Epilog. Wybaczenie

Minęło dziesięć lat.

Świat zmienił się przez ten czas. Ayano odrodziło się. Czegokolwiek nie mówić o Yuucie, to jednak trzeba było przyznać, że miasto, które stworzył, było piękne. Teraz, za rządów Przewodniczki Luioh, stało się prawdziwie tym, czym miało być od początku: miastem drugiej szansy, tchnącym radością i spokojem. Nie było już wielkiego pomnika Yuuty – zamiast niego na przednim dziedzińcu pałacowym stał pomnik czczący pamięć poległych wolniaków. Na kamiennej tablicy wyryto imina wszystkich. Znalazły się na niej również imiona Nuo Cheng oraz Kohaku, która w ostatnich chwilach swojego życia wybrała to, co słuszne.
Luioh i Jinsen wciąż byli razem. Jak każde małżeństwo przechodzili przez kryzysy. Pierwsza poważna kłótnia między nimi wybuchła tuż po powrocie z Azunethii do Ayano, kiedy postanowili przemeblować pałac, w którym mieli wspólnie zamieszkać. Luioh bała się schodzić do podziemi, do pamiętnego basenu, oraz do pracowni, w której spędziła całą noc w towarzystwie Yuuty, pozując mu do szkiców. Wszedł tam więc Jinsen. Wpadł we wściekłość, odnajdując szkicownik poprzedniego Przewodnika wypełniony rysunkami Luioh zdecydowanie nadającymi się do cenzury… Natychmiast na nią nakrzyczał. To on się zamartwiał, poświęcił swoją prawą dłoń, aby ją odnaleźć… A ona pozowała nago jakiemuś obcemu mężczyźnie?! Kiedy rzucił w nią szkicami, Luioh zaniosła się płaczem i uciekła. Dopiero później nadszedł Sokka – podniósł z podłogi szkicownik, a gdy zobaczył to, co tak rozeźliło Jinsena, wytłumaczył mu wszystko. Powiedział, że tamto przeżycie było dla Luioh największą traumą, i że musi być bardzo wyrozumiały i cierpliwy. Wtedy też Jinsen zrozumiał, dlaczego jego żona chwilami zachowywała się tak dziwnie – dlaczego odsuwała się czasami, gdy ją dotykał, i dlaczego wstrząsał nią dreszcz. To, co zrobił Yuuta, pozostawiło w jej psychice ślad…
Przeprosił Luioh i pogodzili się.
Dzięki Socce.
Zabawnym był fakt, że to właśnie on zawsze pomagał się im pogodzić, gdy się pokłócili. Że to dzięki niemu byli w stanie przetrwać najgorsze kryzysy. Sokka, który sam nie był w stanie uratować swojej rodziny, ratował teraz inną. Przez te dziesięć lat żył w Ayano, prowadząc razem z Luioh szkołę walki. Uczniowie byli nieco speszeni, że trenuje ich sama Przewodniczka i członek dawnej Drużyny Avatara, ale wkrótce się przyzwyczaili. Sokka był Luioh niebywale wdzięczny – dzięki niej miał w życiu cel. Obecnie była mu najbliższa – przez te wszystkie lata z nikim się nie związał. Nie chciał nowych związków. Siedział wieczorami samotnie, pisząc listy do żony i dzieci, które później wysyłał sokołem pocztowym.
Nigdy nie otrzymał odpowiedzi.
Te ciężkie chwile pomagała mu przetrwać Luioh. Jinsen często wyjeżdżał, aby prowadzić handel zagraniczny i działać jako detektyw tam, gdzie nikt go nie znał, a wtedy Luioh i Sokka spędzali ze sobą cały czas. Łączyło ich coś szczególnego, coś, czego sami nawet dobrze nie rozumieli. Więź mistrza i uczennicy, miłość… Nawet coś więcej. Coś ponadczasowego, nie do zdarcia. Coś szczególnego i wyjątkowego.
