Rozdział 18 – Świt

ROZDZIAŁ 18
ŚWIT

Daso wydawała rozkazy demonom ognia, każąc zniszczyć im wszystko, co stanęło im na drodze. Niestety, ich przewaga gdzieś stopniała. Było ich coraz mniej. Coraz większa rzesza ulegała rebeliantom i żołnierzom Narodu Ognia…
Starała się jak mogła, wykorzystując całą wiedzę zdobytą od Wojowników Słońca. Tkała z ognia różne stwory – smoki, węże i sokoły, uderzała piorunami… Wtem ktoś zagrodził jej drogę.
- Daso.
- Avatar.
Słowa nie były potrzebne. Skoczyli ku sobie, wymieniając się ciosami. Silny podmuch wiatru odepchnął kobietę, ta jednak podniosła się szybko i zrewanżowała się piorunem. Błyskawica rozświetliła niebo, gdy Aang ją przekierował. Zrobił to z trudem, a Daso wykorzystała ten czas, by wystrzelić kulami ognia. Ogniste bicze smagały Aanga, kiedy podnosił głazy z ziemi i ciskał nimi w stronę Daso. Na jego rękach pojawiły się wodne rękawy. którym udało się na moment ugasić płomienie.
Daso szybko utkała kolejne płomienie. Już miała nimi cisnąć w stronę Avatara, gdy nagle ujrzała nadlatującego smoka.
- Ciemność! – ucieszyła się.
Jednak Kenaia nie było na jego grzbiecie. Był pusty, a smok ryczał przeraźliwie, szybko machając skrzydłami.
Aang tez się zatrzymał, zdumiony.
Daso zrozumiała.
Kenai. Cos mu się stało.
Jej wzrok padł na gotowego do dalszego pojedynku Avatara, a potem przeniósł się na coraz mniej liczne demony ognia zaściełające niebo i ziemię.
Spojrzała na pałac.
Na symbol umierającej monarchii…
Nie wahała się już dłużej. Wskoczyła na grzbiet smoka i pozwoliła mu się ponieść, nie zważając na zdumienie Aanga.
Na płonące królestwo, które zostawiała za sobą…
Dym drażnił jej nozdrza. Pospieszyła smoka, czując, że serce bije jej tak mocno, jak nigdy. Paradoksalnie dopiero w tej strasznej chwili zdała sobie sprawę z tego, co to znaczy żyć.
- Proszę, żyj – wyszeptała. Głos jej się załamał. – Na Agni… Kenai, musisz jeszcze żyć!
Ciemność doleciał na Półksiężycową Wyspę tak szybko, jakby popędzała go sama Agni. Wzrok Daso padł na zgliszcza, jakie pozostały po bazie dowódców rebelii, i na zakrzepłą lawę na zboczach wulkanu. Domyśliła się, że musiał nastąpić wybuch.
Czarny smok wylądował na skalnym ustępie dryfującym po lawie, która jeszcze nie zakrzepła. Leżał na nim człowiek.
- Kenai! – krzyknęła Daso, pochylając się nad chłopakiem. Odwróciła go na drugi bok i wtedy…
Zaniemówiła, odsuwając się odruchowo.
Cała twarz Kenaia była poparzona. Gdyby nie wiedziała, że to on, nigdy nie rozpoznałaby w nim nie tylko Władcy Ognia, ale człowieka w ogóle.
Zaciskając zęby, nachyliła się nad nim.
Oddychał.
Ostrożnie przerzuciła go na grzbiet Ciemności, po czym sama wskoczyła na smoka i rozkazała mu podlecieć do jednej z maszyn latających należących do buntowników. Znalazła taką, która jeszcze nie spłonęła, i przeniosła do niej Kenaia.
- Leć za nami. Gdybym miała go przewozić na twoim grzbiecie, mógłby spaść. To by było zbyt niebezpieczne.
Ciemność fuknął groźnie, ale nie zaprotestował.
Daso usiadła za sterem i wzbiła się w górę. W sama porę, gdyż kawałek skały, na którym stała maszyna, właśnie potoczył się w dół i został pochłonięty przez lawę.
Starała się zachować zimną krew. Powstrzymać drżenie rąk. W głowie miała tylko jedną myśl.
On musi przeżyć.
Poczuła, że jej policzki zrobiły się mokre.
To nie mogły być łzy. Daso nigdy nie płakała.

