego szepty i przyspieszony oddech. Czuła chłód bijący od ściany, do której przywarła plecami.

Mała Elikka szła korytarzem, próbując sobie przypomnieć, który z pokoi zajmowała Toph. To chyba tamten, na samym końcu korytarza, pomyślała, przyspieszając kroku.
Wtem przystanęła. Drzwi były uchylone, a za nimi działo się coś dziwnego. Podeszła więc do nich cichutko i przez szparę zobaczyła cos strasznego, coś, co nie mieściło się w głowie kilkuletniej dziewczynki.
Tatuś krzywdził Toph. Ściskał ją tak mocno… Chyba chciał ją udusić… Przerażona Elikka zaczęła uciekać. Biegła tak szybko, jak tylko zdołała.
Toph wyrwała się z objęć Sokki.
- Tam ktoś jest! Za drzwiami! – wydyszała.
Przerażony Sokka wypadł z pokoju i bacznie rozejrzał się po korytarzu. Przez jeden straszny moment naprawdę się bał, że ktoś ich nakrył!
- Nikogo nie ma. Pewnie ci się zdawało.
- Nie wiem. Może – odparła biała jak papier Toph. Zazwyczaj nie miała wątpliwości. Jednak teraz, w takiej sytuacji, jej zmysły szalały i nie działały tak, jak należy.
- Lepiej już pójdę – powiedziała, zbierając ubrania z podłogi. Sokka podążył za nią.

Osiodłany Appa już na nią czekał.
- Gotowa? – spytała Suki, pomagając jej wrzucić wszystkie paczki na wierzch. Uścisnęła ją na pożegnanie, co sprawiło, że niewidoma kobieta poczuła się jeszcze gorzej.
Sokka obserwował, jak Toph sadowi się w siodle tuż za Aangiem. Appa wzbił się w górę, a niewidzące oczy kobiety zdawały się patrzeć wprost na niego, przewiercając go na wskroś.
- A więc to koniec – powiedziała Suki, nieświadomie powtarzając słowa swego męża.
- Tak. Koniec – powtórzył niczym echo Sokka. Wyciągnął rękę, aby przytulic do siebie Elikkę, lecz ta zadrżała i odsunęła się gwałtownie.

***

Biały śnieg spadł w stolicy Narodu Ognia w środku lata. Białe wstążki zaściełały niebo, sprawiając, że każdy, ilekroć zadarł głowę, przypominał sobie o tym, który odszedł. O wielkim generale i szlachetnym człowieku. O bohaterskich czynach jego bratanka oraz o smoku, który pojawił się nie wiadomo skąd, dźwigając na swym pokrytym łuskami grzbiecie jego martwe ciało. Później białe wstęgi opadały na ziemię i stawały się czarne, deptane przez ludzi, którzy tłumnie przybywali na uroczystości pogrzebowe generała Iroh. Sceptyczny obserwator mógłby powiedzieć, że robili to z czystej ciekawości, jednak ci, którzy naprawdę potrafili patrzeć, wiedzieli, że czynili to z potrzeby serca.
Wielki, czerwony smok spoczywał u stóp białych jak śnieg schodów. Wydawało się, że drzemał, lecz w istocie czuwał, czekając na odpowiedni moment.
- Szlachetny generał Iroh odszedł od nas po wielu latach walki o sprawiedliwość, w heroicznej walce o dobro. To wielka strata dla naszego narodu…
Zuko nie mógł już dłużej powstrzymywać drżenia w swoim głosie.
- … wielka strata dla mnie – wydusił. Znów nie mógł płakać. Obserwowało go zbyt wiele par oczu. Chyba tylko Katara ujrzała srebrzystą łzę, która spłynęła najpierw po bliźnie na lewym oku Władcy Ognia, a potem upadła na nieruchomy, blady policzek spoczywającego na katafalku stryja.
Idealną ciszę zakłócił dobiegający z tyłu wrzask. Zuko odwrócił się gwałtownie i ujrzał, jak jego córka zwija się z bólu, który wykrzywił jej młodą twarz. Rękami kurczowo trzymała się za brzuch. Nogi się pod nią ugięły i upadłaby, gdyby nie stojący tuż obok niej Meiji Feng.
- Idźcie po akuszerki! Szybko! – krzyknęła Katara, jako jedyna nie tracąc zimnej krwi. – Zabierzcie ją do komnaty!
Po tłumie poniósł się głośny szum. Ludzie głośno rozmawiali, pokrzykiwali, wstrzymywali oddechy. Wtedy czerwony smok uniósł się i odwrócił uwagę od księżniczki, przykuwając trwożne spojrzenia zgromadzonych. Zwinął ogon i rozprostował skrzydła, a wieczny ogień z jego paszczy strawił ciało Iroh.

- Co one jej tam robią?! – panikował Meiji, chodząc nerwowo pod drzwiami komnaty, w której w bólach przychodziło na świat dziecko jego ukochanej. Miał ochotę wyważyć drzwi i wbiec tam, zrobić cokolwiek, by przestała tak rozdzierająco krzyczeć. Musiał być jakiś sposób, by ukoić jej ból! Jednak gdy jego ręka już spoczywała na klamce, nie miał odwagi, by ją nacisnąć.
Wtem drzwi otworzyły się i ukazały się w nich spocone z wysiłku akuszerki z zakrwawionymi prześcieradłami w rękach.
- Renna! – krzyknął Król Ziemi. Wyprzedzając wszystkich, wpadł do pokoju.
Renna leżała na łóżku. Ktoś otarł już pot z jej twarzy, dziwnie bladej i umęczonej. Rozpromieniał ją czuły uśmiech i lekko zadziwione spojrzenie. Złote oczy wpatrywały się w małe zawiniątko, które trzymała na rękach.
Meijiemu zabrakło tchu. Podbiegł szybko do Renny i uklęknął przy niej, chwytając ją za rękę. Drugą odsunął delikatnie materiał, aby ujrzeć twarz dziecka. Było takie malutkie! Jak lalka!
- To chłopiec – powiedziała Renna. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Meiji chyba jeszcze nigdy nie widział jej tak szczęśliwej!
- Jak dasz mu na imię?
- To nie przypadek, że zechciał przyjść na świat podczas pogrzebu wielkiego człowieka i generała – rzekła z uśmiechem. – Gdy jeden odchodził, a jego ciało trawiły płomienie wiecznego ognia z paszczy smoka, drugi właśnie nabierał pierwszego oddechu do swych małych płuc. Nazwę go Iroh. Iroh, pierworodny syn Renny, księżniczki Narodu Ognia, wnuk Władcy Ognia Zuko i lady Katary z Południowego Plemienia Wody…
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i pojawił się w nich Moren. Stanął w pół kroku, zbyt zszokowany, by móc ruszyć na przód. Jego oczy wpatrzone były w dziecko.
- Zostawię was – oznajmił chłodno Meiji, mierząc Morena nieprzyjaznym spojrzeniem. Mężczyzna swoją obecnością przypomniał mu, że to nie jego miejsce. Choć kochał Rennę, to nie on był ojcem, i nic nie mogło tego zmienić.
- Iroh. Ładnie – wydukał Moren, podchodząc do Renny. – Czy mogę… Mogę go potrzymać?
W pierwszym odruchu dziewczyna jeszcze mocniej przycisnęła dziecko do piersi. Później wrócił jej zdrowy rozsądek. Wolno i ostrożnie oddała malca w ramiona jego ojca.
Moren wpatrywał się w swego synka z czułością. Mały miał lekko śniadą cerę, zgrabny nosek i śliczne usteczka. Był… Moren nigdy nie widział czegoś piękniejszego i bardziej kruchego od istoty, którą trzymał w rękach. Poczuł, że zbiera mu się na płacz, jego wargi zaczęły drgać nerwowo. Tak, to było jego dziecko. Dziecko, którego nie będzie mógł wychować… Którego nie chciał puścić…
Oddał małego Iroh w ręce Renny, nie mając odwagi spojrzeć jej w oczy, i opuścił pokój. Dziewczyna otworzyła usta i uniosła się na posłaniu. Chciała go zatrzymać, powiedzieć coś. Cokolwiek, ale brakło jej odpowiednich słów, a do pokoju wtoczyła się reszta jej rodziny i przyjaciół. Chwilę jeszcze szukała Morena w tłumie, ale już go nie było.

- Myślałem, że rzuciłeś palenie – zdziwił się Mani, wraz z Winesem i Vigu podchodząc do Morena, który nerwowo nabijał naprędce nabytą fajkę pierwszym lepszym tytoniem, jaki udało mu się znaleźć.
- Rzuciłem – mruknął, zaciągając się jeszcze głębiej. Czuł gorzki posmak tytoniu w ustach, który drażnił jego gardło. Wypuścił dym ustami, tworząc szarą mgiełkę wokół swojej twarzy. Chyba podświadomie chciał się za nią ukryć, ta jednak rozwiała się po chwili, ukazując wszystkim jego rozedrganą twarz.
Wines już miał coś powiedzieć, ale zaniechał tego zamiaru, wpatrując się w coś za Morenem. Gdy mężczyzna odwrócił się, aby sprawdzić, co się stało, ujrzał Rennę.
- Zostawicie nas na chwilę samych? – spytała księżniczka.
Złodzieje posłusznie schylili głowy i oddalili się.
Renna stanęła tuż obok Morena. Stali na balkonie, z którego rozciągał się widok na całą stolicę spowitą w biel żałobnych flag i wstęg.
- Gdzie Iroh? – spytał Moren.
- W kołysce. Śpi.
Renna widziała łzy, które zaszkliły się w oczach Morena. Chłopak nie był w stanie ich dłużej ukrywać.
- Dlaczego to wszystko musi być takie skomplikowane – załkał. – Ja…
Jak miał jej to powiedzieć? Nie wiedział, co począć ze swoim życiem. Serce ciągnęło go w dwie przeciwne strony.
- Song na ciebie czeka. Nie pozwól, by znów ją zraniono. Ona już dość przecierpiała w swym życiu – rzekła Renna, bezbłędnie odgadując jego myśli.
- Drżysz – zauważył.
- Drżę, bo dla mnie to też nie jest takie proste – odparła, odwracając się i obejmując się ramionami. Cała skuliła się w sobie. Moren stanął za nią i objął ją od tyłu. Dziewczyna już zapomniała, jak to jest, czuć jego uścisk.
- Iroh jest moim synem. Jedyne, o czym marzę, to wychować go na prawego człowieka. Chcę, by był lepszym człowiekiem, niż jego ojciec…
- Nie możesz na zawsze pozostać rozdarty, Moren – powiedziała Renna, odwracając się do niego i patrząc mu prosto w oczy. – Song cię potrzebuje. Musisz do niej wrócić… A Iroh kiedyś dowie się, że to ty jesteś jego ojcem. Przyrzekam ci to.
- Tutaj, w pałacowych komnatach, będzie mu lepiej. Dorośnie w luksusie wśród wielkich ludzi – powiedział, nie dowierzając własnym słowom. – Muszę go jeszcze zobaczyć, Renna. Ostatni raz.
Weszli do komnaty. Ich dziecko spoczywało w kołysce, śpiąc. Czy śniło? Czy zdawało sobie sprawę ze swojego istnienia? Z tego, że właśnie w tej chwili ważą się jego losy?
- Żegnaj, synu – szepnął Moren, nachylając się nad dzieckiem i delikatnie głaszcząc jego malutką rączkę. Wstał nieco gwałtowniej, niż zamierzał. Zdawało mu się, że oślepł, nic bowiem nie widział przez zasłonę łez. Jak w transie podszedł do Renny i mocno przytulił ją do piersi, po raz ostatni głaszcząc jej włosy i składając pocałunek na jej spieczonych ustach.
Odszedł i zostawił ją, matkę swego syna, morderczynię swej narzeczonej.
Opuścił swoje jedyne dziecko z rozdzierającą duszę nadzieją na to, że bez niego będzie ono miało lepsze życie.

