Bryke potwierdza: „Korrasami jest kanonem”

No i pozamiatane – Korrasami jest kanonem! Potwierdza to moją teorię, którą chciałam się podzielić w recenzji, ale Bryke mnie wyprzedził ;)

Na blogach Bryana i Michaela możecie przeczytać, że Korra i Asami zakochały się w sobie oraz że romantyczny wątek z nimi w rolach głównych nie był planowany od początku. Pierwotnie miała być to tylko głęboka przyjaźń, a Korra miała skończyć jako singielka. Bryke zdecydowanie opowiada się przeciwko zasadzie przyjętej w większości tekstów popkultury, która głosi, że główny bohater na końcu swej wędrówki koniecznie musi zdobyć partnera. Są to piękne słowa, zwłaszcza, kiedy przypomnimy sobie Aanga i Katarę. Bryke odrobił lekcję i nie chciał popełnić drugi raz tego samego błędu. Oczywiście ani ja, ani Bryke nie nazywają Kataanga błędem – jest to raczej schemat fabularny, który postanowili zostawić za sobą.

You give these characters life and then they tell you what they want to do, napisał Bryan, a ja płaczę, bo to przecież są moje własne słowa. Ileż to razy moje własne postacie robiły mi psikusa i nim się obejrzałam, ich historia wyglądała zupełnie inaczej, niż pierwotnie planowałam? Bryan określa siebie wręcz mianem the first Korrasami shipper. Pisze również wiele o mediach w dzisiejszych czasach; mediach, w których otwarte mówienie o związkach homoseksualnych w kreskówkach dla dzieci jest tępione przez ogół społeczeństwa. Jeżeli chcemy zmiany tego paradygmatu, musimy zacząć działać, pisze Bryan. Ma nadzieję na to, że zakończenie Legendy Korry będzie ważnym krokiem naprzód. Zwraca też uwagę na to, że wbrew temu, co sądzi większość ludzi, osoby homoseksualne istnieją i mają się dobrze, zresztą tak jak i biseksualne (przykład Korry i Asami). Chcielibyśmy, żeby homoseksualiści w mediach skierowanych do najmłodszej widowni wreszcie przestali być traktowani jak ktoś, kto nie istnieje, albo komu można dokuczać. Możemy tylko przeprosić za to, że tak późno daliśmy temu wyraz w naszej historii o Avatarze.

Makorra także była parą, której przeznaczeniem było skończyć razem… ale tylko do Księgi Pierwszej. Zerwanie Mako z Korrą i Asami w Księdze Drugiej było ostateczne i Bryke nigdy nie zamierzał zeswatać Mako z dziewczynami ponownie. Bryan odpiera zarzuty tych, którzy twierdzą. że końcowe zeswatanie Korry i Asami było tylko zagraniem pod publiczkę mającym na celu podlizanie się fanom. Jakim fanom?, pyta Bryan. Przecież Makorra także miała wielu fanów. (…) Doskonale pamiętamy wojny między fanami Kataanga i Zutary. Tym razem chcieliśmy tego uniknąć. Natomiast Tahno grający na puzonie – o, to było zagranie pod publiczkę!.

Bryke osiągnął zamierzony efekt. O finale Korry zrobiło się głośno. Nawet słynny Vanity Fair określił zakończenie Avatara jako przełomowe.

Tak, Korra i Asami darzą się romantycznymi uczuciami, ucina wszelkie spekulacje Michael. A nam, fanom Avatara, a także rzeszom innych ludzi pozostaje tylko się z tym pogodzić. Parafrazując kilkuletnią Korrę: we have to deal with it.

Źródło:

Odcinek 12 – Day of the Colossus/Odcinek 13 – The Last Stand

Witajcie! W poniższej recenzji postaram się napisać o tym, co poruszyło mnie w ostatnich dwóch odcinkach, a także spróbować podsumować całą historię, która niestety dobiegła już końca.

Najpierw o paru sprawach technicznych, którym wypada poświęcić uwagę.

Powiem szczerze: nie potrafię sobie wyobrazić bohaterów Legendy Korry z innymi głosami. Dubbing w oryginalnej wersji językowej stoi na najwyższym poziomie. Aktorzy włożyli wiele pracy w to, by swoimi głosami oddać wachlarz emocji towarzyszący poszczególnym postaciom.