Był już ranek, kiedy Hinniemu udało się dotrzeć do stolicy Narodu Ognia. Blady świt rozjaśnił puste pole bitwy. Wszystko pokrywał czarny popiół, a ci, którzy przeżyli, kładli ciała poległych na noszach. Nie było już różnic między antymonarchistami i tymi, którzy walczyli w obronie królewskiej dynastii.
Już po chwili Sorela leżała w miękkim łóżku w jednej z pałacowych komnat. Hinni klęczał przy niej, trzymając ją za rękę i obmywając czoło mokrą szmatką, a Renna odbierała poród.
- To dziewczynka – powiedziała zmęczonym głosem. Podała zawiniątko Hinniemu, a sama powróciła do uzdrawiania Soreli.
- Masz córeczkę – powiedział Hinni, mocniej ujmując Sorelę za rękę. – Jest śliczna. Tylko popatrz! Proszę, Sorela. Spójrz…
- Zabiliśmy go – wychrypiała, znowu zanosząc się łzami. Balansowała na krawędzi jawy i snu. Była wyczerpana, fizycznie i psychicznie. – On nie zmienił się do końca. Kiedyś… Kiedyś będzie znowu… dobry…
- Sorela, nie nadwerężaj się. Nie mów nic. Trzymaj się, proszę – wyszeptał.
- Kenai. Gdzie jest Kenai?! Muszę go zobaczyć. Przyprowadźcie go…
- Czy nie możesz czegoś z tym zrobić?! – ponaglił Rennę Hinni.
- Staram się! – wykrzyczała, nie przerywając uzdrawiania. – Ale ona jest taka słaba… Ja…
Nie dokończyła, mdlejąc z wysiłku. Na szczęście w porę Meiji złapał ją w ramiona.
- Jak śmiałeś na nią krzyczeć?! Zrobiła wszystko, co w jej mocy! – skrzyczał go Król Ziemi, sam ciężko ranny.
Hinni nachylił się nad Sorelą.
- Hinni? – wyszeptała dziewczyna. – Dobrze, że jesteś. Nigdy o tobie nie zapomnę. Przysięgam…
- Nie mów tak! – załkał. – Urodziłaś dziecko! Będziesz żyć!
- Dam jej na imię Valje. Świt, bo przyszła na świat o świcie… Moje zapiski… W szufladzie, w mojej komnacie… Trzeba przekazać jej dziewczynie, która będzie miała iskrę magii ducha. Moi rodzice… Kenai… Gdzie jest Kenai…
Dziecko zapłakało, a Sorela wydała ostatnie tchnienie.
Aang wziął maluszka z rąk Króla Biegunów odsunął się, pozwalając Hinniemu na wybuch niekontrolowanej rozpaczy. Chłopak łkał jak małe dziecko, pochylony nad ciałem Soreli. Potrząsał jej dłonią, całował i szeptał, aby wstała. Aby nie zostawiała jego i dziecka. Że wszystko będzie dobrze… Niech tylko wstanie, niech tylko otworzy oczy…
Nie wiedział, kiedy zrozumiał, że to już koniec. Musiało minąć sporo czasu. Renna zdążyła już się ocknąć, a słońce schować za widnokręgiem.
- Antymonarchiści złożyli broń. Zawarli z nami rozejm, ponieważ pomogliśmy im w walce z demonami ognia – oznajmił Aang. Na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech. – Nie ma już co dłużej zwlekać z założeniem Zjednoczonej Republiki. Wojna się skończyła.
- Nawet nie wiedziałem, że w Królestwie Ziemi też planowano mnie obalić – rzekł Meiji. – Na szczęście skończyło się na deklaracjach… Ale fakt faktem, że pod Ba Sing Se powstała fabryka, z której dostarczano broń rebeliantom z Narodu Ognia. I to wszystko pod moim nosem! To chyba rzeczywiście zmierzch ery monarchii. Czas na zmiany.
- Będziemy musieli urządzić pogrzeb i spalić jej ciało – rzekła cicho Renna.
- Nie – sprzeciwił się nagle Aang. – Jej ciało musi powrócić na Nowy Galean w nienaruszonym stanie. Tam zostanie zakopane w ziemi i pochowane.
Nikt nie zapytał, skąd Avatar wie o takim dziwnym zwyczaju. On po prostu zawsze wiedział takie rzeczy.
- A co z dzieckiem? – spytał nieśmiało Meiji.
- Nie może zostać na Nowym Galeanie – powiedział cicho Hinni. Wziął małą Valje w swe ramiona. – Ja się nią zajmę.
- Jesteś dobrym człowiekiem, Hinni – rzekła łagodnie Renna, kładąc mu dłoń na ramieniu.

Szamani Wojowników Słońca pochylali się nad zwijającym się z bólu Kenaiem. Odzyskał już przytomność.
- Te okłady nic nie dają – powiedziała Daso. – Gdyby mógł go uzdrowić któryś z magów wody…
- Przecież wiesz, że to niemożliwe – odparł chłodno wódz. – Ale Kenai i tak będzie żył.
W starożytnej świątyni Wojowników Słońca na pozór nic się nie zmieniło. Czarny smok spoczywał na ziemi, ogrzewając swe błyszczące łuski, a wieczny ogień płonął nieprzerwanie.
- Przywiązanie do tego chłopca cię zgubiło, Daso – kontynuował wódz. – Zgubiło ciebie i monarchię. Przegraliśmy, bo dałaś się ponieść uczuciom i opuściłaś pole bitwy, aby go ratować. Tak nie robi Wojowniczka Słońca! Powinnaś zostać i walczyć do ostatniej kropli krwi! A poświęcenie Władcy Ognia nie byłoby zapomniane! Nie musiałby żyć z… z… – przerwał, nie wiedząc, jak nazwać obrażenia Kenaia.
Kobieta zacisnęła pięści, ugniatając spódnice na kolanach. Wiedziała, że postąpiła nieodpowiednio. Wódz miał rację. Powinna pozwolić Kenaiowi umrzeć. Wszak to właśnie było jego przeznaczeniem. Od początku był skazany na śmierć. To Wojownicy Słońca mieli przejąć władzę i utrzymać monarchię. Kenai był jedynie narzędziem, którego należało się pozbyć, kiedy tylko stanie się niezdatny do użytku…
Ale Daso nie mogła tego zrobić. I chciało jej się wyć, bo nie mogła sobie nawet pozwolić na to, by zadrżała jej powieka. Stała, na pozór całkiem obojętnie przyglądając się mękom poparzonego Władcy Ognia.
- Monarchia już nigdy się nie odrodzi. Zawiodłaś, Daso. Zawiodłaś nas wszystkich.
Wódz odszedł. Kobieta została sam na sam z Kenaiem, który jakoś zdołał się podnieść. Pomogła mu się ubrać i zarzucić płaszcz na ramiona. Podała mu maskę z wyrytymi na niej symbolami i pomogła mu ją włożyć.
Kenai dotknął ostrożnie powierzchni maski. Zdawał sobie sprawę z tego, jak wygląda.
Nie był już człowiekiem.
Był wrakiem człowieka.
- Wódz miał rację. Powinnaś pozwolić mi umrzeć – wyszeptał ochrypłym głosem. – Powinnaś uratować monarchię.
- Wiem. Ale nie mogłam – odparła. Ujęła jego maskę w dłonie i spojrzała na niego z uczuciem. Przez gardło nawet nie przeszły jej słowa, o których pomyślała.
- A Sorela? Co z nią? – spytał Kenai nagle.
Ostatnim, co zapamiętał Kenai, była Sorela stająca miedzy nim a Hinnim, na chwilę przed tym, jak zamierzał się go pozbyć.
- Obawiam się, że ją zabiłeś – odrzekła Daso. Tak naprawdę wcale nie była tego pewna… Ale tak było prościej.
Kenai zaczął ciężko oddychać. Zacisnął pieści i krzyknął z rozpaczą.
- Kiedyś się zemścimy, Kenai – uspokoiła go Daso. – Monarchii już nie da się uratować, ale znajdziemy inny sposób na walkę z tymi, którzy pragnęli utworzyć Zjednoczona Republikę. Obiecuję ci to.
Objęła go ostrożnie, uważając, by nie urazić jego oparzeń. Kenai po chwili wahania też ją objął, szorstką dłonią gładząc jej czarne włosy.
- Zemścimy się – powtórzył, patrząc w jej ciemniejsze od najciemniejszej nocy oczy. – Ty mnie kochasz, Daso. Kochasz obalonego Władcę Ognia, oszpeconego mordercę w masce, którą będzie musiał nosić aż do kresu swych dni.
Słowa zawisły w powietrzu. Daso nic nie powiedziała. Nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła, dokładnie tak, jakby znowu byli w pałacu i prowadzili miedzy sobą grę.
- Jeszcze nie jest za późno na to, abyśmy stali się nieśmiertelni. Wieczny ogień wciąż płonie – rzekła tylko, pozwalając sobie utonąć w jego objęciach.