Przez ostatnie dni Luioh była jednak mocno zaniepokojona. Jinsen podejrzanie długo nie wracał. Martwiła się o niego… Dzieci martwiły się wraz z nią. Przez dziesięć lat doczekali się czwórki, dwóch dziewczynek i dwóch chłopców. Planowali jeszcze jedno…
- Mamo! – złotowłosa dziewczynka o wiecznie ogorzałej cerze szarpnęła ją za skraj szaty. – Tata wrócił!
Luioh natychmiast pognała w kierunku przedniego dziedzińca. I rzeczywiście – Jinsen już tam był, otoczony przez dzieci. Wysoki i barczysty przytył nieco przez te dziesięć lat, a jego zakola z roku na rok stawały się coraz bardziej widoczne… Ale Luioh to nie przeszkadzało. Dla niej i tak był najpiękniejszym mężczyzną na świecie.
- Jinsen! – wykrzyknęła, padając mu w ramiona. Pocałowali się. – Co tak długo? Co cię zatrzymało w stolicy?
Westchnął ciężko.
- Złe rzeczy wydarzyły się w Królestwie Ognia. Wybuchła wojna domowa.
- Mówisz o antymonarchistach?
- Monarchia upadła – oznajmił. – Na własne oczy to widziałem. Zapanował zupełny chaos. Z nieba lał się ogień, jakieś straszne potwory atakowały. Skrzydła czarnego smoka przysłoniły niebo…
Luioh pokręciła głową z niedowierzaniem. Słyszała, że dzieje się źle. Że ludzie żądają zmian… Ale żeby aż tak?
- Zuko i Katara nie żyją. Zginęli w zamachu – powiedział Jinsen cicho. – Widziałem ich pogrzeb. Zjawili się wszyscy. Do Sokki najwyraźniej wiadomość nie zdążyła dotrzeć, bo sokoły pocztowe przechwytywano lub zestrzeliwano, aby ograniczyć monarchii kontakt ze światem zewnętrznym… Ich syn, Kenai, zmarł niewiele później od nich, ale na temat jego śmierci zdania są podzielone. Część mówi, że jego też dopadli antymonarchiści… Inni zaś twierdzą, ze to on właśnie dosiadał tamtego smoka i że to on przypuścił atak na stolicę. Zdań jest tyle, co ludzi…
Łzy zamigotały w oczach Luioh. Kenaia słabo znała, ale Zuko i Katara… Mieli ze sobą dobre relacje. Przyjaźniła się, zwłaszcza z Katarą. To byli tacy dobrzy ludzie… Że tez spotkał ich tak okrutny los! I to w tak młodym wieku! Przecież obydwoje ledwo przekroczyli czterdziestkę!
- Sokka wie? – zapytała tylko.
- Jeszcze nic mu nie mówiłem.
- Lepiej ja mu to powiem – zaproponowała Luioh. – Ty idź odpocząć.
- Jesteś pewna?
- Ktoś musi mu to powiedzieć.
Sokka również mieszkał w pałacu, w części specjalnie wyznaczonej dla niego. Początkowo upierał się, że chce mieszkać tam, gdzie kiedyś z Luioh, nad ich starą salą treningową. Salę jednak zamknięto – była zbyt mała, wiec wybudowano nową, a starą zamieniono na muzeum. Każdy chciał zobaczyć miejsce, w którym mieszkała Przewodniczka Ayano po przybyciu do miasta…
Gdy Luioh uchyliła drzwi jego komnaty, ujrzała, że znów siedzi przy biurku, skrobiąc coś na papierze. Najpewniej list… Czesał się tak, jak dawniej – zgolił włosy, pozostawiając jedynie pasma splecione w ogon wojownika. Jego ciemną twarz poorało już parę zmarszczek. Wyglądał znacznie poważniej niż wtedy, gdy go poznała.
- Cześć, Luioh – ucieszył się na jej widok. – Jinsen wrócił?
- Tak. Właśnie się z nim przywitałam.
- Coś jest nie tak… Prawda? – zauważył. Zbyt dobrze ją znał.
Luioh spuściła wzrok.
A potem powiedziała mu cicho o tym, co się wydarzyło w stolicy Narodu Ognia.