Ścieżka dźwiękowa jest kolejną ogromną zaletą Legendy Korry. Nastrojowe melodie towarzyszyły nam przez wszystkie cztery sezony. Wielkie brawa dla Jeremiego Zuckermana – bez muzyki, którą skomponował, ciężko byłoby mówić o charakterystycznym klimacie.

Brawa należą się również studiu Mir odpowiedzialnemu za animację wszystkich odcinków poza odcinkami 1 – 6 oraz 9 z serii drugiej, którymi zajęło się studio Pierrot. Bolesna różnica między jednym i drugim studiem widoczna jest gołym okiem. Najlepiej w ogóle nie pamiętać, że studio Pierrot miało jakikolwiek związek z Korrą. Wykonanej przez ich pracy nie można pochwalić, kreska jest brzydka i niedbała. Za to studio Mir prezentuje najwyższy poziom i pozostaje nam tylko być wdzięcznymi za to, że to ono ostatecznie zajęło się animacją większości odcinków.

A teraz o finale.

Finał Legendy Korry przekonuje nas przede wszystkim o potędze współpracy. Korra nie jest w stanie w pojedynkę mierzyć się z Kuvirą, jej armią i śmiercionośną bronią. Dopiero wspólne działanie bohaterów sprawia, że dobra strona zaczyna odnosić sukcesy. Każdy wykorzystuje swoje talenty w najlepszy możliwy sposób. Sceny walki z mechanicznym olbrzymem idealnie eksponuję progres, który poczyniły poszczególne postacie. Meelo używa swego sprytu, Bolin magii lawy, a Asami i Varrick zdolności technicznych.

Kiedy rodzina Beifongów pojawiła się w serialu, odebrała rodzinie Tenzina palmę pierwszeństwa. O ile w pierwszej i drugiej serii mieliśmy do czynienia głównie z perypetiami dzieci oraz wnuków Aanga i Katary, o tyle później rolę tę przejęły dzieci i wnuki Toph z rodzeństwem Lin i Suyin na czele. Jak niemal każda rodzina w Avatarze, także i ta przeżyła wiele trudnych chwil. Na końcu jednak nastąpiło pojednanie. Baatar Junior, syn marnotrawny, powrócił na łono rodziny po tym, jak Kuvira wystrzeliła w niego swą bronią. Czekałam na jego późniejszą konfrontację z narzeczoną, jednak niestety nie przyszło nam jej oglądać.

Varrick i Zhu Li w przeciwieństwie do Baatara i Kuviry skończyli na ślubnym kobiercu. Genialny, ekscentryczny wynalazca i jego niezawodna asystentka stworzyli niebanalny duet z chwytliwym powiedzonkiem Do the thing!, które szybko stało się ich znakiem rozpoznawczym. Cicha i perfekcyjna Zhu Li nabrała kolorów i charakteru w Księdze Czwartej, symulując poparcie dla Kuviry w celu uratowania Varricka. Dramatyczne przeżycia pomogły obojgu odkryć prawdziwą naturę uczuć, którymi się darzyli. Czasami miłość pojawia się między najdziwniejszymi ludźmi i w najdziwniejszych sytuacjach. Varrick i Zhu Li są tego najlepszym przykładem. Jest to chyba jedyna para, której niemal każdy kibicował. Miło było odetchnąć z ulgą, kiedy Varrick wreszcie przestał zmieniać temat i uklęknął przed swą wybranką, co do joty spełniając jej wyobrażenia o idealnych oświadczynach.

Czym byłby wielki finał bez niespodziewanych powrotów, odkupienia, poświęcenia i dramatycznej śmierci? Zastanawiałam się, na kogo padnie, i nie zdziwiłam się wiele, kiedy ujrzałam wychudzonego i osiwiałego po długim pobycie w więzieniu Hiroshiego Sato, ojca Asami. Kiedy tylko pojawił się na ekranie, wiedziałam, że zginie. Bryke nie posunąłby się do uśmiercenia któregoś z bardziej znaczących i młodszych bohaterów. Niby powinniśmy się cieszyć. Hiroshi odkupił swoje winy i zginął bohaterską śmiercią, zmiażdżony przez mechanicznego olbrzyma, jednak jego śmierć była wyjątkowo perfidna. Zawsze przejmowały mnie losy Asami i jej stosunków z ojcem. W ostatnim sezonie postanowiła mu wybaczyć. Pracowali ramię w ramię, konstruując maszynę mogącą stanąć do walki z Kuvirą. Zaraz po odzyskaniu ojca Asami straciła go ponownie, tym razem na zawsze.