Cały Nowy Galean płakał, gdy spuszczano ciało ich jedynej Aeiti Ajaa do ziemi, na szczycie wzgórza znajdującego się za świątynią Nomadów Powietrza. Galeańczycy stali nad grobem. Każdy z nich wrzucał garść piasku do dołu, w którym spoczęła Sorela. Jedni pamiętali ją jeszcze ze szkolnych lat, kiedy jeszcze nie była Aeiti. Inni wspominali o jej mądrości, jeszcze inni o jej odwadze. Spoglądali jednak krzywo na Hinniego. Nikt nie powiedział tego głośno, ale to właśnie jego Galeańczycy obarczyli odpowiedzialnością za śmierć Soreli.
Król Biegunów po uroczystościach pogrzebowych udał się do świątyni. Otworzył szufladę, o której w przedśmiertnych majakach mówiła Sorela, i wyjął z niej oprawiony w skórę notes. Pełno w nim było zapisków dotyczących magii ducha, wędrowania po świecie snów i obowiązków Aeiti Ajaa. Powinnością Aeiti Ajaa jest służyć swemu ludowi, głosił jeden z nich. Stawiać jego dobro ponad swoje. Nie myśleć o sobie, nie dać się porywom przemijających namiętności…
Ale ja nie potrafiłam tego zrobić, głosił dopisek sporządzony nie dalej jak przedwczoraj. Atrament jeszcze dobrze nie wysechł, a pismo było zakrzywione, sporządzone drżącą ręką.
I dlatego wszyscy cię tak kochaliśmy, dopisał Hinni, po czym szybko opuścił świątynię.
Wszystko przypominało mu o Soreli. Nie był już w stanie dłużej tu przebywać…
Rodzice Soreli czekali na lądowisku, trzymając w rękach zawiniątko.
- Valje jest śliczna. Niczym świt, na którego cześć otrzymała imię. My… – matka Soreli otarła łzę, która spłynęła jej po policzku. – Wychowalibyśmy ją, gdybyśmy tylko mogli! Ale Valje nie może tu pozostać. Jest dzieckiem Aeiti Ajaa, dzieckiem, które nigdy nie powinno było przyjść na świat.
- Ale my ją kochamy całym sercem – zapewnił ojciec Soreli.
- Ja też ją kocham – powiedział Hinni. – Tak, jak kochałem Sorelę i Kenaia, tak będę kochał ją. Zadbam o to, by na Biegunie Południowym niczego jej nie brakowało…
- Biegun! Tam jest tak zimno!
- Przyzwyczai się. Ta mała jest silna. Płynie w niej potężna krew.
- Będziesz świetnym ojcem – rzekła matka Soreli.
Dziadkowie po raz ostatni ucałowali swą wnuczkę w czoło, a Hinni zaniósł ją do wysłużonego już Smoka 4. Wiedział, że gdyby nie Valje, nie miałby już po co żyć. Obiecał sobie, że wychowa tę małą najlepiej, jak będzie potrafił. Będzie dla niej lepszym ojcem, niż Sokka był dla niego. Nie popełni jego błędów. Nie opuści jej.
Poza tym opieka nad Valje była jedynym, co mógł uczynić dla Kenaia i Soreli. Dla ludzi , których kochał.

Nie przypuszczał nawet, jak wiele miał racji, kiedy wspomniał o potężnej krwi płynącej w żyłach kilkudniowej dziewczynki, pierworodnej córki Soreli i Kenaia, czarodziejki ducha i maga ognia, Aeiti Ajaa i Władcy Ognia.
Nie wiedział, że Valje w przyszłości zostanie matką kogoś ważnego.
Kogoś, kogo misją będzie po raz kolejny uratować świat, tylko że w innym wcieleniu.
Kogoś, kto po śmierci sędziwego już Aanga stanie się kolejnym Avatarem, mistrzem czterech żywiołów.
Matką dziewczyny, której na imię będzie Korra.