***

Laneth i Azula szykowali się do podróży powrotnej. Czekała ich długa droga do Azunethii, do pustyni Si Wong zwanej niegdyś Pustkowiem. Jinsen też był już gotów do drogi.
- Znam Finetha. Nie do wiary, że to twój ojciec! – powiedział Laneth, odpinając miecz od pasa. Uśmiechnął się do detektywa szeroko.
- Wiedz, że nie będzie łatwo – ostrzegła go Azula. – Azuneci to specyficzni ludzie… Tak, i ja wiem o tym najlepiej! Musisz być szczery i zdecydowany. Wtedy dobrze cię przyjmą.
- Postaram się – zaśmiał się Jinsen. Obejrzał się. Rudowłosa dziewczyna stała niedaleko. Też szykowała się do drogi.
Podszedł do niej.
- Gotowa, Luioh? Czeka nas długa droga.
Miał nadzieję, że w jego głosie aż tak bardzo nie słychać ekscytacji. Już nie mógł się doczekać tej podróży! Tak, chciał poznać ojca. Ale chciał też bliżej poznać Luioh, najpiękniejszą i najodważniejszą dziewczynę, jaką w życiu widział.
- Nie jadę z wami, Jinsen.
Mężczyzna myślał, że się przesłyszał.
- Ale jak…
- Ty Lee i tak dość długo pozwalała mi przebywać poza wyspą Kyoshi. Muszę wrócić i ukończyć szkolenie na wojowniczkę. Gdy zgodziłam się z tobą jechać, nie przypuszczałam, że tak szybko spotkam się z bratem i Azulą. Ale skoro tak się stało… Och, nie patrz tak na mnie! – poprosiła, potrząsając nim. – Laneth i Azula będą świetnymi towarzyszami podróży. Ja mam swoje obowiązki, Jinsen. Tak, to prawda. Ja… – zaczerwieniła się – Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo chciałabym z wami jechać. Z… tobą. Ale nie mogę. Muszę wrócić na wyspę Kyoshi, a ty musisz odnaleźć swego ojca.
- A więc to jest pożegnanie?
- Przecież nie żegnamy się na zawsze, prawda? – spytała z nadzieją w głosie.
Jinsen w odpowiedzi objął ją i pocałował. Nie mógł już dłużej z tym czekać.
- Przyjadę do ciebie, gdy tylko odnajdę ojca. Obiecuję – przyrzekł z uśmiechem, od którego zrobiły mu się małe zmarszczki w kącikach oczu. Zmarszczki, które Luioh uwielbiała.

***

Gdy Moren wreszcie stanął u drzwi domu, Song akurat była w ogrodzie. Pielęgnowała kwiaty. Na dźwięk stóp odwróciła głowę i podniosła się gwałtownie, po czym pognała do ukochanego i rzuciła mu się w ramiona. Ten objął ją i pocałował. Złodzieje wyszczerzyli zęby w uśmiechu.
- Moren! Tak się bałam! Myślałam… – powtarzała gorączkowo, pospiesznie poszukując odpowiednich słów – Myślałam, że to koniec świata! Ten ląd na niebie, a ciebie tu nie było… Koniec świata, a ciebie nie było przy mnie! Czy masz pojęcie, jak się bałam?! Myślałam, że coś ci się stało, że nie wrócisz… Nigdy więcej mi tego nie rób! I znów czuć od ciebie tytoniem! Paliłeś? A co tu robią twoi kumple? Interes się udał? Już nigdy nie pozwolę wam wciągnąć Morena w jakieś szemrane interesy!
Moren patrzył na nią z podziwem. Była taka pełna emocji, nie mogła przestać mówić. Nawet nie wiedziała, jak mało brakowało, żeby stało się to, czego tak bardzo się obawiała.
- Postanowiliśmy zamieszkać w twojej wiosce. Znajdzie się dla nas jakieś miejsce, prawda? – spytał Vigu. Song w odpowiedzi zaśmiała się tylko i machnęła ręką.
Zjedli wspólnie obiad, po czym Mani, Wines i Vigu poszli do wioski, aby poszukać pracy i zapoznać się z nowymi sąsiadami. Moren i Song usiedli w ogrodzie. Obserwowali świetliki, które rozjaśniły wieczorne niebo w akompaniamencie cykania świerszczy i innych stworzeń.
- Byłem w stolicy Narodu Ognia.
- No tak! W samym centrum tego chaosu!
- Bałem się o Rennę. Ona…
- Urodziła – domyśliła się Song. Wargi jej drżały.
- To chłopiec. Nazwała go Iroh.
- Ku pamięci generała i herbaciarza. Był dobrym człowiekiem.
Moren ukrył twarz w dłoniach. Song objęła go delikatnie. Czuła ból, ale wiedziała, że jemu też musi być ciężko.
- Nie martw się. Ja też jestem w ciąży.
Zdumiony Moren spojrzał na nią z szeroko rozwartymi ustami.
- Żartujesz – wymamrotał.
- To prawda! – uśmiechnęła się Song. Była taka radosna! – Jeszcze będziemy szczęśliwi, zobaczysz.
Ujęła go za rękę i siedzieli tak w milczeniu, obserwując świetliki. Nie musieli się odzywać. Obydwoje wiedzieli, że właśnie zaczął się dla nich nowy rozdział w życiu.

***

Ostatnie tygodnie wydawały się Katarze jakimś szaleńczym biegiem. Wszystko działo się tak szybko! Dopiero dzisiaj poczuła, że wreszcie może przystanąć i złapać oddech. Siedziała właśnie przy szerokim stole pokrytym czerwonym materiałem, przenosząc dzięki magii wody kropelki atramentu, z których formowała podpis swego męża na oficjalnych listach. W większości były to wyrazy żalu i współczucia z powodu śmierci Iroh, a także gratulacje z powodu narodzin wnuka o tym samym imieniu.
- Wieści rozchodzą się znacznie szybciej, niż przypuszczałam – rzekła, odkładając kolejny list. – Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że jesteśmy dziadkami! To takie niesamowite! Wiesz co, Zuko? Czuję się tak, jakbym to ja znowu została matką. Zajmowanie się małym Iroh przypomina mi czasy, kiedy to Renna i Kenai nosili pieluszki… Szkoda, że to potrwa tylko rok!
- Rok? Dlaczego tylko rok? – spytał Zuko.
- To ty nie wiesz? Król Ziemi ma zamiar oświadczyć się naszej córce, gdy tylko skończy szesnaście lat. Chce zabrać ją i Iroh do Ba Sing Se.
- Myślisz, że Renna się zgodzi?
- Ona go kocha, Zuko.
- Na tyle, by zostawić rodzinne strony i zamieszkać w Królestwie Ziemi?
- Kocha go tak, jak ja kochałam ciebie, gdy byłam w jej wieku. A wtedy się nie wahałam. Dla ciebie zostawiłam Biegun Południowy.
- Kochałaś? – zauważył z uśmiechem. – Czyli coś się zmieniło?
- Och, Zuko! – żachnęła się Katara.
Uśmiechnął się i podszedł do niej.
- Zupełnie tak, jak kiedyś – zauważył.
- O co ci chodzi?
- Pamiętasz, kiedy pierwszy raz pomagałaś mi przy podpisywaniu listów? Wtedy, kiedy byłaś jeszcze z Aangiem, a ja nie wiedziałem, co się stało z moją matką?
- A, wtedy! Całe królestwo zaczęło plotkować o naszym rzekomym romansie – przypomniała sobie Katara, śmiejąc się. – Naprawdę pamiętasz takie rzeczy?
- Tak – odparł, podnosząc ją.
- Co ty wyprawiasz?!
- Zaniosłem cię wtedy do łóżka. Zasnęłaś przy pracy.
- Ale teraz nie śpię!
- Czy to jakiś problem?
Ułożył ją delikatnie na łóżku. Wróciły do niego wspomnienia. Nachylił się nad nią i pogładził ją po policzku.
- Tyle się zmieniło od tamtego czasu – wyszeptała Katara.
- Nie zmieniło się tylko jedno. Wciąż cię kocham.
Katara uśmiechnęła się do niego czule i pocałowała go. Zuko miał rację. Świat mógł się kończyć, wojny wybuchać, a ludzie rodzic i umierać… Cokolwiek by się nie działo, ona i Zuko, dwa różne światy, będą przechodzić przez to razem. Zawsze.