Cichym (a właściwie to całkiem głośnym, rozśpiewanym i roztańczonym) bohaterem zarówno finału, jak i całej księgi jest Wu, ekscentryczny i pozbawiony faktycznej władzy następca tronu Królestwa Ziemi. Nie udawajcie, że nie podobały wam się jego popisy wokalne! Mnie spodobały się bardzo. Chłopak trochę poćwiczy i wyląduje na avatarowym odpowiedniku Broadwaya. Co ważniejsze, jego błazenada pomogła bezpiecznie ewakuować strwożonych mieszkańców atakowanego Miasta Republiki. Kiedy zobaczyłam Wu na grzbiecie kretoborsuka, nie mogłam nie skojarzyć tego z nieporównywalnie bardziej dramatyczną ucieczką Renny i Morena w mojej Legendzie Senny. Myślałam, że mam monopol na umieszczanie członków rodziny królewskiej na kretoborsukach, ale Bryke nie po raz pierwszy wyprowadził mnie z błędu. Chyba naprawdę powinnam zacząć wierzyć, że twórcy Avatara odwiedzają mojego bloga ;)

Praca zespołowa, o której wcześniej wspominałam, sprawiła, że sama Korra stała nieco z boku. Jednak nie na długo – wszak to wielki finał i najważniejsza, najbardziej dramatyczna bitwa musiała przypaść Avatarowi. Wielu wróżyło jej pojedynek z Kuvirą. I tak też się stało.

Dzięki poświęceniu Hiroshiego naszym bohaterom udało się wedrzeć do wnętrza mechanicznego olbrzyma dowodzonego przez Kuvirę. Lin i Su niszczyły maszynę od środka, a Bolin i Mako dotarli do samego serca mechanizmu napędzanego przez spirytualną energię.  Wbrew temu, co wcześniej sądziłam, w tym momencie naprawdę zaczęłam się bać, że Mako zginie. Jego postać nie wyszła Bryke’owi tak, jak planowali. Fani Avatara go nie pokochali. Wręcz przeciwnie – spotkał się z falami nienawiści i złośliwości, głównie z powodu jego lawirowania między Korrą i Asami w pierwszej serii. Jedynym sposobem na zdobycie przez tę postać sympatii ogółu było tylko poświęcenie jej. Mako pożegnał się z bratem i został sam na sam z potężnym sercem mechanizmu. Kiedy kierował w nie błyskawicą, nie dało się nie myśleć o Zuko, którego podobny cios omal nie zabił. Mako również oberwał. Na szczęście przeżył. Mówię na szczęście, ponieważ bez względu na to, jak Mako irytował mnie w przeszłości, to koniec końców go polubiłam. Stał się porządnym, dojrzałym facetem. Nieco chłodnym i szorstkim w obejściu, ale o dobrym, wrażliwym sercu. Jego śmierć, gdyby do niej doszło, wstrząsnęłaby mną najbardziej.

Korze przypadł finałowy pojedynek z Kuvirą. Dyktatorka była już mocno wytrącona z równowagi. Nogi jej kolosa uginały się, a armia mechanicznych żołnierzy padła z powodu braku zasilania. Jedynym, co podsycało jej ducha walki, była niebezpieczna mieszanka determinacji z desperacją. Niezwykłe zdolności tkania magii metalu długo pozwoliły jej opierać się Avatarowi. W końcu Korra wygrała… a przynajmniej tak jej się wydawało. Kuvira wzgardziła jej litością. Uciekła do części miasta oplecionej pnączami duchów. Wymykała się Avatarowi, aż w końcu zwabiła ją w pobliże oderwanego ramienia mechanicznego olbrzyma, wciąż wyposażonego w śmiercionośne działo. W akcie desperacji, już z lekkim obłędem w oczach, wystrzeliła w Korrę.

W momencie, w którym straciła panowanie nad bronią, ja straciłam panowanie nad sobą. Nie mogłam patrzeć na to, jak wściekle różowy strumień spirytualnej energii pogrąża Miasto Republiki w ruinach. Dopiero dramatyczny krzyk Kuviry uświadomił mi, że dyktatorka nie robi tego celowo. Kiedy wydawało się już, że zginie, Korra osłoniła ją własną piersią.