THE END 

P.S. No i koniec. Było pełno zwrotów akcji, trup ściełał się gęsto… Miałam niezłą frajdę, pisząc to opowiadanie. Szczególną przyjemność sprawiło mi wykreowanie postaci Daso. Prawdziwa femme fatale, która niespodziewanie odkrywa, że jest zdolna do uczuć. Zamiast władzy i potęgi, jaką mogłaby zdobyć, zostając na polu bitwy z demonami ognia, wybiera życie Kenaia i postanawia go uratować.
Władczyni W&A postanowiła zrobić komiks na podstawie moich tekstów. Wnioskując z maili, jakie otrzymałam, innym tez spodobał się ten pomysł :) Dlatego bardzo Was zachęcam do przesyłania swoich prac! Nie tylko komiksów, mogą to też być pojedyncze rysunki. Kto wie, być może zrobię jakiś konkurs… A jak konkurs, to i nagroda, prawda? ;)
Wasze prace wysyłajcie na adres jeancia5@wp.pl.
A co do kolejnego opowiadania… Obiecałam, że zajmę się dalszymi losami Sokki, Suki, Aanga i Toph, dlatego bądźcie cierpliwi! 

~Painted Lady

Rozdział 17 – Półksiężycowa Wyspa

Wykonałam dziś okładkę do opowiadania. Możecie zobaczyć ją tutaj: 

Zapraszam do lektury przedostatniego rozdziału!