THE END

P.S. Długo odwlekałam ten moment. Ostatni rozdział. Ostatni. Tak, kochani. To koniec. Nie będzie kolejnej księgi. Myślę, że wrócę do bohaterów, o których tak lubię pisać, ale w jakiejś krótszej formie, np. opowiadania o dalszych losach kilku wybranych postaci.
Kiedyś usłyszałam bardzo piękne zdanie. Ktoś powiedział, że pisząc książkę, w rzeczywistości jej autor pisze list do samego siebie i mówi sobie o rzeczach, o których wcześniej nie miał odwagi wspomnieć. Odkrywa zakamarki swej duszy oraz prawdę o sobie. Dlatego możecie być pewni, że gdy któryś z bohaterów zaczynał filozofować, to niemal zawsze w jego usta wkładałam swój własny światopogląd. Jednak najlepsze w pisaniu jest to, że nad stworzonym przez siebie światem ma się całkowitą kontrolę. Robić, co się chce, słowami – to moje motto.
W Avatarze bohaterem przechodzącym wewnętrzną przemianę jest Zuko, a u mnie – jego córka, Renna. Wątków i postaci było wiele, jednak to jej historia była głównym spoiwem, a nie, jakby się mogło z pozoru wydawać, losy Zuko i Katary.
Dwa światy rozumiane najbardziej dosłownie odnoszą się do świata żywych i umarłych. Jednak interpretować tytuł ostatniej księgi możecie na wiele sposobów. Chodziło mi bowiem również o różnice społeczne i światopoglądowe. Choć każdemu ze światów wydawało się, że jest tym jedynym, to w rzeczywistości nieustannie przenikał się ze swoim przeciwieństwem. To dlatego Katara i Zuko mogli być razem, Renna dostała szansę na odkupienie, a Sokka i Toph nie byli bohaterami bez skazy. Zdradzę Wam, że pierwotny tytuł ostatniej księgi miał nosić tytuł Przenikające się światy, jednak po namyśle zdecydowałam się na Dwa światy, ponieważ pierwszy tytuł wydał mi się zbyt długi i zbyt dziwacznie brzmiący, zwłaszcza po angielsku (Overlapping worlds).
W powieści udało mi się też zawrzeć odwieczne pytanie o przyczyny występowania zła w świecie. Gdy przestudiujecie postawy poszczególnych bohaterów (idealnym przykładem może być sam Aang) przekonacie się, że zło będzie zawsze obecne i że nie da się go całkowicie wyeliminować. Jednak mimo tej świadomości trzeba zrobić wszystko, aby z nim walczyć. Ten cel przyświecał nie tylko Aangowi, ale też innym pozytywnym bohaterom.
Zwróćcie też uwagę na tytuły ostatnich rozdziałów poszczególnych ksiąg. Kolejno: Nowe drogi, Popioły, Odkupienie i Narodziny. Kojarzą Wam się z czymś? Chodziło mi o pewne etapy, przez które człowiek przechodzi w swoim życiu. Najpierw wybiera nowe drogi, którymi podąża. Nie zawsze są to właściwe ścieżki. Pali za sobą mosty, zapomina o przeszłości, przez co gubi też swoją przyszłość. Z jego starego życia i ideałów, z którymi wyruszył w drogę, zostają tylko popioły. I to mógłby być koniec, jednak człowiek walczy dalej. Próbuje naprawić swe błędy i wrócić na dobrą drogę. Następuje odkupienie, niezwykle trudny i długotrwały proces. I wreszcie przychodzi pora na powtórne narodziny, na nowe, lepsze życie.
Mam nadzieję, że wybaczycie mi te przydługie posłowie ;) Ciężko jest wyrazić w kilku słowach wszystko, o czym chciałoby się powiedzieć. Mam nadzieję, że dzięki tym słowom nie będziecie postrzegać Zutary tylko jako rozrywkowej opowieści o losach swoich ulubionych bohaterów, lecz także jako historię o tym, co naprawdę w życiu ważne :)
Na koniec bardzo chciałabym podziękować tym wszystkim, którzy dotrwali do końca, i tym, którzy dołączyli po drodze. Mam nadzieję, że nawet teraz, po zakończeniu, pojawią się nowi czytelnicy. Możecie być pewni, że czytam wszystkie komentarze i w miarę możliwości staram się na nie odpowiadać. Dziękuję zwłaszcza Orchidei i WładczyniW&A, bez których pomysłów nie powstałoby wiele wątków obecnych w Two worlds. Liczę, że wszyscy będziecie odwiedzać tę stronę i śledzić moje poczynania!

Pozdrawiam i dziękuję za wszystko!

~Painted Lady

Book 7 Chapter 22 – Dwa światy, Part II

Tkanie magii wymagało precyzji i skupienia, jednak Aangowi wyjątkowo ciężko było zachować spokój. Walczył nieustępliwie, starając się ignorować anomalie wokół niego. Świat żywych i Świat Duchów zbliżały się do siebie coraz bardziej. Wiedział, że nie pozostało mu wiele czasu. Zaczęły go nawet nachodzić myśli, które starał się odepchnąć, ale nie dawał im rady. Co będzie, jeśli się nie uda? Musiał w jakiś sposób naprawić kule żywiołów i oczyścić je, ale nie miał jak, gdyż cały czas musiał walczyć z Ozaiem. Dawny Władca Ognia również nie ustępował. Atakował go zapamiętale ogniem, co i raz spoglądając w niebo z szyderczym uśmiechem bądź wydając jakiś rozkaz admirałowi Zhao i pozostałym duchom, których liczba stale wzrastała. Część z nich przechodziła na drugą stronę, a Aanga przeszywał wielki ból na myśl o tym, co musi się dziać na ziemi. Zostawił na niej tak wiele drogich osób… Jednak wiedział jedno. Był Avatarem. Jego śmierć oznaczałaby zamknięcie cyklu odradzania się władcy czterech żywiołów w kolejnych wcieleniach. Kiedyś w końcu musi to nastąpić, nic przecież nie trwa wiecznie. Jeśli już ma zginąć, to zginie w walce, starając się ze wszystkich sił uratować jak najwięcej ludzkich istnień.
Wtem wśród duchów poniosły się zdenerwowane okrzyki. Zdumiony tym zamętem Aang na moment oderwał wzrok od Ozaia i ujrzał coś, czego na pewno by się nie spodziewał.
- Aang! – krzyknęła Katara, podbiegając do niego i rzucając mu się na szyję. Co ona tu robiła? Co jeszcze dziwniejsze, razem z nią pojawili się Zuko, Iroh i jakaś wysoka, ciemnoskóra dziewczyna, której nie znał.
Katara nie kryła wzruszenia.
- Wiem, że nie chciałeś, byśmy się mieszali – powiedziała, mocno ściskając jego ramiona. – Ale nie mogliśmy cię tak zostawić. Gdy ujrzeliśmy te rozbłyski, i ląd zamiast nieba… Wiedziałam, że to musisz być ty. Że nas potrzebujesz.
- Ale jak znalazłaś się w Świecie Duchów?
- Myślę, że mój ojciec doskonale zna odpowiedź – syknął Zuko, patrząc prosto w złote oczy Ozaia. – To ty rozkazałeś Kohowi, by porwał Katarę!
- Jak… Jak udało się wam go pokonać?! Przecież to jeden z najstarszych duchów! – wrzasnął były Władca Ognia z wściekłością. Nie lubił, kiedy coś nie szło po jego myśli. Złodziej twarzy zawiódł. Udało mu się zająć uwagę Zuko, Iroh i Katary, ale nie na tyle długo, by on zdążył rozprawić się z Avatarem… To nic, pomyślał. Mam liczebną przewagę. I tak wygram.
Usilnie unikał jednego spojrzenia. Spojrzenia swego starszego brata, Iroh.
- Popełniłeś wielki błąd, Ozai – rzekł tamten spokojnym, acz surowym głosem. U koniuszków jego palców już zdążył zmaterializować się ogień. – Zachwiałeś równowagę obu światów. Czy masz choć blade pojęcie o tym, co może się stać, jeśli nie powstrzymamy procesu przenikania się obu rzeczywistości?!
- Powstanie nowy, lepszy świat, w którym magowie ognia obdarzeni zostaną należnym szacunkiem. Teraz, gdy magowie wody i ziemi utracili moc, już nic nie stanie mi na przeszkodzie. Nawet ty!
- Nawet nie waż się tak do niego mówić! – krzyknął Zuko, osłaniając stryja. Z jego nozdrzy buchał ogień. – Zniszczyłeś mi życie. Od dziecka mnie poniżałeś, wygnałeś mnie z rodzinnej ziemi… Chciałeś zabić tych, na których najbardziej mi zależy, tych których kocham… Wydałeś wyrok śmierci na moją matkę, nasłałeś Koha na moją żonę… Nie daruję ci tego!
Nim Zuko skończył, Ozai wyczarował potężny, krwistoczerwony płomień, który niczym bicz uderzył Zuko i odepchnął go. Władca Ognia upadł na ziemię. Katara i Mineka, zasłaniając usta rękami, natychmiast podbiegły do niego i nachyliły się nad nim.
- Dosyć, Ozai! – zagrzmiał Iroh. Z natury łagodny herbaciarz w jednej chwili przemienił swe oblicze. Jego czoło pokryły głębokie bruzdy, a wzrok zdawał się ciskać pioruny. – Podniosłeś rękę na mego bratanka i na cały świat! Nigdy nie chciałem, żeby do tego doszło, ale teraz już wiem, że zwlekałem z tą decyzją zbyt długo!
Iroh odrzucił płaszcz, ukazując nagi tors. Przyjął bojową postawę.
- Agni Kai, bracie. Zakończmy to raz na zawsze.
- Nie mam nic przeciwko – zaśmiał się Ozai. Czy ten stary, gruby starzec myślał, że ma w starciu z nim jakiekolwiek szanse? – Nigdy nie byłeś dobrym bratem.
- Ja też popełniłem błędy, ale w przeciwieństwie do ciebie zdałem sobie z tego sprawę! Pragnienie władzy całkowicie tobą zawładnęło! Czy nie widzisz, do czego doprowadziło?!
- To dlatego nie chciałeś zostać Władcą Ognia, prawda? – pojął nagle Ozai. – Wyjeżdżałeś na bitwy, walczyłeś, ale nigdy nie domagałeś się zaszczytów. Jesteś tchórzem, Iroh. Bałeś się rządzić?
- Tak. Bałem się! Bałem się, że władza uczyni ze mnie takiego potwora, jakim jesteś ty!
Dawny Władca Ognia nie mógł już dłużej wysłuchiwać zniewag. Z jego głowy zupełnie wyleciały plan opanowania świata, Avatar czy Alena. Teraz w jego żyłach zamiast krwi płynęła tylko złość, siła napędowa, dzięki której mógł teraz stanąć twarzą w twarz ze swym bratem i wymierzyć w niego cios, najpotężniejszy, jaki zdołał. Błękitny piorun rozdarł niebo na dwie części, na chwilę wszyscy ustali, widząc tylko to. Iroh z nadludzkim wysiłkiem przekierował piorun i uderzył nim w Ozaia, ten jednak uskoczył.
- Panie! – krzyknął Zhao, jednak drogę zagrodził mu Zuko.
- Rewanż? – spytał, nawiązując do ich niegdysiejszego pojedynku na Biegunie Północnym.
Admirał warknął i wyczarował ognistą kulę, którą wycelował wprost w Zuko, ten jednak odpowiedział mu serią uderzeń silnych płomieni. Armia duchów pognała, by pomóc admirałowi, jednak drogę zagrodzili im Jet, Yue, Mineka i Katara. Aang chciał do nich dołączyć, jednak Katara odwiodła go od tego pomysłu.
- My zostaniemy tutaj i spróbujemy ich powstrzymać. Ty musisz zatrzymać to – powiedziała, znaczącym gestem wskazując na ląd na niebie. – Proszę, Aang. Tam są moje dzieci. Toph… Sokka…
Avatar skrzywił się na dźwięk dwóch ostatnich imion, co nie uszło uwadze Katary. Nie było jednak czasu, aby o cokolwiek pytać.
- Postaram się wrócić jak najszybciej – powiedział Aang. Z żarliwą nadzieją, że postępuje słusznie, pozostawiając przyjaciół samych sobie na polu bitwy, wskoczył do jeziora.