Ktoś z was wspominał we wcześniejszych komentarzach o bombie atomowej. Tej osobie należy się nagroda! Rzeczywiście, eksplozja, która nastąpiła, przypominała wybuch takiej bomby. Miasto Republiki zostało zmiecione z powierzchni ziemi i aż cud (czy raczej miękkie serce Bryke’a), że żadnemu z bohaterów nic się nie stało. Eksplozja nie przyniosła ze sobą jedynie zniszczenia. Miasto umarło, jednak narodził się nowy, trzeci już portal do Świata Duchów.

W dziwnym zawieszeniu między światami Korra widzi naprzeciw siebie Kuvirę, głównego wroga i lustrzane odbicie tego, co w niej niegodziwe. Dyktatorka jest zdezorientowana. Sądzi, że umarła, lecz Avatar uspokaja ją. Nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego Korra uratowała jej życie.

- Ja… chyba widzę w tobie wiele ze mnie samej.

- Nie mamy ze sobą nic wspólnego!

- Owszem, mamy. Obie jesteśmy gwałtowne i zdeterminowane, aby osiągnąć sukces… Czasami bez przemyślenia tego wcześniej.

- To się nie miało tak skończyć! Gdybyście wszyscy się po prostu poddali, nic z tego by się nie wydarzyło!

- Sama jesteś sobie winna. Igranie ze spirytualnymi pnączami, zachowywanie się jak dyktator wobec swojego ludu … Przecież musiałaś wiedzieć, że to, co robisz, nie jest słuszne!

- Próbowałam pomóc mojemu ludowi! Su odwróciła się plecami do Królestwa Ziemi, a ty odeszłaś! Musiałam coś zrobić!

- Myślę, że teraz rozumiem.

- Nic nie rozumiesz.

- Rozumiem. Su opowiadała mi, jak cię przygarnęła, kiedy byłaś młodsza. Musiało być ci ciężko jako sierota…

- Nie udawaj, że wiesz, co to za uczucie! Avatar jest uwielbiany przez miliony, a mnie moi właśni rodzice odrzucili tak, jak bym nic dla nich nie znaczyła! Jak mogłabym biernie się przypatrywać, jak to samo dzieje się z moim narodem, wtedy, kiedy potrzebował kogoś, kto by go poprowadził?

- Chciałaś stworzyć miejsce, w którym ani ty, ani twoi ludzie już nigdy nie byliby bezbronni. Może i nie jestem sierotą, ale wierz mi: wiem, co to strach. Po tym, jak mnie otruto, byłam gotowa zrobić wszystko, aby odzyskać kontrolę.

Ta rozmowa pokazuje coś, co mnie samej umknęło podczas oglądania Księgi Czwartej. Korra nie tylko dostrzega w Kuvirze samą siebie, ale rozumie, że to właśnie rozpaczliwe dążenie do odzyskania tytułowej równowagi doprowadziło i ją, i Kuvirę na skraj obłędu. Dla tak silnych i niezależnych kobiet, jak one, poczucie braku kontroli nad swoim życiem jest nie do zniesienia. Korra zmagała się z traumą i z niemożnością powrotu do pełni sił, a Kuvira odrzucona przez rodziców i zdradzona przez swoją przyszywaną matkę, Su, doprowadziła swoje dążenia do ekstremum, oddając się misji ratowania, a potem podbijania całego narodu. Przeczuwam, że gdyby jej się to udało, to na tym by się pewnie nie skończyło. Kuvira ruszyłaby na podbój reszty świata, aby już nikt nigdy nie czuł się opuszczony i pozbawiony przewodnictwa. Światłe ideały jednak i tym razem doprowadziły do katastrofy. Jest to charakterystyczna cecha wszystkich adwersarzy, z którymi musiała się zmierzyć Korra w trakcie swej wędrówki.

Ciężkie chwile twórcy osłodzili nam niepokojąco współczesnym ślubem Varricka i Zhu Li, na którym pojawił się nawet Tahno grający na puzonie (dziękuję, Bryke!) ;) Dostajemy również rozmowę Wu z Mako i Korrą, w trakcie której dowiadujemy się, że Wu postanowił skończyć z monarchią raz na zawsze i wprowadzić w Królestwie Ziemi nowy ustrój oparty na wolnej elekcji – tak, jak w Zjednoczonej Republice. Korra i Mako popierają te, można by rzec, nieuchronne zmiany.