Sokka przez chwilę kręcił głową z niedowierzaniem. Na wieść o śmierci siostry i przyjaciela próbował zachować kamienną twarz, ale nic to nie dało – rozpłakał się jak dziecko.
Luioh przytuliła go mocno do piersi. Wtulił się w nią, a ona nagle zdała sobie sprawę z tego, ile czasu minęło od chwili, w której ostatnim razem byli tak blisko siebie. Głaskała go po głowie i szeptała czule, uspokajająco.
- Nawet nie byłem na ich pogrzebie – załkał. – Co wszyscy sobie o mnie pomyśleli?
- To nie twoja wina, Sokka. Zuko i Katara… Wiedzieli, jaki jesteś naprawdę. Że się zmieniłeś.
- Tylko Suki nigdy nie przyjęła tego do świadomości – stwierdził gorzko, z bólem. – Pewnie była na pogrzebie… Była? Czy nic jej się nie stało?
- Była. Ma się dobrze.
Sokka zamilkł na chwilę.
A potem znów ukrył twarz w dłoniach.
Tak bardzo potrzebował bliskości. Tak bardzo cieszył się, że jest przy nim Luioh.
- Gdyby nie ty, to pewnie bym zwariował – wyszeptał. – Tak się cieszę, że tu jesteś. Że mnie nie opuściłaś.
Przytuliła go jeszcze mocniej i pocałowała.
- Zostanę z tobą – obiecała. – Nie możesz być teraz sam.
Siedzieli tak, przytuleni i cierpiący. Nawet nie zauważyli Jinsena, który przyglądał im się zza uchylonych drzwi.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
Jakiś czas później Luioh wyszła z komnaty, aby przynieść Socce coś do picia. Zupełnie zapomniała, że Jinsen dopiero co wrócił z długiej podróży. Nie zdołała ukryć zaskoczenia, gdy go zobaczyła.
- Musimy porozmawiać – oznajmił.
- To zabrzmiało groźnie, Jinsen – zmartwiła się. – Nie możesz zaczekać. Muszę iść do Sokki. On mnie potrzebuje…
- Posłuchaj mnie przez moment – wycedził. – Gdy byłem w stolicy i ta cała wojna wybuchła, zacząłem się martwić. Martwić o ciebie i dzieci.
- Przecież my byliśmy w Ayano bezpieczni. To tobie groziło niebezpieczeństwo!
- Nie w tym rzecz. Bałem się o was. Chciałem się upewnić, że do Ayano nie dotarły zamieszki… I dlatego poprosiłem pewnego maga ognia o próbę płomienia.
- Co? To nie było potrzebne! – Luioh z troską popatrzyła na jego poparzoną dłoń. Nawet dzieci się jej bały, tak upiornie wyglądała.
- Zobaczyłem ciebie – kontynuował Jinsen. – I Sokkę.
- Czyli tak, jak kiedyś.
- Tak. A;e wtedy nie wiedziałem, co to znaczy.
Spojrzała na niego pytająco.
- Tamten mag ognia był starszym człowiekiem, znającym dawne legendy i podania. Powiedział mi, że po połączeniu powinienem ujrzeć tylko ciebie. A to, że ujrzałem jeszcze innego mężczyznę, oznacza, że… że… że go kochasz. Kochasz Sokkę – wyrzucił wreszcie, choć złamało mu to serce.
Luioh nie wiedziała, co powiedzieć. Patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Tak – przyznała w końcu. – Kocham go, Jinsen. I nic się w tej kwestii nie zmieniło. Ani nie zmieni. Zawsze będę go kochać…
- Chcesz się ze mną rozstać?
- Co? Nie! – zaprzeczyła. – Kocham go, ale ciebie też kocham. Tylko inaczej. W inny sposób – wyjaśniła, powtarzając bezwiednie słowa Katary. Tak jej było szkoda tej kobiety! – Ciebie kocham jak męża. A Sokkę… Inaczej. Nigdy cię nie zdradziłam, Jinsen. Zawsze byłam ci wierna.
- Chyba nie za bardzo rozumiem – wyznał. – Jak można kochać dwóch mężczyzn na raz?