***

Kenai i Hinni kluczyli po polu bitwy. Książę Narodu Ognia co i raz posyłał ognistą kulę w czyjąś stronę, a Książę Biegunów posiłkował się mieczem. W końcu dotarli do celu – do wielkiego, płóciennego namiotu z wyszytym na nim symbolem Narodu Ognia, płomieniem. Wokół niego stali żołnierze o nienaturalnie poszerzonych źrenicach.
- Opętanych przez magię ducha są setki, a może nawet tysiące – wyszeptał Kenai. – I to wszystko zrobiła Sorela? Czyżby była aż tak potężna?
- Wydaje mi się, że jej moc w jakiś sposób połączyła się z mocą trzech Aeiti Ajaa, które nią sterują – odparł Hinni.
Kenai pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Na Galeanie Mineka opętała wojowniczki, abyśmy razem z ojcem mogli dostać się do łodzi i uciec z wyspy. Użyła magii ducha na kilkunastu osobach i widziałam po jej zmęczeniu, że jest to kres jej możliwości. Poza tym ojciec mi mówił, że Alena, Kerga i Funi dysponowały jeszcze mniejszą mocą od Mineki. Dopiero gdy się połączyły, mogły jej dorównać… A tutaj nie mówimy o kilkunastu żołnierzach, ale o całej armii! Czy teraz wiesz, o czym mówię?
Hinni szybko porównał proporcje i cały aż zbladł. Teraz sprawa wyglądała zupełnie inaczej.
- Kto wie, być może Sorela jest najpotężniejszą Aeiti Ajaa w dziejach – wydukał. – Skoro moc objawiła się u niej tak wcześnie…
- Nie wiem, być może jest, albo i nie, ale taka eksploatacja to gigantyczne ryzyko! Jeśli Aeiti nie przestaną wykorzystywać Soreli do mentalnego zarządzania całą armią, to ona wkrótce umrze!
Hinniemu mocniej zabiło serce. Dotarła do niego powaga sytuacji. To już nie była zwykła misja ratunkowa. To była walka o życie.
Klinga miecza zalśniła, gdy wyjął go z pochwy.
- I tak nie damy rady przejść niezauważeni – stwierdził.
Inne słowa były zbędne. Dwójka przyjaciół wyskoczyła z zza głazu i z głośnym okrzykiem rzuciła się na żołnierzy pilnujących wejścia do namiotu. Hinni wciąż dość nieporadnie posługiwał się mieczem, jednak jego umiejętności wystarczyły, by ogłuszyć wrogów. Poza tym bardzo przydatna okazała się magia ognia, dzięki której Kenai odesłał z kwitkiem oszołomionych żołnierzy. Jego sprawność również nie była wyjątkowa, ale jego moc, jako członka rodziny królewskiej, i tak była większa w porównaniu z przeciętnym magiem. Nieco tylko załamywała go myśl, że dawny złodziej i kochanek Renny, Moren, jest od niego potężniejszy i potrafi tkać pioruny, ale ostatecznie ojciec Kenaia też nigdy nie posiadł tej sztuki.
Wtargnęli do namiotu. Sorela leżała na ziemi, skręcając się z bólu. Jęczała, a po jej ciele spływały kropelki potu. Rękami nieustannie masowała czoło, miotając się przy tym na boki, co stanowiło przerażający widok. Jakby tego było mało, między stęknięciami cedziła słowa, z pozoru prowadząc rozmowę z samą sobą:
- Ona zaraz zginie. Jest już na wyczerpaniu sił, a ja też jestem zmęczona, Alena.
- Musimy wytrzymać! Jeśli Sorela padnie, padnie też cała armia włącznie z Azulą!
- To powiedz swojemu kochanemu Ozaiowi, żeby się pospieszył! Głowa mi pęka, a przecież jestem cholernym duchem!
- Zamknąć się! Ozai nas nie zawiedzie. Widzicie? Świat żywych jest coraz bliżej. Już czuję, że jestem jedną nogą na tamtym świecie…
- Sorela! – krzyknął Kenai, podbiegając do niej. Pochylił się nad nią i wziął ją w ramiona, z niedowierzaniem patrząc na to, co się z nią stało. To było niczym rozdwojenie jaźni, tym straszniejsze i trudniejsze do pojęcia, że tak właściwie osobowość dziewczynki została podzielona na cztery części. Trzema władały Alena, Kerga i Funi, jednak ta jedna wciąż należała do Soreli…
- A niech to! To ten przeklęty Kenai i jego kompan Hinni! Wynoście się stąd! – warknęła któraś z Aeiti przez usta Soreli. Zaczęła się szarpać, kopać i gryźć, ale Hinni przytrzymał ją z drugiej strony.
- Sorela, wiem, że tam jesteś… – zaczął Kenai, ale ta przerwała mu gwałtownie:
- Twojej ukochanej tu nie ma, książę! Zapomnij o niej…
- Nigdy! – krzyknął, czując, jak pulsuje każda żyłka w jego ciele. – Sorela, to ja, Kenai! Błagam, odezwij się do mnie. Daj mi chociaż maleńki znak, że mnie słyszysz…
Chłopcy nie wiedzieli, czy spowodowało to osłabienie Aeiti, czy też coś innego, ale Sorela na chwilę przestała się szarpać, a jej źrenice znów przybrały normalny rozmiar.
- Kenai – wychrypiała słabo, z wielkim wysiłkiem.
- Tak, to ja! – odparł, ściskając ją mocniej. – Jestem przy tobie, Sorela. Musisz pokonać Aeiti Ajaa i wyrzucić je ze swojej głowy. Przypomnij sobie o tym, kim naprawdę jesteś! Przypomnij sobie o mnie, o tym, co do mnie czujesz, do mnie i do Hinniego…
- Żołnierze! Zabierzcie ich stąd! Zabierzcie! Tracimy ją! Przez paplaninę tego chłopaka tracimy ją! Przeklęte hormony! – warknęła Aeiti poprzez Sorelę.
- To działa! – zdumiał się Hinni. – Kenai, dalej! Świetnie ci idzie!
- Sorela… – powtarzał Kenai zapamiętale. Nie wiedział, co robić, działał instynktownie. Dotykał jej twarzy, obcierał pot z jej czoła. Jedną ręką ją objął, drugą zaś położył tam, gdzie było jej serce. Poczuł jego bicie, nierównomierne i przerywane. Ogarnął go strach. Nie chciał nawet dopuścić do siebie myśli o tym, że może ją stracić…
Stracić Sorelę? Pozwolić, by odeszła?
Nigdy!
Strach, który jeszcze przed chwilą go paraliżował, dodał mu sił.
- Sorela, wiem, że dasz radę Aeiti. Jesteś silna, o wiele potężniejsza niż one… I masz coś, czego one nie mają na tym świecie. Masz ludzi, którzy cię kochają. Twoi rodzice. Hinni. I ja… Ja też cię kocham. Kocham cię i nie chcę cię stracić. Kocham cię.
Dopiero, gdy powiedział to na głos, zrozumiał wagę tych słów. Normalnie pewnie zrobiłoby się mu głupio i czułby się niezręcznie, że mówi takie rzeczy w obecności Hinniego, ale teraz nie dbał o to. Liczyło się tylko życie Soreli.
Dziewczynka poczęła pocierać czoło rękami tak mocno, że aż zadrapała je paznokciami. Po jej twarzy pociekły strużki krwi, jednak ona zdawała się tego nie czuć. Krzyknęła głośno, z trudem łapiąc oddech:
- Odejdźcie… Wy… Tracimy ją! Zróbcie coś! Wymyka się! Ozai mnie zabije. Przecież już jesteś martwa, Alena… Milcz, Funi! Kerga, zrób coś! Nie możemy… Kenai…!
Sorela zachłysnęła się powietrzem. Jej oczy, od dłuższej chwili mocno zaciśnięte, wiecznie otworzyły się. Wyraźnie było widać niebieską barwę tęczówek.
- Sorela! – krzyknął Kenai, ściskając ją tak mocno, że mało brakowało, a udusiłby dziewczynę, zwłaszcza, że do uścisku dołączył jeszcze Hinni. Tkwili tak w trójkę przez dłuższą chwilę. Kenai miał policzki mokre od łez. Ach, było mu już wszystko jedno. Hinni mógł go uważać za mięczaka. Liczyło się tylko to, że Sorela znowu była z nimi.
- Przepraszam – wyszeptała, odwracając głowę. W jej głosie pobrzmiewał strach. – Co ja narobiłam. Co ja… Nie powinnam była ufać Aeiti. One wykorzystały mnie i ja… Azula, cała armia… Nie wiem, ilu ich było, ale gdy opętałam jednego, czułam, że mogę więcej… Wewnętrzny głos nakazywał mi to robić, a ja…
Zaczęła szlochać. Chłopcy przytulili ją jeszcze mocniej.
- To nie twoja wina. Aeiti Ajaa spętały twoją wolę i robiłaś wszystko, co ci kazały. Stałaś się dla nich czymś w rodzaju mostu między dwoma światami, dzięki któremu mogły opanować wolę żywych… – wyjaśnił Hinni. Sorela ucałowała go w policzek, potem jednak jej wzrok spoczął na Kenaiu. Hinni odsunął się taktownie.
Sorela chwyciła swojego chłopaka za rękę.
- Wokół mnie były ciemności. Płacz i ból. Słyszałam tylko twój głos… To on był dla mnie latarnią i drogowskazem. Podążając za twoim głosem, wyrwałam się ze szponów Aeiti Ajaa…
- To znaczy, że słyszałaś wszystko, co mówiłem? – zarumienił się Kenai.
- Nie wszystko. Twoje słowa mieszały się z paplaniną Aeiti… Ale dwa słowa usłyszałam doskonale. To one były najjaśniejsze… Jeśli wiesz, co mam na myśli. Wybacz… Gadam od rzeczy. Chyba już zbyt długo nie byłam sobą.
- Kocham cię, Sorela – powiedział Kenai, zbliżając się do niej. – Czy to o te słowa ci chodziło?
Serce urosło mu w piersi, gdy dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go. Na moment zapomnieli, że przypatruje się im już mocno skonfundowany Hinni, zapomnieli o całym świecie. Dopiero gdy chłopak odchrząknął znacząco, przestali. Obydwoje byli mocno zarumienieni.
- Jesteście bardziej czerwoni niż płótno, z którego uszyto ten namiot – zauważył Książę Biegunów, uśmiechając się znacząco. Gdzieś wewnątrz siebie pogodził się z faktem, że Sorela zawsze będzie wolała Kenaia. Była wspaniałą dziewczyną, ale Kenai też był świetnym gościem. Nie mógłby odbić dziewczyny swojemu najlepszemu kumplowi! Miał swoje zasady.
Cała trójka zachichotała, zupełnie jakby zapomnieli o tym, że raptem przed momentem stoczyli ciężką walkę o życie Soreli.