Koniec starych czasów unaocznia się jeszcze bardziej, kiedy Korra i Mako zostają sami. No, to teraz się zacznie, pomyślałam, psychicznie przygotowana na triumfalny powrót Makorry i romantyczny pocałunek na tle rozgwieżdżonego nieba. A tu niespodzianka: para, która wydawała się być drugim Kataangiem, o dziwo nie kończy razem. Mako i Korra przebyli długą drogę, a zerwanie wyszło im na dobre. Połączyła ich głęboka przyjaźń i braterstwo w walce. A to też są piękne i cenne uczucia. Jestem więcej niż zadowolona z takiego obrotu spraw :)

Chwilę później poczułam się jeszcze bardziej zdezorientowana, ponieważ moim oczom ukazała się sceneria, którą doskonale pamiętałam z Księgi Pierwszej. Wówczas skończyło się to pocałunkiem Korry i Mako, natomiast teraz dołączył do niej… Tenzin. Dowiadujemy się, że prezydent Raiko postanowił rozbudować Miasto Republiki, a ruiny pozostawić. Gdyby to samo postanowiono po Powstaniu Warszawskim, to dziś mielibyśmy kupę kamieni i gruzu zamiast stolicy… ;) Nie można jednak nie docenić symbolicznego znaczenia portalu do Świata Duchów, dokładnie w samym sercu miasta. Aż serce rosło w piersi, kiedy patrzyłam na Tenzina i Korrę, mistrza i uczennicę, którzy mimo początkowej wzajemnej niechęci nauczyli się szacunku do siebie. Korra musiała doświadczyć na własnej skórze, czym jest cierpienie, aby nauczyć się współczucia nawet względem ludzi takich, jak Kuvira.

I’ve come to realize life is one, big, bumpy ride.

- powiedział Tenzin. Nie sposób się z nim nie zgodzić ;)

Zeswatanie Korry i Mako byłoby dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że przez dwie ostatnie serie – a zwłaszcza przez ostatnią – Bryke konsekwentnie rozwijał inną relację, a mianowicie związek Korry i Asami.  Przyglądałam się temu w milczeniu i zastanawiałam się, dokąd ta relacja zmierza. Zakończenie było piękne i symboliczne. Dwie silne, skrzywdzone przez los młode kobiety wzięły się za ręce i wyruszyły do Świata Duchów, dając początek czemuś nowemu. Ale czemu? Oglądając końcowe sceny, odnosiłam wrażenie, że lada chwila się pocałują. Co prawda do tego nie doszło, ale było blisko! I tak oto zakończyłam oglądać finałowy odcinek z poczuciem wzruszenia, ale i zdezorientowania. Początkowo miałam zamiar napisać, że Bryke bardzo wygodnie wybrnął z niezręczności zakończenia jego dwuznacznością. Każdy mógł interpretować je tak, jak chciał. Korra i Asami jako przyjaciółki – owszem, czemu nie? Kobiety nieraz trzymają się za ręce i nie ma w tym żadnych podtekstów. Byłaby to jednak chyba zbyt płytka interpretacja, biorąc pod uwagę ewolucję obu postaci. Korra i Asami jako para – to wydaje się być bliższe intencjom Bryke’a. Jak jednak pogodzić tak postępowe zakończenie z zasadami panującymi w kreskówkach przeznaczanych dla dzieci i młodzieży? Przecież stwierdzenie, że Korra i Asami są lesbijkami, nijak nie przeszłoby w telewizji. Bryke zrobił wszystko, co było w ich mocy, dając niezbędne wskazówki i dwuznaczne zakończenie. I pewnie na tym dyskusja by się zakończyła, gdyby nie oświadczenia, które twórcy Avatara zamieścili na swoich oficjalnych blogach. Bliżej przyjrzałam się temu tematowi w tej notce. Podsumowując: tak, dobrze mi się wydawało. Korra i Asami jednak są lesbijkami (czy raczej są biseksualne, biorąc pod uwagę ich wcześniejsze związki z Mako). Otwarte stwierdzenie tego faktu w kreskówce nie było możliwe, jednak w wirtualnej przestrzeni wszystko przejdzie. Co to oznacza dla historii mediów, starałam się przybliżyć we wspomnianej wcześniej notce. Zastanówmy się jednak, co to oznacza dla samej Legendy Korry? Romans Korry i Asami nie był planowany od początku, co widać we wcześniejszych sezonach, w których obie dziewczyny rywalizowały o Mako. Ich końcowe złożenie broni i zainteresowanie się sobą nawzajem świadczy o definitywnym zostawieniu przeszłości za sobą. Połączyły ich wspólne przeżycia, miłosne zawody i dojrzałość. Jest coś pięknego w fakcie, że tak różne od siebie dziewczyny – jedna wychowana na prowincjonalnym biegunie, zaś druga w wielkim, nowoczesnym mieście – stały się sobie bliskie. Świadczy to również o głębokości zmian, które zaszły w świecie Avatara. To już nie jest Legenda Aanga. To jest Legenda Korry, opowieść o dorastającej, młodej kobiecie, która z obdarzonej gorącym temperamentem nastolatki zmieniła się we współczującą, mądrą mistrzynię czterech żywiołów. Życie nauczyło ją, że zło przyjmuje różne oblicza i że niekiedy za tym złem stoją dobre, szlachetne intencje. Jest to także historia o tym, że aby pójść naprzód i zmienić swoje życie na lepsze, trzeba wpierw pogodzić się z niejednokrotnie trudną i niełatwą do zaakceptowania przeszłością.