~Painted Lady


ROZDZIAŁ 17

PÓŁKSIĘŻYCOWA WYSPA

Kenai przymrużonymi oczyma spoglądał na plujący lawą wulkan na Półksiężycowej Wyspie. Niegdyś, jak opowiadała mu Daso, oprócz krateru znajdowała się na niej wspaniała Świątynia Ognia, którą tworzyła pięciopoziomowa pagoda. Zarządzali nią Mędrcy Ognia. Starożytna świątynia wykorzystywała mechanizmy wymagające magii ognia. Avatar Roko zwykł nazywać to miejsce swym domem. To tu spędził długie lata, szkoląc się do roli Avatara. Jego niecierpliwość w żmudnej nauce sprawiła, iż pewnego razu, wchodząc w stan Avatara, zniszczył świątynię. Od tego czasu wyspa stała się bezludna, a z krateru stale wypływała lawa. Świątynię udało się odbudować, jednak została zniszczona ponownie przez kolejne wcielenie mistrza czterech żywiołów, Avatara Aanga, w obliczu zagrożenia czyhającego na niego właśnie w tej świątyni. Daso w swych historiach zawsze potępiała ten czyn. Nazywała Avatarów barbarzyńcami, którzy przyczynili się do zaniku ich kultury. Nienawidziła wszystkich, którzy mieli jakikolwiek związek ze zniszczeniami w Narodzie Ognia, a zwłaszcza tych, którzy poważyli się tknąć cos tak ważnego i cudownego, jak Świątynia Ognia. Kenai niemal słyszał jej aksamitny, przesycony jadem głos. Zniszczyli ją, zbezcześcili… I to właśnie Avatarzy, ci, którzy powinni ją chronić! W którymś z kolejnych wcieleń dosięgnie ich za to kara, mój mały. Sam zobaczysz…
Teraz jednak wyspa nie była bezludna. Na wzgórzu niedaleko krateru, tam, gdzie niegdyś stała świątynia, ktoś wybudował parodiującą ją niską, okrągłą budowlę. Kenai nie mógł znieść tego widoku. Buntownicy pragnęli całkowitego zniszczenia monarchii, co wyrażało się również przez zerwanie z lansowanymi przez dynastię wzorcami architektonicznymi. Ale ta… Budowla… Wyglądała jak spodek. Jak gliniany talerz, na którym najubożsi zwykli spożywać swe skąpe posiłki…
- Zastanawiałeś się już nad wejściem, Ciemność? – zapytał smoka, zbliżając się do lądowania. Smok wypuścił dym z nozdrzy w odpowiedzi i mocniej machnął skrzydłami. – Kule ognia, pioruny, czy może…
Do głowy wpadł mu nagle pomysł, który uznał za niebywale zabawny. Wylądował więc, naciągnął mocniej kaptur długiego, łopoczącego płaszcza na głowę i… zapukał do drzwi. Te po chwili otworzyły się.
- To ty jesteś tym nowym człowiekiem Daso, tak? – spytał już mocno posunięty w latach mężczyzna, uchylając drzwi.
- Można tak powiedzieć – odparł Kenai. Nie mógł powstrzymać uśmiechu cisnącego mu się na usta.
- Nowy szpieg w pałacu zawsze się przyda. To zaszczyt gościć cię tutaj, panie. Walka trwa… Ale dochodzą do nas sprzeczne informacje. Nasi ludzie twierdzą, że armia Narodu Ognia z Avatarem na czele opowiedziała się po ich stronie, i że wspólnie walczą z czymś, co nazywają „demonami ognia”. Brzmi niesamowicie, prawda?
- Zupełnie jak jedna z historii opowiadanych dzieciom do snu – przytaknął Kenai, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Wszyscy dowódcy rebelii zgromadzili się przy wielkim stole. Za nim stał rząd nadajników, dzięki którym komunikowali się i wydawali rozkazy na odległość.
Spojrzał na ich twarze. Nie wyróżniali się zupełnie niczym. Gdyby któregoś razu spotkał ich na ulicy, nawet nie zwróciłby na nich uwagi. Ale to właśnie ci niepozorni są najniebezpieczniejsi, przypomniał sobie słowa Daso. Gdy ktoś jest głośny i nerwowy, od razu wiesz, czego się spodziewać. Jednak nigdy nie wiesz, co tak naprawdę tkwi w kimś cichym i spokojnym. To ich się strzeż, mój mały. Ich się strzeż…
- Podobno demonom ognia przewodzi smok – rzekła jakaś kobieta. – Czarny jak noc, cały…
Przerwała, gdy smok dokładnie taki, jak w jej opisie, wpadł do sali, burząc dach swym ogonem. Dowódcy zerwali się z siedzeń, krzycząc ze strachu.
- Przywitajcie Ciemność – oznajmił Kenai, głaszcząc smoczą paszczę.
- Kim… Ty… – wychrypiał buntownik.
Kenai zdjął kaptur. Dowódcy zaniemówili, łowiąc jego złote spojrzenie.
- Lord Kenai! – wydusili.
- Zamordowaliście moich rodziców – syknął Władca Ognia. – Wybierajcie: wieczny ogień z paszczy smoka, kule ognia czy uderzenie piorunem? Polecam to ostatnie. Jest wyjątkowo widowiskowe.
Dowódcy poczęli w panice potrząsać głowami.
- To nie tak. Porozmawiajmy. Ten zamach… To Daso…
- Wszystko naraz? Cóż, jeśli taka jest wasza wola… To proszę bardzo.
Kenai nie słuchał już dłużej skomleń i błagań o litość. Uderzał idealnie wymierzonymi kulami ognia w przeciwników, którzy nawet nie próbowali się bronić. Ciemność poszedł za jego przykładem.