***

Stłumione odgłosy bitwy dochodziły do wielkich uszu Aanga, gdy płynął na same dno jeziora. Otworzył przejście i już po chwili biegł po śliskiej posadzce ku kulom żywiołów.
- Co mam robić? – zapytał sam siebie, stając przed pękniętymi kulami magii wody i ziemi. Zastanawiał się przez chwilę, od której z nich zacząć. Ostatecznie skierował się do kuli magii ziemi. W końcu to był żywioł jego żony… Być może Toph zdradziła go z Sokką, ale Aang nie przestał jej kochać. Wciąż się nią o martwił. To nie działało w ten sposób. Nie mógł po prostu uznać, że już jej nie kocha, bo zbyt okrutnie go zraniła, i zwyczajnie odejść. Uczucie wciąż w nim tkwiło, nieco nadwątlone i chwiejne, jednak jakaś jego część nieustannie tkwiła w nim samym…
- Mam! – krzyknął nagle w chwili olśnienia. – Żywioły są jak uczucia. Te kule to ich najdoskonalsze formy, jednak szczypta magii z każdej z nich jest w każdym magu… A ja jestem Avatarem i posiadam moc wszystkich czterech!
Ułożył dłonie na krawędzi pęknięcia i wydobył z siebie moc. Poczuł magię ziemi, jego zmysły wyostrzyły się. Pęknięcie na gładkiej tafli poczęło się zasklepiać tym szybciej, im więcej mocy w nie przelewał. Czy starczy jego mocy, aby usunąć je zupełnie? Wiedział, że musi przelewać moc, że skoro juz zaczął, to nie może przerwać. Być może pozbawi siebie magii ziemi, ale musiał się poświęcić. Miał tylko nadzieję, że zadziała…
Nagle jego oczy otworzyły się. Poczuł, że leży na grzbiecie Appy.
- Aang? – usłyszał głos Toph, która nachyliła się nad nim. – Sokka, on się przebudził! Sokka…
Jęknął, gdy jego świadomość na powrót przeniosła się do Świata Duchów. Nie wiedział, jakim cudem, ale wciąż trzymał dłonie na kuli magii ziemi. To pewnie ta przepływająca moc spowodowała, że pojawiły się kolejne anomalie. Te skoki świadomości… To mogło być niebezpieczne, jeśli tak dalej pójdzie, to…
Coś odepchnęło go z ogromną siłą do tyłu. Przewrócił się i przeturlał szybko pod zielonym promieniem, który wystrzelił w stronę kuli pierwotnej energii znajdującej się pośrodku komnaty. Zmieniła kolor, teraz zasilana już przez promienie magii ognia, powietrza i ziemi. Sama kula ziemi odzyskała dawny kształt – obracała się, cała zielona, a po pęknięciu został jedynie mały ślad, który Aang ochrzcił w myślach blizną, bowiem kula zdawała się żyć.
- Udało się – wyszeptał zdumiony. – Udało się!
Skoczył z radości, ale natychmiast przypomniał sobie, że to jeszcze nie koniec. Została mu jeszcze kula magii wody. Miał nadzieję, że uda mu się zasklepić pęknięcie i że świat odzyska równowagę. Że oba światy przestaną się przenikać…
Nie zwlekając ani chwili dłużej, przystąpił do działania.

- Co tu się dzieje?! – wrzasnął Ozai, spoglądając w górę. Świat żywych zaczął się oddalać. Po chwili już znikał. Została jeszcze część lądu, ale przez powiększające się z zawrotną prędkością dziury prześwitywało już błękitne niebo…
- Gdzie jest Avatar?! – krzyknął. Jego ludzie poczęli rozglądać się nerwowo, jednak żaden z nich nie potrafił udzielić odpowiedzi. Była ona jednak zbędna – gdy tylko wzrok Ozaia padł na jezioro, sam się domyślił.
- NIE! – krzyknął strasznym głosem. Próbował pobiec do jeziora, lecz Iroh zatrzymał go.
- Nasz pojedynek jeszcze nie dobiegł końca! Dezerterujesz podczas Agni Kai? – zagrzmiał.
Lądu na niebie było coraz mniej. Wokół nich masowo zaczęły się pojawiać zdezorientowane duchy przeniesione z tamtego świata.
- NIE!
Ozai stracił już resztki panowania nad sobą. Porażka… Druzgocąca porażka…
Cały jego gniew zwrócił się przeciw bratu, który bezczelnie stał mu na drodze. Nie kontrolował się, nie myślał już o niczym więcej, jak o tym, by zabić ich wszystkich i wyładować swoją złość. Używając całej mocy, jaka mu jeszcze została, wyczarował piorun i wystrzelił go prosto w serce Iroh. Stryj Zuko, zbyt zajęty tym, co działo się wokół, zamarł z półuśmiechem na pomarszczonej twarzy i runął na ziemię.
- STRYJU! – wrzasnął Zuko.
Ozai stał w miejscu. Spoglądał jeszcze moment na brata.
- Wygrałem – syknął.
Iroh czuł, że sił zostało mu już tylko na jedno. Nim Ozai zdążył się odwrócić, wycelował w niego piorunem tak potężnym, jakiego jeszcze nigdy nie widziano. Dawny Władca Ognia wydał przeraźliwy krzyk człowieka, który umiera po raz drugi, i po prostu rozpłynął się w powietrzu. Nie pozostało po nim zupełnie nic prócz złego wspomnienia.
Na niebie nie było już widać lądu. Na powrót stało się ono błękitne. Aang wynurzył się z jeziora z wyrazem triumfu na twarzy, jednak nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy bez wyjątku, nie wyłączając nawet Zhao i innych duchów, które sprzyjały Ozaiowi, klęczeli w wielkim kręgu, pochyleni i skruszeni…
Avatar począł biec najszybciej, jak tylko zdołał, choć bał się zobaczyć, wokół kogo klęczą. Ktoś musiał zginąć. Nie zdążył na czas…
Tłum rozstąpił się, aby go przepuścić. Ujrzał, jak Zuko klęczy nad ciałem Iroh.
Dla Władcy Ognia już nic się nie liczyło. Nie dostrzegł nawet nieba, które powróciło, nie cieszyło go to, że równowaga została przywrócona i że magowie wody i ziemi odzyskali swoją moc. Przyciskał nieruchome ciało ukochanego stryja w pełnym bólu uścisku, nie mogąc uwierzyć, że to się naprawdę stało. Nie mógł płakać w Świecie Duchów, dusił się więc tylko łzami i przełykał je, czując ich słony posmak. Iroh. Tylko nie on. To on powinien był zginąć, a nie Iroh!
- Stryju, wybacz mi, że cię w to wplątałem – załkał. To była jego wina! Po co zgodził się na to, by stryj towarzyszył mu w wyprawie do Świata Duchów?! Nigdy sobie tego nie wybaczy… Czuł gdzieś na sobie czuły i pokrzepiający dotyk Katary, ale nawet ona nie była w stanie uśmierzyć tego bólu, który przenikał wszystkie komórki jego ciała. Mineka też położyła mu dłoń na ramieniu, ale nawet jej nie poczuł. Nie było już niczego.
Wtem po tłumie poniosły się szepty. Zuko poczuł, jak ciało stryja w jego ramionach staje się lżejsze. Opuściła je dusza, jasna i srebrzysta. Uniosła się do góry, by po chwili opaść na ziemię i przybrać normalne kształty. Był to osobliwy widok – jeden Iroh leżał martwy, drugi zaś stał i uśmiechał się.
- Stryju! – wykrzyknął Zuko.
- Tylko spójrzcie na niebo – odrzekł tamten. – Nie powinniście płakać, lecz radować się.
- Umarłeś. Jak mogę się uśmiechać?
- Umarłem w godnej bitwie, a moja śmierć nie poszła na marne. To bardzo pokrzepiająca świadomość – wiedzieć, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby pokonać zło. Ja zostanę tutaj, a wy powrócicie na ziemię. Proszę was tylko, byście zabrali ze sobą moje ciało i spalili je, tak jak nakazuje zwyczaj. Powiedzcie też Jin, że daruję jej swoją herbaciarnię w Ba Sing Se, jako nagrodę za te wszystkie lata, przez które pomagała mi ją prowadzić. Herbata… Czy w Świecie Duchów jest herbata jaśminowa? Bo chętnie wypiłbym filiżankę!
Zaczął się śmiać, zupełnie jakby nic się nie stało, a Zuko pojął, że Świat Duchów na powrót stał się tym, czym powinien być – miejscem spoczynku dla umęczonych życiem dusz.
- Pora wracać – szepnęła Katara, nachylając się ku niemu. Jej oczy lśniły. Ona pewnie też pragnęła zapłakać… Jednak kąciki jej ust były uniesione. Uśmiechała się i był to najpiękniejszy uśmiech, jaki Zuko widział w całym swoim życiu. Uśmiech przez łzy, pełen nadziei na lepszą przyszłość, przebijający się przez smutek i zło.