Mimo iż zakończenie uznać można za udane, to jednak czuć niedosyt. Jest to w głównej mierze spowodowane mnogością postaci. Nie sposób skupić się na każdej z osobna i poświęcić choćby minuty, aby pokazać jej losy. I tak na przykład nie wiemy, czy Baatar i Kuvira w końcu się pobrali, ani jak się potoczyły losy Iroh, Bumiego czy Kyi. Nie wiemy, kto jest matką Izumi i żoną Zuko. Nie wiemy, kto jest ojcem Suyin. Nie doczekaliśmy się też spotkania Zuko i Katary, a przecież byłoby to pięknym ukłonem w stronę fanów. Gdyby dorzucić jeszcze Toph…! I niby są to techniczne sprawy, ale dla tych, którzy są z Avatarem od samego początku, mają kluczowe znaczenie. Czyżbyśmy mieli odkrywać te tajemnice w komiksach? Ciężko jest uznawać je kanon, ale teraz tylko one nam pozostały.

Legenda Korry poszła z duchem czasów i tak oto otrzymaliśmy historię tak inną od Legendy Aanga. I tak piękną, co tu dużo mówić. Inną, lecz piękną. A może po prostu wzruszył mnie fakt, że to już Koniec? Koniec przez duże K.

- tak podsumowałam finał zaraz po jego obejrzeniu na moim facebookowym profilu i tak podsumuję też moją recenzję. Ciężko uwierzyć, że to już koniec! To, czego mi potrzeba, to maraton Legendy Korry, wszystkie odcinki od samego początku. Może wtedy spojrzę na nią inaczej i dostrzegę nowe szczegóły?

Komentowanie każdego odcinka  i dzielenie się z wami wrażeniami sprawiało mi wielką przyjemność :) Polecam zapoznanie się z komentarzami pod tą notką, w których znajdziecie wiele interesujących opinii odnośnie finału.  Życzę wam także Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! A jeśli dopadnie was chandra, to pamiętajcie: zawsze możecie urządzić sobie maraton Avatara albo poczytać któreś z moich opowiadań. I skomentować, żeby podzielić się wrażeniami z innymi czytelnikami tego bloga :)

Odcinek 11 – Kuvira’s Gambit

Na początku zwrócę uwagę na drobnostkę, która mi wcześniej umknęła. Zauważyliście, że wszyscy żołnierze Kuviry noszą taką samą fryzurę? Co za oddanie i unifikacja. Utożsamianie się ze wszystkim, co robi dyktatorka, i manifestowanie tego faktu nawet noszeniem określonej fryzury. Czyste szaleństwo! Ale Kuvirze nie można przecież odmówić charyzmy. A także ambicji i zaślepienia wizją wielkiego Imperium Ziemi. Kuvirze nie wystarczyło zjednoczenie ziem dawnego Królestwa Ziemi. Postanowiła nie poprzestawać na tym i przyłączyć do swego imperium tereny, które uznać można za wisienkę na torcie: Miasto Republiki.

W równie dobrym kierunku zmierza jej związek z Baatarem, synem Su, który jest w Kuvirze bez pamięci zakochany – co zresztą sam jej wyznał. Jego uczucia są odwzajemniane.

Kiedy już odniesiemy zwycięstwo, wreszcie będziemy mogli się pobrać i wspólnie rządzić naszym imperium.