- Błagam, ulituj się!
- Już ostatni? – zdumiał się Kenai. Przez chwilę nie mógł uwierzyć w ton zawodu w swoim głosie… Ale kto mógł przypuszczać, że zabijanie rebeliantów będzie taka przednią rozrywką? Jak mógł podejrzewać, że spodoba mu się widok ich rozciągniętych, leżących bezwładnie ciał?
- Jesteś ostatni – rzekł spokojnie, obnażając zęby. – A więc mam dla ciebie niespodziankę.
Utkał piorun, a ruiny bazy dowódców antymonarchistów rozjarzyły się bladoniebieskim światłem. Piorun trafił mężczyznę prosto w serce. Odbił się i uderzył również w nadajniki, przerywając sygnał.
Zadowolony z siebie Kenai poklepał smoka po grzbiecie.
- Pora iść – powiedział.
Wygrzebał się z ruin, przechodząc nad ciałami zmarłych, i otrzepał płaszcz z sypiącego się wszędzie wulkanicznego pyłu. Wtem jego wzrok padł na właśnie lądującą maszynę u podnóża wulkanu. Maszynę, która wydawała się dziwnie znajoma.
- Zaczekaj tu na mnie – przykazał smokowi. Sam puścił się pędem na dół.
Ze Smoka 4 wysiadła… Sorela.
- Kenai! – krzyknęła, rzucając mu się w ramiona. Przytulił ją, mając nadzieję, że nie czuje odoru krwi tych, których ciała leżały w ruinach bazy antymonarchistów.
- Co ty tu robisz? – spytał, całując ją. – Nie powinnaś tu przylatywać.
- Ale musiałam – przerwała mu. Uczucie żarzyło się w jej oczach. – Był u mnie Hinni. On… Naopowiadał mi o tobie takich strasznych rzeczy! Mówił, że wymordowałeś tych, którzy zabili Zuko i Katarę, i że próbowałeś zabić Meijiego! Że to ty stałeś na czele armii demonów ognia…
Sorela zawiesiła głos. Teraz czekała już tylko na nieco zdziwione, uspokajające słowa Kenaia. Żartujesz, Sorela? Ja? Ja w życiu bym czegoś takiego nie zrobił! Znasz mnie przecież…
On jednak zapytał tylko:
- To Meiji jeszcze żyje?
Odsunęła się. Teraz wiedziała już, że to nie była gra świateł. Jego oczy nie były już niebieskie. Były złote i płonęły nienawiścią.
- Kenai, chodźmy stąd. Proszę.
- Niedługo to wszystko się skończy – powiedział jakimś dziwnym głosem. Głosem, którego Sorela też nie poznawała. – Dowódcy rebelii pokonani. Wrócę teraz do stolicy i pomogę Daso pokonać Avatara… Musisz mi pomóc, Sorela. Z twoją magią ducha spętamy jego wolę, tak, jak to chciały uczynić pokolenia twoich poprzedniczek z wyspy Galean! A potem zasiądziemy razem na tronie. Będziemy władać nie tylko Narodem Ognia. Wkrótce opanujemy cały świat i wybudujemy wszystko od nowa. Wszyscy będą postępować tak, jak uznamy za stosowne. Ustalimy nowe prawa. Zdrajców będzie czekała śmierć, a lojalnych nagroda. Nikt nie stanie nam na przeszkodzie. Staniemy się nieśmiertelni i będziemy panować wiecznie…
Aeiti Ajaa coraz bardziej cofała się do tyłu, cały czas potrząsając głową z niedowierzaniem.
- Hinni miał rację – wyszeptała. – Ty się zmieniłeś. Ja… Ja w ogóle cię nie poznaję! Kim ty jesteś, Kenai? Kim ty się stałeś… I co zrobiłeś?!
- Hinni. Nieustannie o nim mówisz! – warknął. – To zdrajca!
- Nie! To nasz przyjaciel! – zaprotestowała.
Kenai nie miał ochoty jej dłużej słuchać. Zapomniał, że ma przed sobą kobietę, która kochał od dekady, i która niebawem urodzi jego dziecko. Podniósł rękę w jej stronę i już miał cisnąć w nią kulą ognia, gdy nagle ze Smoka 4 wyskoczył Hinni.
- Kenai, zostaw ją! – krzyknął.
- A więc to tak? Przyprowadziłaś go tutaj, by mnie zabił?! – wrzasnął Władca Ognia. – A ja ci zaufałem… Daso miała rację. Nie dostrzegałem tego, co się dzieje. Ty i Hinni od dawna działacie razem. Spotykaliście się za moimi plecami, szepcząc czułe słówka…
- Kenai, co ty wygadujesz?! – wychlipała Sorela. – Przecież wiesz, że cię kocham. Ja nigdy…
- Hinni zawsze był o ciebie zazdrosny. Ale teraz przesadziliście. Obydwoje.
Hinni zareagował zbyt późno. Wściekły Kenai uderzył kulą ognia w Sorelę, a ta upadła. Nim straciła przytomność, pomyślała jeszcze, że przecież mogła go powstrzymać, pętając jego wolę. Tak, jak mówił jej Hinni.
Ale nie była w stanie tego zrobić.
Za bardzo go kochała…
- Sorela! – krzyknął Król Biegunów. Pochylił się nad dziewczyną. Ku swej uldze wyczuł puls – słaby, ale jednak był.
Podniósł się i spojrzał Kenaiowi prosto w oczy.
- Ja też nie chciałem uwierzyć – wyszeptał. – Ale Aang miał rację. Wybacz, przyjacielu.
Wyciągnął miecz i zamachnął się nim w tym samym momencie, w którym Kenai wystrzelił w jego stronę kula ognia. Hinni odpychał ciosy stalową klingą, próbując dosięgnąć Kenaia. Ten cofnął się, zrobił unik i uderzył piorunem. Tym razem to Hinniemu udało się uskoczyć.