- Serce kobiety to niezwykła tajemnica – powtórzyła za Katarą. – Myślisz, że ja to rozumiem? Nie. Ale nigdy się nie wahałam… Wiem, ze dokonałam dobrego wyboru, wychodząc za ciebie. I nie żałuję go.
Jinsen uspokoił się nieco.
- Dobrze. Chyba będę musiał się z tym pogodzić – rzekł. W głębi duszy wiedział jednak, że Luioh ma rację. Jej relacja z Sokką była inna. Przecież gdyby chciała odejść do niego, to już dawno by to uczyniła. A przecież to Sokka właśnie pomagał im przetrwać kryzysy. To dzięki niemu się godzili… Gdyby chciał odebrać mu Luioh, to przecież działałby na niekorzyść ich związku.
- Idź do niego – powiedział, wreszcie rozumiejąc. Uśmiechnął się. – Masz rację. On cię teraz potrzebuje.

***

Czas płynął dalej, Nie zatrzymywał się ani na moment. Trzeba było żyć. Zachować pamięć o tych, którzy odeszli, i podjąć nowe wyzwania.
Takie na przykład, jak Międzynarodowy Turniej Sztuk Walki.
- Tak się denerwuję! – Luioh obawiała się, że lada chwila zemdleje. Dobrze, że nie miała w zwyczaju obgryzać paznokci, bo już dawno by ich nie miała! – To będzie pierwszy raz, kiedy zmierzymy się z wojownikami z innych szkół. Teraz okaże się, ile wolniacy są warci!
- Damy radę – uspokoił ją Sokka, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Poza tym nikt nie zorientuje się, że jesteśmy nowi. Ten turniej jest szczególny – przeciwnicy nie znają swoich barw ani twarzy. Najpierw uczniowie walczą dwójkami z innymi, a potem mistrzowie z dwóch najlepszych szkół mierzą się ze sobą…
- O Mahdotonto – Luioh dalej lamentowała. – Cała aż się spociłam!
- Spokojnie – powtórzył Sokka, śmiejąc się. – Co się stało z tą odważną wojowniczką o imieniu Luioh, którą znałem? Trzęsiesz się ze strachu jak świniokura!
- Ej! Nie pozwalaj sobie! – obraziła się kobieta. – Ciesz się, że Jinsen został w Ayano, bo jakby to usłyszał…
Zaczęli niepowstrzymanie chichotać. Ich najlepsi uczniowie, których wytypowali do wzięcia udziału w turnieju, popatrzyli na nich z dezaprobatą.
- Chyba nie dajemy najlepszego przykładu – zorientowała się Przewodniczka. – Wyprostuj się! – syknęła, uderzając Sokkę w plecy.
Ten jęknął głośno.
Przyjechali do Ba Sing Se.
Normalnie podczas wizyty w mieście pojechaliby do Aanga i Toph, aby złożyć im wizytę. Odwiedziliby też Rennę i Meijiego, którzy nie mieszkali już w królewskim pałacu – lud domagał się zniesienia monarchii i Meiji musiał ustąpić. Obecnie Federacją Ziemi – już nie królestwem – rządził rząd. Powołano sejm i senat. Wszystko zmierzało ku dobremu, zupełnie odwrotnie, niż w upadłym Królestwie Ognia, w którym wciąż panował chaos. W Ba Sing Se było spokojnie – obeszło się bez rozlewu krwi. Nikt nie czyhał na życie rodziny królewskiej.
Sokka i Luioh podjechali do wielkiego budynku ozdobionym transparentem. Turniej takich rozmiarów odbywał się pierwszy raz i wszyscy byli podekscytowani. Okazja do porównania swoich umiejętności nie będąca wojną – to prawdziwa rzadkość…
Szybko przedstawili się i odebrali identyfikatory. Później jakiś człowiek poprowadził ich do sali, w której mogli potrenować i przebrać się. W turnieju brało udział dwanaście szkół. Ich nazwy wciąż pozostawały tajemnicą – wszystko miało wyjść na jaw dopiero w finale. Dlatego też każdy z uczestników miał do dyspozycji jedynie miecz, a na twarz musiał włożyć maskę. Wolniakom przypadł kolor niebieski. Gdy się przebrali, ledwo mogli rozpoznać siebie nawzajem – widzieli tylko swoje oczy, i jedynie po kształtach dało się rozpoznać, czy ma się do czynienia z kobietą czy z mężczyzną. Otrzymali dodatkowo dwie przepaski – czarną dla mistrza i białą dla jego asystenta.