***

Wszyscy przerwali bitwę, bowiem nagle niebo rozjaśniło się. Stało się na powrót błękitnym niebem i nie było już na nim widać obcego, wywróconego do góry nogami lądu. Duchy zniknęły i powróciły do swego świata, a żołnierze zaprzestali walki. Ich źrenice miały już normalny kształt, opętanie zniknęło. Rozcierali tylko oczy i czoła z niedowierzaniem, nie mając pojęcia, co też skłoniło ich do wzięcia udziału w tej dziwnej bitwie…
- Azula! – krzyknął Laneth, w ostatniej chwili ratując swą żonę przed upadkiem. Ułożył ją w swych ramionach, spoglądając na jej udręczoną twarz.
- Laneth… To było… Dziwne. Ja… Chyba znowu miałam nawrót…
- To nie był nawrót szaleństwa, kochanie. Po prostu ktoś wykorzystał twoją słabą psychikę…
- Przestań mnie tak ściskać, bo się uduszę! Coś się stało? Mogłam zginąć, czy jak?!
- Wybacz. Po prostu cieszę się, że wróciłaś.
Zdumiona Azula odwzajemniła jego pocałunek. Ujrzała uśmiechniętą twarz Luioh, która stała obok jakiegoś jasnowłosego mężczyzny. Tamten chwycił ją za rękę. Nieopodal stała też Renna podtrzymywana przez Meijiego, a tuż obok nich Moren i jego kompani. Dziwaczne zestawienie! Gdyby była w skórze Króla Ziemi, z cała pewnością rzuciłaby się na Morena, ci jednak stali spokojnie, ramię w ramię…
Azula nawet w połowie nie zdawała sobie sprawy z tego, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiedziała tylko jedno: złe wizje nie będą jej już nawiedzać. Poczuła się wolna.
Spojrzała w niebo. Wydało jej się jeszcze bardziej błękitne, niż zazwyczaj.

Book 7 Chapter 21 – Dwa światy, Part I

Kolejna noc bez Soreli. Kenai obrócił się na łóżku, nie chcąc się pogodzić z tak wczesną pobudką. Znów go nie odwiedziła. Czyżby zupełnie zarzuciła podróżowanie w snach? Dlaczego mu to robiła? Czyżby w ogóle za nim nie tęskniła? Bo jego tęsknota zżerała niemal do cna. Miał ochotę rzucić wszystko i natychmiast popłynąć na Nowy Galean, stanąć z Sorelą twarzą w twarz i spytać wprost, dlaczego mu to robi…
- Książę Kenai, zbudź się! – ponaglała go pokojówka.
- Co się dzieje? – spytał niechętnie.
Pokojówka nie odpowiedziała. Wskazała palcem na okno. W jej oczach było przerażenie.
Kenai zerwał się z posłania i wyjrzał na dwór. Widok przeszedł jego najgorsze koszmary. Pod pałacowymi murami stała armia, cała złożona z żołnierzy Narodu Ognia. Przypuszczali szturm.
- Rada cię wzywa, mój panie – usłyszał tylko.
Ubrał się pospiesznie i obmył twarz. Nie było czasu, by zjeść śniadanie. Czując narastającą panikę, wpadł do sali obrad.
- Co się dzieje?! – wydyszał.
- To Azula, książę.
- Co?!
- Widzieliśmy ją. To ona dowodzi szturmem. Twoi żołnierze – nie wszyscy, na szczęście, ale ich liczba już przekroczyła tysiąc i rośnie w zastraszającym tempie – opowiedzieli się po jej stronie.
Kenai rozdziawił usta ze zdumienia. Nie wiedział, co powiedzieć.
- Byłem na miejscu, mój panie, gdy to się zaczęło – zgłosił znajdujący się na sali żołnierz. Mocno przytrzymywał swój broczący krwią bok. – Żołnierze wydają się być… Otumanieni. Opętani. Nie docierało do nich żadne moje słowo, słuchali jedynie Azuli, która też wydawała się dziwna…
- Potrzebujesz uzdrawiania. Udaj się do mojej siostry…
Wtem przypomniał sobie, że Renna wciąż siedzi w więzieniu.
- Jestem za tym, by ułaskawić księżniczkę Rennę, panie – odezwał się członek Rady. – Oprócz niej nie mamy nikogo, kto znałby się na uzdrawianiu. Poza tym większość magów ognia przeszła na stronę Azuli, dlatego przyda nam się jej magia wody.
- Aprobuję tę propozycję – zadecydował Kenai bez chwili wahania. – A co z taktyką?
Rada szybko rozłożyła przed nim mapy z naprędce nakreśloną pozycją wroga.
- Biorąc pod uwagę to, że przybyła bez swojej armii i stale uszczupla nasze oddziały… – zamyślił się Kenai, starając się poddać wszystko chłodnej analizie, co było niezwykle trudne. Starał się przypomnieć sobie te wszystkie lekcje ze strategii wojennych. Lekcje, których miał nadzieję nie wykorzystywać nigdy w praktyce… – Myślę, że sprawdzi się taktyka młota i kowadła.
- Młota i kowadła? Czy to nie jest zbyt proste rozwiązanie?
- Zgrupowanie oddziału może zająć trochę czasu, którego przecież nie mamy, bo szturm już się zaczął. Niech jedna połowa zaatakuje wroga od frontu, a druga, przygotowana już dokładniej, zaskoczy go od tyłu. To jedyne, co możemy zrobić…
- Będziemy walczyć ze swymi ludźmi.
- Wiem! – krzyknął Kenai rozpaczliwie. – Ale co mam uczynić?! Sami słyszeliście! Magowie ognia z armii są opętani. Póki nie dowiemy się, co jest tego przyczyną, musimy walczyć. Inaczej pałac zostanie zdobyty, a terror w Narodzie Ognia powróci… A na to nie mogę pozwolić!
Myślał, że Rada zgłosi sprzeciw, jej członkowie jednak pochylili głowy z aprobatą.
- Lord Zuko byłby z ciebie dumny, książę – powiedział najstarszy z Rady.
Mam nadzieję, pomyślał Kenai, przywdziewając zbroję. Nie mógł okazywać strachu. Był dowódcą, nawet jeśli otaczali go ludzie starsi i mądrzejsi od niego. Pod nieobecność ojca to on był królem.
- Meiji? Renna! – krzyknął, widząc siostrę i jej chłopaka. Oni też szykowali się do bitwy. Gdy popatrzył na Rennę, ujrzał rumieniec na jej twarzy. Zapewne musiała się ucieszyć, że może opuścić celę. Tym, co rzucało się w oczy najbardziej, nie był jednak wyraz jej twarzy, ale brzuch. Ile dni zostało do rozwiązania?
- Meiji, miej na nią oko – poprosił. – Renna sporo ryzykuje, wychodząc na zewnątrz.
- Nie opuszczę jej – obiecał Król Ziemi.
- Wreszcie jesteś! – ucieszyła się księżniczka, widząc brata. – Powiedz mi, czego się dowiedziałeś.
- Wiem niewiele więcej od ciebie. Żołnierze wydają się być opętani, a na ich czele stoi Azula…
Renna na chwilę straciła oddech. Ciocia Azula?!
- To niemożliwe!
- Żołnierze ją widzieli. Dostałem raporty…
- Ona by tego nie zrobiła! Zmieniła się! Nie jest już taka, jak kiedyś! – zaprotestowała gwałtownie. – Jestem pewna, że ktoś ją wykorzystuje!
- Może została zaszantażowana? – podsunął Meiji.
- Muszę się do niej dostać i z nią porozmawiać – zadecydowała Renna. – Osłaniajcie mnie.
Azuli nie sposób było nie zauważyć. Stała na podwyższeniu i donośnym głosem wydawała rozkazy.
- Jest jakaś nieswoja – szepnęła Renna. – Tylko patrzcie na jej ruchy. Dziwnie machinalne… A jej głos pozbawiony jest emocji…
- Renna, zaczekaj! – powstrzymał ją Meiji. – Nie zbliżaj się do niej. To może być niebezpieczne!
- To przecież moja ciotka! – żachnęła się, odtrącając jego dłoń, i pognała w stronę Azuli.
- Za nią! – wrzasnął Kenai. Jakim cudem jego siostra poruszała się tak prędko? Z takim brzuchem?! Kobiety zadziwiały go na każdym kroku.
- Ciociu! To ja, Renna! – krzyknęła księżniczka, zachodząc Azulę od tyłu. Wyciągnęła do niej ręce. – Wytłumacz mi, co się dzieje? Dlaczego to robisz? I dlaczego żołnierze…
Przerwała, widząc jej oczy. Złota barwa tęczówek gdzieś zniknęła, zdominowały ją zaś nienaturalnie powiększone, czarne źrenice…
- Jej oczy – wyszeptał Meiji. – Widzicie?
- Ciociu… – załkała Renna. Zrobiła krok naprzód.
Reakcja ze strony Azuli była natychmiastowa. Warknęła, jakby niezdolna do wydania innego dźwięku, i wyczarowała kulę ognia, która posłała wprost na Rennę.
Dziewczyna była zbyt blisko, by uciec. Nie miała nawet czasu na reakcję. Usłyszała tylko, jak Meiji i Kenai wykrzykują jej imię…
Jednak ognista kula do niej nie dotarła. Powstrzymała ją wielka, kamienna ściana, zza której wyłonił się Laneth.
- Musisz być ostrożniejsza – pouczył ją.
- Co ty tu robisz? I dzięki za ratunek.
- Przybyłem za Azulą. Stało się z nią coś złego… To jej szaleństwo. Wiedziałem, że wkrótce ponownie da o sobie znać, jednak nie przypuszczałem, że doprowadzi aż do takiego zniszczenia.
Jego głos był przepełniony bólem.
- Próbowałem z nią pomówić, tak jak ty przed chwilą. Mówiłem, żeby przestała… I że ją kocham… Ale ona była głucha na moje słowa. Nawet mnie nie poznała. Chyba straciłem ją na dobre…
- Nie możesz się teraz poddać, stryju – spróbowała pocieszyć go Renna. – Musimy walczyć. Może uda mi się do niej zbliżyć, wtedy spróbowałabym ją uzdrowić…
- Uważajcie! – wrzasnął Meiji, w ostatniej chwili osłaniając ich przed kolejnym ciosem Azuli. – Musimy…
Wtem ziemia się zatrzęsła, a wielki błysk, który pojawił się niewiadomo skąd, oślepił wszystkich. Do ich uszu dotarł ogłuszający brzęk. Wszystko trwało zaledwie ułamki sekund, jednak gdy ustało, świat już nie był taki sam.
- Patrzcie na górę – wychrypiał Kenai, wskazując na ląd, który zastąpił niebo. Co gorsza, wśród walczących zaczęły pojawiać się duchy najwyraźniej sprzyjające Azuli, która śmiała się opętańczo. – Co to…
Obejrzał się na swoich towarzyszy, jednak żadne z nich nie wyglądało najlepiej.
- Co wam jest?
- Moja moc – wyszeptał Laneth, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Nie mogę użyć magii!
- Ja też! – dołączył Meiji, nieudolnie próbując z pomocą magii ziemi przesunąć choćby kamyczek.
- I ja! – dodała Renna. Poruszała nerwowo rękami, chcąc wydobyć wodę z pobliskich roślin, jednak nic się nie działo.
- To jakiś koszmar – wydyszał Kenai, łapiąc się za głowę. Ogarnęła go panika. Azula zaatakowała królestwo. Magowie ognia przeszli na jej stronę, a wszyscy pozostali stracili moce… I ta armia duchów, nie wiadomo skąd… Wybacz mi, ojcze. Wybacz mi, matko… – błagał w myślach. Łzy cisnęły mu się do oczu. Nie dam rady obronić królestwa. To zbyt wielki ciężar dla dwunastoletniego chłopca. Nigdy nie będę dobrym królem. Nigdy…