Cały czas miał świadomość, że jego szanse są nikłe w tym pojedynku. On nie był nawet magiem, a moc Kenaia się zwiększyła.
Ale musiał walczyć…
- … i nie poddam się, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką uczynię w życiu!
- Co tam mamroczesz? – zapytał drwiąco Kenai. – Czy widzisz, co zrobiłem z bazą dowódców rebelii? Idź i popatrz sobie na ich ciała, jeśli wciąż nie wierzysz, że za chwilę zrobię to samo z tobą!
- Chełpisz się morderstwem? Naprawdę nisko upadłeś – zrewanżował się Hinni, uderzając mieczem tak, że Kenai osunął się o kilka stopni w dół. Podniósł się jednak szybko i odgarnął włosy z czoła.
- Zdradziłeś mnie – wysyczał. – A ja myślałem, że jesteś moim przyjacielem!
- Ja też tak myślałem, Kenai. I żałuję, że już nie stoimy po tej samej stronie.
Znaleźli się niebezpiecznie blisko krateru. Żar był tak wielki, iż Hinni myślał, że zemdleje. Dla kogoś, kto wychował się na Biegunie Południowym, taka temperatura była nie do zniesienia. Nie mógł jednak o tym myśleć – odpychał kolejne ciosy, które Kenai oddawał w jego stronę. Parę razy zbliżył się na tyle, że gdyby chciał, mógłby przeszyć go mieczem na pół i zakończyć sprawę. Nie był jednak w stanie tego uczynić.
Uświadomił sobie, że jego przyjaciel stał się tym, z czym zawsze walczył. Zdrajcą i mordercą, gotowym zabijać dla samej przyjemności… Nie patrzącym na to, że rani tych, których kocha…
Bo mimo tego, co się stało, Hinni wciąż go kochał. I nie mógł go zabić.
- Boisz się tego, prawda? – spytał Kenai, zupełnie jakby odczytał jego myśli. – Spróbuj. Sam zobaczysz, jakie to proste. Klinga twego miecza zatopi się w mych piersiach, tryśnie krew… Staniesz się bohaterem, być może większym nawet niż sam Avatar!
- Nigdy nie pragnąłem sławy – odparł przez zaciśnięte zęby. – A zabijanie nigdy nie będzie czymś dobrym.
- Przecież jesteś wojownikiem – żachnął się Władca Ognia, podchodząc bliżej. – No dalej. Zrób to. Zabij mnie.
Hinni zacisnął mocniej ręce na trzonku miecza. Oddychał ciężko.
- Cóż… Zawsze byłem od ciebie lepszy – wyszeptał Kenai. – Jesteś tchórzem. A tchórze zawsze przegrywają.
Król Biegunów zamachnął się mieczem. Wpadł w trans. Tańczył figury, jakich nauczył go jeszcze jego znienawidzony ojciec, starając się posługiwać mieczem tak, jak należało. Kenai musiał się cofnąć. Przywołał smoka i wskoczył na jego grzbiet. Z góry miał lepszy widok na Hinniego. Oddawał ciosy, otaczając go ogniem. Pierścień zawężał się z każdą chwilą.
Hinni próbował wyskoczyć z obręczy. Wydostać się i zaczerpnąć głębszego oddechu, ale nie mógł. Płomienie były zbyt blisko.
Kenai zaczął się śmiać. Był to śmiech tak pusty i okrutny, że Król Biegunów był pewien, iż już zawsze będzie mu dźwięczał w uszach. Nawet, jeśli teraz zginie, ten śmiech będzie prześladował go w zaświatach…
Kenai zeskoczył z grzbietu smoka i podszedł do Hinniego, nakazując płomieniom, by się rozstąpiły. Kopnął duszącego się od dymu Hinniego, a ten upadł na ziemię. Zrozpaczony Król Biegunów próbował jeszcze dosięgnąć miecza, który leżał tuż obok niego, jednak Kenai nastąpił mu ciężkim butem na rękę.
- Chciałbyś coś powiedzieć przed śmiercią, Hinni?
- Sorela!
Zdumiony Kenai odwrócił się, podążając za spojrzeniem Hinniego. Jego umysł zdążył jednak zarejestrować tylko obecność kobiety, którą kiedyś chyba kochał. Trzymając się za okrągły brzuch i powłócząc nogami, aż pociła się z wysiłku. Jej ręka uniosła się, a Kenai zatrzymał się w poł kroku. Kula ognia, którą zdążył utkać, zgasła.
Wyswobodzony Hinni chwycił miecz i pchnął nim Kenaia. Nie starczyło mu odwagi, by zadać śmiertelny cios, jednak Władca Ognia niefortunnie upadł dokładnie tam, gdzie przepływała lawa. Sorela oswobodziła zaklęcie, a Kenai wrzasnął, nagle zdając sobie sprawę z tego, że płonie. Chciał powstrzymać ogień – przecież to był jego żywioł! – ale nie mógł. Było go zbyt wiele. Wypalał mu twarz, powodując ból, który był nie do zniesienia.
Ziemia zaczęła się trząść, a lawa bryznęła z krateru.
- Zaraz wybuchnie! Uciekajmy! – wrzasnął Hinni. W biegu chwycił Sorelę za rękę. Kobieta była tak słaba, że niemal osuwała mu się w ramionach. Jej policzki pokryte były popiołem i łzami.
- Kenai… – wychlipała, nim straciła przytomność.
Hinni nadludzkim wysiłkiem doniósł ją do Smoka 4. Starał się ignorować wrzaski Kenaia.
- Żegnaj, przyjacielu – wyszeptał.
On też nie mógł powstrzymać łez.