- Ty weź czarną – zadecydował Sokka, zawiązując ja Luioh na ramieniu.
- Ja? Przecież jesteś starszy. Potrafisz więcej…
- Już dawno mnie przebiłaś – zaśmiał się, zakładając białą. – Jeśli znajdziemy się w finałach, to ty powinnaś stoczyć ostatni pojedynek.
- Ale…
- Jesteś Przewodniczką Ayano. Jestem twoim poddanym – uciął.
- Tutaj nie jestem Przewodniczką – zaprotestowała. – Jesteśmy równi…
- Chyba naprawdę się denerwujesz, co? – zorientował się.
- Sokka… A co, jeśli będą tu wojowniczki Kyoshi?
Mężczyzna zaniemówił. W ogóle o tym nie pomyślał! Zrobiło mu się gorąco na myśl, że mógłby spotkać Suki… Nie widział jej od dziesięciu lat…
Kiedy opuścili przebieralnię, zorientował się, że nie ma się czym martwić – nawet, gdyby Suki przeszła tuz pod jego nosem, to nie rozpoznałby jej. Zawodnicy nosili dokładnie zasłaniające im twarze stroje w jednym z czternastu kolorów… A mimo to wojownik rozglądał się jak szalony z nadzieją, że może jednak ją zauważy.
Wreszcie wyszli na wielką salę, na której podzielono uczniów w pary. Gdy wybił dźwięk gongu, zaczęli ze sobą walczyć. Rozentuzjazmowana widownia obstawiała zakłady, wybierając ten kolor, który ich zdaniem miał szanse znaleźć się w finale.
Mistrzowie obserwowali swoich podopiecznych z góry, pokrzykując i udzielając im wskazówek. Luioh i Sokka szybko zorientowali się, że wolniacy naprawdę świetnie sobie radzą – rozgramiali konkurencję, która nie spodziewała się nowego stylu walki łączącego w sobie elementy technik wojowniczek Kyoshi, tradycji Narodu Ognia i Bieguna Południowego. Poza tym byli jedną z niewielu szkół, w której walczyli zarówno chłopcy, jak i dziewczęta – w pozostałych zazwyczaj szkolono albo jednych, albo drugich.
Coraz więcej zakładów szło na Niebieskich. Ludzie wręcz piali z zachwytu, obserwując, jak eliminują konkurencję. W końcu po kilku godzinach zmagań oddzielonych jedynie paroma przerwami zostały dwie najlepsze drużyny.
- Czerwoni i Niebiescy! – wykrzyknął konferansjer, a widzowie zawyli z emocji.
- Dlaczego to zawsze muszą być te dwa kolory? – zauważył Sokka. Cały aż się spocił ze zdenerwowania! Ale i tak radził sobie lepiej niż Luioh, która niemal się słaniała. – Weź się w garść! – powiedział, potrząsając nią. – Zaraz wychodzisz! Jeśli zawalisz, to ciężka praca naszych uczniów pójdzie na marne! Drugie miejsce to byłaby porażka!
- Serio? Wielkie dzięki! – obruszyła się kobieta. Żołądek zawiązał jej się w supeł.
- Och… – Sokka zorientował się, że przesadził. – Chciałem powiedzieć… Bądź po prostu sobą, Luioh. Jesteś świetną wojowniczką. Wierzę w ciebie.
Zestresowana kobieta przytuliła się do niego. Odruchowo chciał pogłaskać ją po włosach, ale te były ciasno związane i schowane pod kapturem.
- Powodzenia – wyszeptał tylko, na krótki moment uchylając materiał przykrywający jej twarz, aby móc pocałować ją w policzek. – No, idź już! – dodał, czując, że sam tez się zaraz rozklei.