***

Ten sam przyprawiający o zawroty głowy widok zawisnął nad głowami Jinsena i Luioh, którzy właśnie płynęli statkiem zmierzającym do Omashu. Stamtąd miel przedostać się do Azunethii, teraz jednak te plany wydawały się zupełnie nieważne. W obliczu tego dziwnego lądu, który pojawił się na niebie… Czy to był właśnie koniec świata? Przepływali właśnie u wybrzeży stolicy Narodu Ognia, która wyglądała na pochłoniętą wojną. Dokładnie było widać rozbłyski czerwonego ognia u pałacowych murów. Toczyła się wojna…
- Tam jest moja matka. I księżniczka Renna – wychrypiał Jinsen. Ze strachu brakowało mu tchu. – Muszę je uratować! Sama widzisz, co tam się dzieje, Luioh!
- Najpierw musimy zmusić kapitana, by dobił do brzegu – odparła. Jej długie, złotorude włosy falowały na wietrze. W lot pojęła obawy Jinsena i nie zadawała zbędnych pytań. Detektyw uwielbiał ją za to.
- Z tym nie będzie problemu – odrzekł, podbiegając do sterów, przy których stał kapitan.
- Dobij do portu w stolicy – rozkazał.
- Chyba ci odbiło, szczurze lądowy! – wrzasnął kapitan. Ręce drżały mu ze strachu. – Nie widzisz, co tam się dzieje? Co jest nad nami zamiast nieba?!
- Skoro świat i tak się kończy, to nie mamy nic do stracenia. I nie waż się mnie nazywać szczurem lądowym! – krzyknął, odpychając kapitana i chwytając ster. Od razu przypomniał sobie stare czasy, te wszystkie miesiące spędzone na morzu. To był jego żywioł.
Wykonał zdecydowany, dość ryzykowny, biorąc pod uwagę tutejsze prądy morskie manewr i zawrócił statek w stronę portu.
- Nie! – wrzasnął kapitan, ale Luioh złapała go od tyłu i przystawiła mu klingę miecza do gardła.
- Wybacz, kapitanie – rzuciła przepraszającym tonem.

***

Ściana, którą z pomocą magii ziemi wzniósł Laneth, oddzielając ich od Azuli, runęła, nie podtrzymywana już przez żadne moce. Ku przerażeniu wszystkich znów ujrzeli twarz wiecznej księżniczki. Jej usta były mocno zaciśnięte, a brwi zmarszczone. Zachowywała się niczym doskonale wytresowany w zabijaniu morderca. Bez słowa uformowała ogniste bicze plujące płomieniami na wszystkie strony i machnęła nimi, ścinając wszystkich z nóg.
- Spróbuję ją zatrzymać! – krzyknął Kenai. Tylko on wciąż mógł posługiwać się magią. Kiedy jednak stanął twarzą w twarz z ciotką, wszelka odwaga go opuściła. W starciu z nią nie miał najmniejszych szans. Jego magia ognia była zbyt słaba…
- Zarządzam odwrót – krzyknął. – Uciekajcie, a ja ją powstrzymam!
- Kenai, NIE! – zaprotestowała Renna. Czy jej głupi brat właśnie miał zamiar się poświęcić?! – Nie pozwalam!
Jej krzyk sprzeciwu utonął gdzieś w głośnym huku, którego źródłem był gigantyczny, błękitny piorun. Jego siła była tak wielka, że odrzucił Azulę na dobre kilkanaście metrów. Zdumiona kobieta z trudem się podniosła i bezbarwnym głosem rozkazała żołnierzom, by ją osłaniali.
- Kenai, nie wiedziałam, że tak potrafisz! – krzyknął Król Ziemi, nie kryjąc zachwytu.
- To nie był on – odparła słabym głosem Renna.
Zdumiony chłopak odwrócił się w tę stronę, co ona. Dym powoli opadał i teraz już wyraźnie było widać sylwetki czterech rosłych mężczyzn. Trzech z nich trzymało sztylety w rękach, tylko jeden był nieuzbrojony. Ten, który wyczarował piorun.
- Moren – wydukała Renna.
Nie była w stanie jednoznacznie określić, co poczuła na jego widok. Mieszankę bólu, złości, utraconych nadziei, odległego echa dawnych, żarliwych uczuć… Wszystko naraz zwaliło jej się na głowę, uderzyło do mózgu i do serca. Świat naprawdę musiał się kończyć, skoro spotkali się właśnie tutaj i teraz.
- Co ty tu robisz, Renna – powiedział, podchodząc do niej sprężystym krokiem. – Powinnaś jak najprędzej schronić się w pałacu.
Jego wzrok nerwowo przeskakiwał z jej twarzy na brzuch, jakby nie mogąc się zdecydować, na czym spocząć. Wyciągnął ku niej ręce.
- Nie zbliżaj się – warknął Meiji, stając między nim a swoją dziewczyną. – Zostawiłeś ją, kiedy najbardziej cię potrzebowała, a teraz pojawiasz się tutaj tak nagle? Co ty sobie myślisz? Renna nie życzy sobie cię więcej widywać. Odejdź i nie wracaj.
- Pozwól, że Renna sama zdecyduje, czy chce mnie widywać, czy nie – odwarknął, bezceremonialnie odsuwając Króla Ziemi na bok. A przynajmniej próbując, gdyż ten nie chciał się ruszyć z miejsca, twardy jak skała.
- Azula się zbliża – rzucił ostrzegawczo jeden ze złodziei. – Miło cię widzieć, księżniczko. Coś ci się przytyło ostatnio – zażartował.
- Wyczarowałeś piorun – rzekła Renna, mimo protestów Meijiego zwracając się do Morena. – Tylko najpotężniejsi magowie ognia są do tego zdolni. Nawet mój ojciec nie potrafi tego zrobić.
- Wyczarowałem piorun tylko dlatego, że ty kiedyś też potrafiłaś to zrobić – odparł.
- Kiedyś… Zanim oddałam ci swoją magię ognia – dokończyła za niego Renna. – Otrzymałeś nie tylko życie, ale też wszystkie moje umiejętności. Zaraz… Mam! Już wiem!
Wszyscy spojrzeli na nią pytająco.
- Magowie ziemi i wody stracili moc. Ja jednak mogę tkać też ogień… Potrzebuję tylko jego źródła…
- Zamierzasz odebrać mi moc? – przestraszył się Moren.
- Nie – odparła spokojnie. – Poprzednim razem poczęłam tkać ogień po wizycie w Oazie Dwóch Żywiołów, którą ojciec podarował matce w prezencie ślubnym. To jedyne miejsce w Narodzie Ognia, w którym znajduje się lód i śnieg. Płonie tam też wieczny ogień, który dał mi moc. Skoro wtedy się udało… To może teraz też się uda?
- Jaką masz pewność? – spytał Laneth.
- Nie przekonam się, jeśli nie spróbuję. W obecnym stanie jestem bezbronna. Jednak gdybym odzyskała magię ognia, mielibyśmy szanse w starciu z Azulą.
- Pioruny – pojął Kenai. – Zgoda. Spróbuj, siostro.
- Będę cię osłaniał w drodze do Oazy – postanowił Moren.
- Nie ma potrzeby. Ja to zrobię – zastąpił mu drogę Meiji.
- Do niczego byś się jej nie przydał. Jesteś magiem ziemi i twoja moc została zablokowana – odciął się Moren.
- Przestańcie skakać sobie do gardeł! Stoimy po jednej stronie! – uciszyła ich Renna. – Idziecie czy nie?
Odpowiedź była zbędna. Obaj posłusznie podążyli za nią.
- Oby im się udało – westchnął Laneth. Obejrzał się nerwowo, na szczęście jednak Azula była daleko. Wciąż dochodziła do siebie po niespodziewanym uderzeniu piorunem.
- Kenai! Kenai, nareszcie cię znalazłem!
- Hinni? – zdumiał się książę, widząc niemal pozbawionego tchu przyjaciela. – Co ty tu robisz?
Chłopak przystanął, aby nabrać oddechu, po czym wydyszał:
- Sorela. To ona stoi za tym atakiem…
- Sorela?!
- Właściwie nie ona, tylko Aeiti Ajaa. Czarodziejki ducha spętały jej wolę i z jej pomocą sterują Azulą i magami ognia.
- Wiedziałem, że Azula nie zrobiłaby czegoś takiego – odetchnął Laneth. – Czarodziejka ducha?
- Długa historia – machnął ręką Kenai. – Musimy odszukać Sorelę. Skoro Aeiti sterują wszystkim za jej pośrednictwem, to tylko dzięki niej możemy wygrać bitwę.
Sorela! Dobrze przeczuwał, że dziewczyna jest w niebezpieczeństwie!
- Ale jak to się stało? Przecież Aeiti Ajaa nie żyją. Jakim cudem spętały wolę Soreli?
- Później ci wyjaśnię… Chociaż sam też niewiele z tego rozumiem – odpowiedział Hinni.
- Idźcie jej poszukać. Ja i przyjaciele Morena będziemy mieć oko na Azulę – rzekł Laneth. Coraz mniej rozumiał z tego, co się dzieje! Miał tylko nadzieję, że jego żonie nie stanie się żadna krzywda.