Rozdział 16 – Wierność

ROZDZIAŁ 16
WIERNOŚĆ

Palve kątem oka obserwował Sorelę. Odkąd Władca Ognia odleciał na tym dziwnym stworzeniu – inni powiedzieli mu, że nazywano go smokiem – Aeiti Ajaa chodziła podenerwowana. Był lojalnym służącym i próbował jakoś ulżyć jej udrękom. Proponował wodę, odpoczynek, nawet odważył się zaproponować jej wspólną przechadzkę połączoną z miłą, niezobowiązującą pogawędką! Jednak Sorela wciąż chodziła strapiona, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała. Obejmowała rękoma swój brzuch i gładziła go, od czasu do czasu szepcząc czułe słowa.
Palve był niemal pewien, że to Władca Ognia jest ojcem dziecka, i miał ochotę rozszarpać go za każdym razem, kiedy tylko zjawiał się na Nowym Galeanie. Niemal, bo równie dobrze ojcem mógł być Król Biegunów… W takim układzie Palvemu nie pozostawało nic innego, jak rozszarpać oboje. Był na nich wściekły! Początkowo tłumaczył to sobie tym, że jeden z nich pogwałcił prawa panujące wśród Galeańczyków. Aeiti Ajaa nie powinna zachodzić w ciążę. i wszyscy byli tego samego zdania. Z tym że im dłużej przebywał w jej otoczeniu, tym bardziej przekonywał się, że to nie galeańskie prawa są dla niego najważniejsze. Najważniejsza była ona, Sorela. Była piękną, delikatną kobietą, a przy tym cechowała ją wielka odwaga. Pamiętał naradę, jaka odbyła się po wyjściu na jaw odmiennego stanu Aeiti Ajaa. Zebrano wszystkich najstarszych Galeańczyków, którzy byli gotowi przemocą zmusić ją do usunięcia ciąży. Sorela jednak się nie ugięła. Nie potrzebowała nawet magii ducha, nie musiała pętać niczyjej woli. Osiągnęła kompromis tylko i wyłącznie dzięki swej nieugiętej postawie. Palve niezmiernie ją za to podziwiał. Wiedział, że nigdy nie mógłby pojąć jej za żonę – wszak była Matką Przewodniczką – ale gdyby choć mógł zbliżyć się do niej… Niestety, nigdy nie odważył się, by wyznać jej swoje uczucia. To nie uchodziło. Gdyby zechciała, aby stał się kimś więcej niż przyjacielem, sama by mu to zaproponowała. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło. Mimo to Palve wciąż nie tracił nadziei. Aeiti Ajaa będzie żyła jeszcze długo… Być może kiedyś dostrzeże jego starania i doceni przyjazną duszę, którą ma na wyciągnięcie ręki. Choć wcale tego nie dostrzegała… Nie dostrzegała, a winowajcą mógł być tylko jeden osobnik: Władca Ognia lub Król Biegunów…
Niestety, Palve nawet nie zdążył dobrze odetchnąć z ulgą po odlocie Kenaia, a już pojawił się kolejny nieproszony gość. Na lądowisku, który kazała wybudować Sorela, pojawiła się czarna, warcząca maszyna. Palve wzdrygnął się mimowolnie. Co za ohyda. Latające stwory z metalowej blachy? Jak można było ufać czemuś, co nawet nie miało własnego mózgu, i swobodnie przemieszczać się w jego wnętrzu?
- Witaj, Królu Biegunów – przywitał go chłodno i ukłonił się sztywno.
- Czy był tu może Władca Ognia? – zapytał mieszkaniec Bieguna Południowego.
- Tak, panie. Odleciał na… Na smoku. Ledwo kilka godzin temu.
- Muszę pomówić z Aeiti Ajaa. To ważne…
- Hinni?
Chłopak obejrzał się. Sorela już biegła ku niemu. Zarzuciła mu ręce na szyję.
- Tak się cieszę, że cię widzę! Chodź, wejdź do środka.
Palve postanowił na wszelki wypadek nie spuszczać Króla Biegunów z oczu. Nie był pewien co do zamiarów tamtego. Wiedział, że nie powinien, ale podsłuchał fragment rozmowy Kenaia i Soreli. Niewiele z niej zrozumiał. Władca Ognia dużo mówił o polityce. O jakichś antymonarchistach, Radzie Unii… Jednak jedno zrozumiał na pewno: Kenai wyraźnie nazwał Hinniego zdrajcą i wrogiem. Wrogiem jego i Soreli.
Hinni rozsiadł się na jednej z szerokich, miękkich sof. Sorela przysiadła tuż koło niego. Nieco zbyt blisko, jak na gust Palvego.
- Czy Kenai odwiedził cię może ostatnio? – spytał Hinni.
Sorela spuściła wzrok. Nie potrafiła kłamać.
- Nie. Ostatnim razem spotkałam się z nim jeszcze przed śmiercią Zuko i Katary. A… Dlaczego pytasz?
- On jest w wielkim niebezpieczeństwie. On, Naród Ognia… I ty również.
- Co? Dlaczego?
- Kenai zaatakował antymonarchistów z armią demonów ognia. Sprzeciwił się woli Rady Unii, która proponowała pokojowe rozwiązanie. Opowiedzieliśmy się po stronie buntowników, aby wspólnie go powstrzymać, ale…
Sorela pokręciła głową.
- Kenai kogoś zaatakował? On… – przerwała, przypominając sobie, jak jej ukochany mówił jej o konieczności policzenia się z dowódcami rebeliantów i przełknęła ślinę. – On nie jest taki, Hinni. Nie mógłby…
- Sorela, wszystko się zmieniło! – powiedział Hinni, chwytając ją za ręce. – Kenai się zmienił. On… – przerwał na moment, nie mogąc wydusić ani słowa – On stał się mordercą. Własnoręcznie rozprawił się z łucznikami odpowiedzialnymi za zamach na jego rodziców. Nie oszczędził nikogo… Nawet kobiet… I dzieci.
Sorela zachwiała się. Nie pamiętała nawet, kiedy wstała, tak była roztrzęsiona. Upadłaby, gdyby Hinni w porę jej nie przytrzymał i nie usadził z powrotem na sofie.
- To niemożliwe. Mów, co chcesz, ale ja w to nie uwierzę…
- Kenai chciał zabić Meijiego! Ledwie uszedł z życiem. Sam też nie wierzyłem, dopóki nie ujrzałem jego obrażeń na własne oczy.
Jego wzrok padł na czarny ślad na ścianie komnaty Soreli. Wyglądał zupełnie jak jeden z śladów w sali obrad.
- To zrobił Kenai, prawda? On był tutaj. Błagam, Sorela… Musisz mi pomóc. Powiedz mi, gdzie on jest.
- Nie! – krzyknęła. – Po co chcesz go odnaleźć?
- Musisz spętać jego wolę. Tylko ty jesteś w stanie powstrzymać go od dalszych morderstw…
- Nigdy! Miałabym użyć na nim magii ducha?! Hinni, ja go kocham! Bez względu na to, kim jest… Kim się stał… Ja wciąż go kocham.
Łzy pociekły z jej niebieskich oczu.
- Czy myślisz, że mnie jest łatwo? – wyszeptał Król Biegunów.
- A jeśli nie spętam jego woli… To co uczynisz? Zabijesz go?
Pytanie zawisło w powietrzu. Hinni milczał, co było dla Soreli wystarczającą odpowiedzią. Zaczęła niepowstrzymanie szlochać. Hinni próbował przytulić ją i uspokoić, ta jednak odepchnęła go tak gwałtownie, że mało brakowało, a byłby upadł na ziemię.
- Może jeszcze nie jest za późno – wychlipała. – Może jeszcze uda się go uratować…
Spojrzała na Hinniego.
- Wcześniej cię okłamałam. Chciałam go chronić… On nazwał cię zdrajcą i ja… Nie wiem, komu mam wierzyć.
- Ja nigdy bym cię nie okłamał, Sorela, i ty doskonale o tym wiesz – szepnął Hinni.
Aeiti Ajaa mocno zacisnęła powieki.
- Dobrze. Powiem ci, gdzie on jest… Ale chcę lecieć z tobą.
- To może być bardzo niebezpieczne – ostrzegł ją Hinni.
- Nie boję się – rzekła pewnym głosem. Powróciła do niej siła.
- Nigdzie nie polecisz, Aeiti!
Hinni i Sorela odwrócili się gwałtownie. Palve, jeden ze służących, zagrodził im przejście.
- Jesteś Aeiti Ajaa! Nie wolno ci opuszczać wyspy… A już zwłaszcza dla kogoś tak niebezpiecznego, jak Władca Ognia! Ja… Nie pozwolę ci odejść! Jesteś dla nas zbyt ważna… Dla mnie… Nie pozwolę cię skrzywdzić!
- Zawsze cię lubiłam, Palve – rzekła Sorela spokojnie. – Jesteś lojalnym sługą… I pewnie uczyniłabym cię swoim kochankiem, gdybym była taka, jak moje poprzedniczki. Ale ja jestem inna. Wybacz, Palve.
Służący nie zdążył niczego więcej powiedzieć, gdyż Sorela uniosła rękę. Zmarszczyła czoło, skupiając się, i już po chwili źrenice Palvego rozszerzyły się nienaturalnie.
- Usuń się z drogi i… I idź do moich rodziców. Powiedz im, że ich kocham.
- Tak, pani – przysiągł Palve. Dygnął z szacunkiem i oddalił się.
Hinni obserwował całą scenę w zdumieniu. Stał jak wryty, dopóki Sorela nie pociągnęła go za sobą za rękaw.
- Chodź. Kenai jest na Półksiężycowej Wyspie.
Jakoś udało im się przedostać na lądowisko i wskoczyć do Smoka 4, nim służący Soreli zdążyli ich powstrzymać. Krzyczeli i odgrażali się Hinniemu, wrzeszcząc, że porwał ich Matkę Przewodniczkę.
Sorela oparła się ciężko o pulpit sterujący i ukryła twarz w dłoniach. Po chwili odjęła je i ostatni raz spojrzała na oddalający się Nowy Galean.
- Mam dziwne przeczucie, Hinni.
Spojrzał na nią zatroskanym wzrokiem.
- Przeczucie, że już nigdy tu nie wrócę – wyszeptała zduszonym głosem.