I tak Luioh w niebieskim stroju stanęła przed przeciwnikiem w czerwonych barwach. Czy raczej przed przeciwniczką – mistrzynią Czerwonych była kobieta, sądząc po odznaczającym się wyraźnie pod materiałem biuście. Jej oczy były ciemnoniebieskie i było to wszystko, co dało się wywnioskować.
Rozbrzmiał dźwięk gongu, a publiczność powstawała z miejsc, skandując „Czerwoni!” lub „Niebiescy!” w zależności od tego, na kogo postawili swoje fortuny w zakładach.
Najpierw kobiety okrążyły się, badając się nawzajem. Przeciwniczka Luioh była od niej niższa. Poruszała się z niezwykłą gracją, ale coś w jej ruchach mówiło Przewodniczce, że jest starsza i bardziej doświadczona – poruszała się w mechaniczny, wyćwiczony sposób… Będzie ciężko, pomyślała. Ale nie mogła zawieść wolniaków. Nie mogła zawieść Sokki!
Ruszyły. Wyciągnęły nagie miecze z pochew, wirując płynnie i obracając się wokół siebie. Pochylone lekko uderzały rękojeścią, atakowały z półobrotu, tańczyły, parowały, pchały i unikały co bardziej wysuniętych ciosów. Luioh szybko zorientowała się, że jej przeciwniczka zna i stosuje wiele z tych ruchów, które i ona sama znała, ale Azunethka była tak zdenerwowana, że ciężko jej było stwierdzić, co to za technika. Miecz, jedyna dopuszczalna broń, w rękach odzianej na czerwono kobiety wydawał się dziwnie lekki. Wymachiwała nim, zataczała kręgi… Coś to Luioh przypominało. Ale co? Jej własny styl był mniej finezyjny, a ciosy bardziej ostre. Jej przeciwniczka walczyła pięknie, ale czasami zbyt wiele wymyślnych figur przeszkadzało zamiast pomagać…
Luioh wyprowadziła jedno z najprostszych uderzeń zwane po prostu Zabójczym Ciosem – skoczyła, obróciła się płynnie i powaliła przeciwniczkę na ziemię.
Widownia oszalała. Kibice Niebieskich wpadli w euforię.
- A więc mamy zwycięzców! – wykrzyknął konferansjer. – NIEBIESCY!!! I już za chwile przekonamy się, co to za szkoła! Proszę wszystkich uczestników na arenę!
Luioh podeszła do przeciwniczki, aby pomóc jej wstać i pogratulować wspaniałego pojedynku – wciąż do niej nie docierało, że wygrała! – ale tamta podniosła się sama, dysząc ciężko.
Jej ciemnoniebieskie oczy spoczęły na Luioh.
- Gratuluję – powiedziała dziwnie znajomym głosem, który poruszył jakąś strunę w pamięci Luioh.
A wtedy zdjęła maskę.
Przewodniczka oniemiała, gdy ujrzała Suki, swoją dawną mistrzynię. A więc dlatego jej ruchy wydawały jej się znajome! To była przecież technika wojowniczek Kyoshi! A mieczem wymachiwała niczym wachlarzem!
Suki miała ciemnorude włosy ledwo sięgające ramion. Postarzała się przez te lata, ale nawet mimo zmarszczek wciąż można ją było uznać za atrakcyjną, a to głównie z powodu błysku w jej dużych oczach.
Podeszła wolno do Azunethki.
- Jest tylko jedna osoba, która kiedykolwiek mnie pokonała – rzekła. – Kiedyś, na wyspie Kyoshi… I teraz też okazałam się od ciebie gorsza, Luioh.
Kobieta zdjęła maskę. Jej długie włosy opadły jej na ramiona. Spojrzała na Suki.
Nie rozstały się w zgodzie. Spodziewała się, że kobieta się na nią rzuci… Ale to były dawne niesnaski. Świat poszedł naprzód…
- Udało ci się – kontynuowała Suki. – Wygrałaś. Zawsze wygrywałaś. Założyłaś własną szkołę, która przebiła nawet wojowniczki Kyoshi.