Naszym imperium? No nieźle. Młodzi, piękni, inteligentni, charyzmatyczni i niebezpieczni. Kto by nie chciał widzieć takiej pary na czele imperium? Nie dziwię się, czemu tyle narodu za nimi poszło. Takie historie inspirują, a za podobnymi ludźmi chce się podążać. Doskonale wiedział o tym Yun w Legendzie Senny, ogłaszając, że po wielkim zwycięstwie nad Jian Hong pojmie Valje za żonę i zostanie Władcą Ognia. Miał zwolenników? Miał, a przecież mordowanie niewinnych było na porządku dziennym. Widać ludzie lubią przymykać oczy na takie drobnostki.

Podoba mi się to, że Bryke pokazuje wrażliwszą stronę czarnych charakterów. Zaheer kochał P’Li, a Kuvira kocha Baatara Juniora. Są to jednak bardzo specyficzne relacje. Nie można odmówić im zażyłości, ale nie można także nazwać ich zdrowymi. P’Li służyła Zaheerowi tak, jak Baatar służy Kuvirze. Obydwoje są, jakby nie patrzeć, przydatnymi narzędziami dla swych panów.

Atmosfera w Mieście Republiki gęstnieje. Ewakuacja idzie mozolnie, a tymczasem do miasta wraca Su i reszta uwolnionej z Zaofu rodziny Beifongów. Korra i inni dowiadują się o planowanym przez Kuvirę rychłym ataku i przyspieszają ewakuację miasta.

Wreszcie nadchodzi też moment ponownego spotkania Zhu Li z Varrickiem. Nie ukrywam, ze strasznie na to czekałam :) Varrick niestety zachował się jak… Cóż, jak Varrick. Zhu Li odkrywa przed nim swoją duszę, swoje najskrytsze uczucia, przeprasza, uśmiecha się…

- Każdego dnia żyłam nadzieją na to, że znów cię zobaczę i wyznam ci prawdę. Varricku… jesteś dla mnie całym światem. I przepraszam, jeżeli w jakikolwiek sposób cię uraziłam.

- Nie bądź dla siebie zbyt surowa…

Dłoń Varricka zbliża się do policzka Zhu Li, jego głos łagodnieje, oczy dziewczyny rozświetla nadzieja… A Varrick wszystko psuje, oznajmiając radośnie, że przyjmuje przeprosiny, i że oczekuje, że jego asystentka szybko wróci do swych dawnych obowiązków. Na szczęście Zhu Li zabrnęła za daleko ze szczerymi wyznaniami, by to przemilczeć. Buntuje się i wykrzykuje Varrickowi, że nie będzie więcej jego służącą. Jeżeli chce z nią pracować, to musi traktować ją jak równą sobie. Zuch dziewczyna!

Wróćmy do ewakuacji. Mako ewidentnie nie radzi sobie z zadaniem. Jego radiowe komunikaty wzbudzają panikę mieszkańców. Na szczęście z pomocą przychodzi niezastąpiony Wu. Opowiada wystraszonym ludziom historyjkę o przezwyciężeniu strachu i chodzeniu do łazienki. I co? To działa. Telefony przestają wydzwaniać, a mieszkańcy spokojnie zaczynają opuszczać zagrożone miasto. A wśród nich kto? TAHNO! Nie, to nie żarty. Aż musiałam zastopować odcinek, bo byłam przekonana, że te bodaj dwie sekundy były jakimś złudzeniem. Ale nie – rzeczywiście, widzimy Tahno razem z jego starą ekipą, wżerającego makaron w swojej ulubionej knajpie. Minęło tyle lat, ale niektóre rzeczy się nie zmieniły :) Zwątpiłam już, że kiedykolwiek go jeszcze ujrzymy. Bardzo to miły gest ze strony Bryke’a. Nie dali Tahno większej roli – nie taki był ich plan – ale zrobili ukłon w stronę jego licznych fanów. I to się chwali!

Wkrótce miasto pustoszeje. Kuvira przybywa wcześniej, świadoma tego, że Zhu Li zdradziła Korze jej poprzedni plan. The Krew udaje się na zwiady i w końcu Bolin wypatruje coś, co wszystkich napełnia strachem: ogromną, humanoidalną maszynę z metalu. Śmiercionośną broń Kuviry. Co ciekawe, nikt – nawet Bolin – nie wiedział, że dyktatorka buduje coś takiego. Ciekawe. To gdzie ona niby upchała tak wielką maszynę? Bardzo mnie to zastanawia.