***

Jinsen wprost nie mógł uwierzyć w zamieszanie, jakie zastał w stolicy Narodu Ognia. Ludzie biegali, krzyczeli, modlili się, płakali, okradali sklepy… Każdy reagował inaczej na ten niespodziewany koniec świata. O ile to był koniec…
Wpadł jak burza do swego rodzinnego domu. Luioh wślizgnęła się za nim.
- Mamo! – krzyczał, nerwowo przemierzając bogato urządzone pokoje. – Mamo!
- Jinsen! – ucieszyła się matka, wybiegając z jednego z pokojów. Objęła syna z czułością i zmierzwiła mu włosy. – Ojciec poszedł walczyć. Zostałam sama…
- Jesteś bezpieczna?
- Tak. Wszystko w porządku. Największe zamieszanie jest pod pałacowymi murami. Tutaj panuje względny spokój.
- Bardzo względny – zauważył z przekąsem Jinsen. Mimo to poczuł ulgę na wieść, że jego matce nic się nie stało. – To jest Luioh, wojowniczka Kyoshi wywodząca się z Azunethów.
- Mój syn opowiadał mi o tobie – zaśmiała się kobieta, przypatrując się dziewczynie z nieskrywaną ciekawością. Wyglądała na porządną osobę i z pewnością była lepsza od poprzednich partnerek Jinsena. – Bardzo się cieszę, że wreszcie mogę cię poznać. Zawsze miło popatrzeć na zakochanych.
- Zakochanych? – wydukali Jinsen i Luioh równocześnie, rumieniąc się. Zaczęli żarliwie zaprzeczać, przekrzykując się nawzajem.
- Nie chciałam was urazić – zachichotała matka. Zachichotała! W takich chwilach Jinsen miał ochotę utopić ją w szklance wody. Po prostu bardzo ją kochał. Potrząsnął mocno głową, starając się skupić na ważniejszych sprawach.
- Muszę dostać się do pałacu i odnaleźć księżniczkę Rennę – powiedział. – Ty, mamo, jesteś bezpieczna, ale ona na pewno potrzebuje pomocy.
- Nie przesadzasz? Ma całą armię na rozkazy.
- Po prostu czuję, że powinienem przy niej teraz być. To moja przyjaciółka… I to ja wpakowałem ją za kratki.
- Nie będę was więc dłużej zatrzymywać – rzekła matka.
Luioh ukłoniła się i podążyła ku wejściu. Nim Jinsen ruszył za nią, matka złapała go za rękę.
- Po twoim wyjeździe na wyspę Kyoshi powiedziałam ojcu prawdę – wyznała. – Wie już, że twoim biologicznym ojcem jest Mahdotonta.
Chłopak drgnął. Jego matka wyznała prawdę? Po tak długim czasie?
- Po prostu chciałam, żebyś wiedział – wyjaśniła, ściskając go mocniej za rękę. – Idź i wracaj szybko. Uważaj na siebie i na Luioh. I na księżniczkę Rennę, skoro tak bardzo ci na niej zależy.
Detektyw skinął głową i ucałował matkę w policzek, po czym pospiesznie opuścił dom.

***

Panujący w Oazie Dwóch Żywiołów wieczny chłód zrobił się jeszcze bardziej dojmujący. Mimo kul ognia nadlatujących ze wszystkich stron, które Moren starał się odpychać swoją mocą, było zimno, ponieważ cała Oaza gęsta była od duchów. Ogień, który tkali, był inny od ziemskiego, znacznie zimniejszy i bardziej upiorny.
- Za Ozaia! – wznosiła okrzyki horda umarłych. – Za nowy, wspólny świat!
- Nawet wolę nie wiedzieć, o czym oni mówią – rzekł wystraszony Moren.
- Będziemy cię osłaniać. Postaraj się jak najszybciej dostać do altany z wiecznym ogniem – powiedział Meiji.
Renna tylko skinęła głową i pobiegła ile sił w nogach, starając się umknąć przed duchami, z którymi walczyli Moren i Meiji. Serce mocno biło jej w piersiach, gdy wbiegła do altany i ujrzała wieczny ogień, zgodnie ze swą nazwą płonący bez względu na to, co działo się ze światem. Najprawdziwszy ogień z paszczy smoka, który tak wiele miesięcy temu obdarzył ją mocą. Kiedy to było? Zdawało jej się, że w tamtym czasie była innym człowiekiem. Nie nosiła w swym łonie dziecka, nie przeżyła jeszcze tych wszystkich przygód…
Wiedziała, że nie ma wiele czasu, ale też nie miała pojęcia, co tak właściwie powinna uczynić. Wyczuwała w sobie dwa źródła magii. Źródło magii wody było pełne, lecz zablokowane, natomiast źródło magii ognia ziało pustką, wyschnięte do cna. Nieśmiało wyciągnęła rękę w stronę wiecznego ognia, marząc o tym, by znów poczuć, jak płomienie tańczą na jej otwartej dłoni. To było uczucie nieporównywalne z niczym innym. Trzymając ogień, czuła, jakby trzymała w ręku bijące serce…
Krzyknęła i cofnęła rękę. Oparzyła się, na dłoni wyskoczyły bąble. Przewróciła się na podłogę i złapała się za głowę, nie mogąc powstrzymać wizji, która cisnęła jej się do głowy. Woda i ogień, dobro i zło, Katara i Zuko. Dwa różne światy, tak wiele różnic. Wszystko było dualne. Jej natura też była dwoista. Jeszcze w łonie matki toczyła się w jej wnętrzu bitwa. Ostatecznie dobro zwyciężyło, to była miłość jej rodziców. Została czarodziejką wody, ale źródło ognia również w niej tkwiło, czekając na odpowiedni moment. Nie potrzebowała pełni księżyca, by władać magią krwi, ciemną stroną magii wody. Po drugiej stronie było uzdrawianie, naturalna równowaga dla zła. I tamten dzień, w którym przybyła tutaj, do Oazy, przepełniona złością. To była ta chwila, ogień zagościł w niej, uwolniło się zło, dominując jej jestestwo. Jednak wyrzekła się go, oddając magię ognia Morenowi i ratując mu życie. Wybrała dobro i pozostała magiem wody, jednak zło znów dało o sobie znać, pozwalając, by z pomocą magii krwi zabiła Saminę. Nie magią ognia, a magią wody właśnie, wystawiając jej równowagę na kolejną próbę. Ale teraz była już innym człowiekiem. Odbyła pokutę, uzyskała wybaczenie, została pokochana. Nosiła w swym łonie nowe życie. Wiedziała już, ze dla jego dobra nie może pozwolić, by znów wdarł się w nią ogień…
Duchy nacierały na nią ze wszystkich stron. Nie czuła już powietrza, nie mogła oddychać. Mimo wiecznego ognia było jej zimno. Żałowała tylko dziecka. Nie siebie, tylko dziecka… Ktoś wykrzyczał jej imię, chwycił ją w mocne ramiona i wyniósł z płonącej altany, w której płonęły duchy magów ognia. Ten sam ktoś dotknął jej ust, przekazując jej oddech życia.
Otworzyła oczy. Ujrzała pochylonego nad nią Jinsena. Tuż za nim stała Luioh.
- Jinsen! Co ty tu robisz? – zdziwiła się, zarzucając mu ręce na szyję.
- Jestem detektywem, księżniczko. Zawsze zjawiam się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie…
- Hej, ty tam! Odsuń się! – krzyknął Meiji, odpychając Jinsena na bok. Moren podążył w ślad za nim. – Renna, nic ci nie jest? I kim jest ten facet?!
- To mój przyjaciel – odpowiedziała. – Uratował mnie, kiedy walczyliście z duchami.
Meiji i Moren łypnęli groźnie na Jinsena, ale Luioh niespodziewanie zagrodziła im drogę.
- On jest ze mną – powiedziała.
- Skąd wiedzieliście, gdzie mnie szukać? – zapytała Renna.
- Od mojego brata – uśmiechnęła się Luioh. Bardzo ucieszyła się na widok Lanetha. O wiele bardziej zmartwił ją widok Azuli.
- I co? Udało ci się zapanować nad magią ognia? – spytał Rennę Moren.
- Nie.
- A tamten pożar w altanie, który wessał duchy? Przecież to musiałaś być ty!
- Nie wiem. Nie wiem, naprawdę – odpowiedziała. Wciąż była w szoku. – Ale za to coś zrozumiałam. Coś bardzo ważnego – rzekła. Jej ręce odruchowo powędrowały do brzucha. Popatrzyła nań z miłością. – Nie traćmy więcej czasu i biegnijmy do pozostałych. Na pewno przyda im się nasza pomoc. W końcu teraz mamy dodatkowe wsparcie detektywa i wojowniczki Kyoshi.
Inne słowa były zbędne. Opuścili Oazę Dwóch Żywiołów, pozostawiając za sobą niezachwianie płonący wieczny ogień.