- Wszystkiego, co umiem, nauczyłam się od ciebie, Suki – powiedziała Luioh z szacunkiem, skłaniając się przed kobietą. – Oraz od mojego dawnego mistrza.
Odwróciła się w tym samym momencie, w którym Suki cofnęła się, a jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
Ujrzała bowiem mężczyznę w niebieskim stroju, który podszedł do Luioh i położył jej dłoń na ramieniu.
Zdjął maskę.
Wyraz jego twarzy niewiele się różnił od miny Suki. Wpatrywał się w nią, wzruszony i zdumiony. On również się postarzał, ale nawet mimo to wciąż był atrakcyjny.
Suki przełknęła gorzkie łzy i również się ukłoniła.
- Gratuluję – wycedziła. – Dokładnie tak, jak myślałam. Wygrałaś, Luioh. Odebrałaś mi wszystko… Musicie być razem szczęśliwi, prawda? Idealna para. Wojownicy, którzy założyli własną szkołę wolniaków… Minęło już wiele lat, a wy wciąż jesteście razem… Gratuluję. Naprawdę. I życzę wam szczęścia. Udławcie się nim.
- Suki! – Sokka wreszcie przypomniał sobie, jak się mówi. Nie zwracał uwagi na konferansjera, który coś tam mówił, ani na wiwatujący tłum. Podbiegł do żony i chwycił ją za ramiona.
- Czego chcesz?! – odkrzyknęła. Nie do końca udało jej się powstrzymać łzy. – Nie chcę cię znać! Przez dziesięć lat przeżywałam ten koszmar! Nie mogłam normalnie funkcjonować, bo ilekroć przypomniałam sobie ciebie… Nawet nie wiesz, ile razy płakałam! Ja, silna kobieta, płakałam przez ciebie! Miałam tylko dzieci. Tylko one mogły mnie pocieszyć… Teraz cieszę się, że nie pozwoliłam im otwierać twoich listów! Choć i tak wiem, co pewnie napisałeś… – jej głos z minuty na minutę coraz bardziej drżał. – „Kochane dzieci, ożeniłem się po raz drugi z Luioh, która jest młodsza i atrakcyjniejsza od waszej starej i zrzędliwej matki…”
- Suki, nie…
- „… macie przyrodnie rodzeństwo, wiecie? Musicie się z nimi poznać! Spotkajmy się, zapomnijmy o wszystkim i zostańmy jedną wielką, kochającą się rodziną!” Ale wiesz co ci powiem, Sokka? NIE! Dla mnie to patologia! I nawet nie próbuj…
- Suki – powiedział spokojnie. – Ostatnie dziesięć lat spędziłem w samotności, myśląc o tobie i dzieciach w każdej niemal chwili. Ja też płakałem, kiedy nikt nie widział. Założyłem wraz z Luioh szkołę, aby móc czymś zająć myśli i odnaleźć cel w życiu. Aby nie zwariować… Mieszkam w Ayano. Luioh jest jego Przewodniczką, rządzi tam. To długa historia… Ma męża i czwórkę dzieci. Jest szczęśliwa. Zazdroszczę jej. Kiedy patrzę na jej rodzinę i myślę o tym , co sam mógłbym mieć… – jemu tez łzy napłynęły do oczu. – Nawet nie śniłem o okazji do spotkania z tobą. I wiesz co? Nie zmarnuję jej. Nie chcę. Już cię nie zostawię. Nie puszczę cię, bo cię kocham, kobieto, i przepraszam cię za wszystko.
Zaniemówiła. Odwróciła wzrok.
- Tyle cierpienia – wyszeptała. – Myślałam, że nie jestem w stanie ci wybaczyć. Ale teraz zdałam sobie sprawę, że… że ja też popełniłam błąd. Myślałam tylko o sobie. Byłam tak zatwardziała w swojej nienawiści do ciebie, że zupełnie zamknęłam się w sobie. Dzieci tęskniły za tobą. Chciały, abyś wrócić… Abyśmy się pogodzili… A ja nawet nie pozwoliłam im otwierać listów od ciebie. Kazałam im o tobie zapomnieć. Pozbawiłam ich ojca… Co ze mnie za matka?