Nie mija wiele czasu, a Kuvira wraz z wojskiem staje u bram miasta. Tam czeka już na nią w pełni gotowa armia złożona z przedstawicieli wszystkich Zjednoczonych Narodów. Wśród nich znajduje się także flota Narodu Ognia z generałem Iroh na czele. Miło było go znów zobaczyć! Niestety, to właśnie jego flota pada pod wpływem pierwszego, demonstracyjnego ostrzału Kuviry. Prezydent Raiko jest przerażony. Zdaje sobie sprawę, że z tym – z Kuvirą, jej wojskiem i spirytualną bronią – nie da się walczyć.

Wydaje się, że jedynym sposobem na powstrzymanie dyktatorki jest powstrzymanie metalowego giganta. Pomysł niezły, ale jak się do niego zabrano? Cóż… niespecjalnie, delikatnie mówiąc. Korra i pozostali postanowili porwać Baatara Juniora, jedyną według nich osobę, która jest w stanie rozbroić broń. Porwanie narzeczonego Kuviry nie nastręcza im większych trudności. Dopiero potem, na przesłuchaniu, zaczynają się schody. Korra otwarcie stawia sprawę. Albo powiesz nam, jak rozbroić giganta, albo… – no właśnie: co? Korra wchodzi na moment w stan Avatara, aby zastraszyć Baatara, jednak pokaz siły nie robi na nim wrażenia. Nie dlatego, że nie wierzy w potęgę Avatara, lecz dlatego, że wie, iż dziewczyna go nie skrzywdzi.

Potrafię rozpoznać groźbę bez pokrycia.

A gdzie się tego nauczyłeś, Baatar? :) Intuicja? A może szkoła twojej narzeczonej?

Wtedy też do akcji wkracza Suyin. Z pewnością czuła, że to jej ostatnia szansa jako matki na przemówienie synowi do rozsądku. Scena jest piękna i wzruszająca, ale nie dla samego zainteresowanego, który nie daje się zwieść.

Teraz to Kuvira jest moją rodziną.

O dziwo, Korra nagle wpada na iście diabelski pomysł. Grozi Baatarowi, że jeżeli nie zgodzi się z nimi współpracować, to nie skrzywdzi go fizycznie, lecz psychicznie. Mówi, że postara się, aby już nigdy więcej nie zobaczył Kuviry. Proponuje następujący układ: Baatar przekonuje Kuvirę, żeby zaprzestali ataku na Miasto Republiki, a Zjednoczona Republika pozostanie niezależna. W zamian Kuvira będzie mogła zatrzymać resztę imperium. Duże ustępstwo, ale to tylko pokazuje, jak bardzo zdesperowana i bezradna jest Korra.

Kuvira wkrótce dowiaduje się, że Baatar został porwany. Nawiązuje z nim połączenie, jednocześnie nakazując swoim ludziom wyśledzić sygnał radiowy i miejsce, z którego pochodzi. Baatar przedstawia Kuvirze ultimatum, jakie postawiła mu Avatar, i prosi, żeby się wycofała. Naiwnie wierzy, że nic nie jest warte poświęcenia ich miłości. Kuvira miała jednak odmienne zdanie. Oczywiście na głos powiedziała coś innego. Zapewniła, że kocha Baatara – i naprawdę mówiła to szczerze! – i zgodziła się na żądania Korry. Tymczasem sygnał został już namierzony, a broń wycelowana prosto w kryjówkę najważniejszych ludzi z Miasta Republiki. I nie miało już znaczenia, że wśród nich jest Baatar – Kuvira wystrzeliła, tym samym pokazując, co jest dla niej ważniejsze: związek z Baatarem czy Imperium Ziemi.

Końcówka wyglądała strasznie i naprawdę uwierzyłam, że ktoś zginie. Jak dowiadujemy się jednak ze zwiastuna finałowych odcinków, aż tak źle się nie skończyło. Coś czuję jednak, ze to jeszcze nie koniec. Finał już za tydzień. A potem co? Koniec. Czy to nie dziwne? Koniec Korry, koniec nowych odcinków Avatara… Nie mam pojęcia, czego się spodziewać. Epickiej bitwy? Korry schodzącej się z Mako? Jak na razie nic na to nie wskazuje i już samo to byłoby dla mnie zaskakujące.

Pozostaje więc tylko czekać.

P.S. Licznik komentarzy na tym blogu przekroczył już ponad cztery tysiące! Jesteście niesamowici :) Za wszystkie komentarze ogromnie dziękuję. Zawsze je czytam i w miarę możliwości odpowiadam, także komentujecie na zdrowie i niczego się nie bójcie!