- To już nie ma znaczenia. Czasu i tak nie cofniemy. Ale… ale możemy zacząć jeszcze raz.
- Teraz? Po tylu latach? Kiedy Hinni jest już dorosły i ma własną rodzinę…
- Co? – serce Sokki stanęło. Nic nie wiedział na temat syna!
- Ma dziecko. Dziewczynkę… Przygarnął ją. Nie jest jego. Gdy wojna domowa w Królestwie Ognia dobiegła końca, wrócił na Biegun z tą dziewczynką. Nie chciał powiedzieć, skąd ją wziął. Domyślam się, że to pewnie dziecko jakiejś poległej w czasie wojny pary, którym zgodził się zaopiekować.
- Mój syn – wzruszył się Sokka. – Hinni ma takie dobre serce…
- A niedawno się ożenił, bo stwierdził, że mała potrzebuje matki. I wiesz, z kim? Z Duą.
- CO?! Z Duą… To ta kobieta, przez którą ojciec wygnał mnie z Bieguna! Jak Hinni mógł się związać z tą oszustką?!
- Ja też nie rozumiałam. Ale kiedy wyszło na jaw, że Dua skłamała o tym romansie z tobą, to całe plemię się od niej odwróciło. Każdy nią gardził. Miała ciężkie życie… Hinni był jedynym, który się nad nią uratował. Ożenił się z nią, aby odzyskała wśród wszystkich szacunek i poważanie.
- I żeby zrobić mi na złość. On… on mnie nienawidzi, prawda?
- Sprawiłeś mu ogromny ból. On jako jedyny rozumiał, co się dzieje, kiedy od nas odszedłeś.
- A co z ojcem? Z Elikką i z Fakidą?
- Hakoda ma się dobrze. Elikka niedługo będzie musiała zacząć rozglądać się za kandydatem na męża. Ma już szesnaście lat…
- Co takiego? – Sokka aż się zachwiał. W jego pamięci córka wciąż była malutką, pięcioletnią dziewczynką…
- O ile Elikka jeszcze zachowała jakieś wspomnienia o tobie, to Fakida w ogóle cię nie pamięta – powiedziała cicho Suki. – Miał raptem dwa latka, kiedy zniknąłeś… Teraz ma trzynaście.
Sokka usiadł i ukrył twarz w dłoniach. Zapomniał już o całym turnieju. Myślał tylko o swoim najmłodszym synku. Jego własny syn nawet go nie pamięta… Nawet nie wie, że kiedyś miał ojca…
- Wciąż jesteś jego ojcem – szepnęła Suki. – Wróć.
Mężczyzna zwrócił na nią załzawione oczy.
- Pozwolisz mi? – wychrypiał. – Wybaczysz mi?
- Robię to dla dzieci. Nie miałam prawa odbierać im ojca. Muszę naprawić ten błąd.
- A dla siebie nie?
Spojrzała mu prosto w oczy. Nie ruszyła się. Stała tak z opuszczoną głową, zginając i rozprostowując palce.
Sokka objął ją czule. Nie uciekła. Przywarła do niego mocno i oparła się na jego ramieniu.
Czas zmienił dla nich bieg.
Nagle znowu poczuli, że mają po kilkanaście lat.

***

Impreza w kwaterze wolniaków trwała w najlepsze. Wszyscy cieszyli się z miana najlepszych wojowników i pokazywali sobie swoje medale i puchar. Dzięki wygranej otrzymali niezbędne dla rozwoju szkoły fundusze, które mogli zainwestować w nowiutki sprzęt oraz remont sal treningowych…
- A może zorganizujemy obóz treningowy gdzieś poza Ayano? – zaproponowała jedna z uczennic. – Byłoby super!
- Pomyślimy nad tym…
Nie skończyła, bo rzuciła się na nią jakaś inna kobieta.
- LUIOH!
- Rikabu! – ucieszyła się. – Tak właśnie myślałam, że przyjechałaś z wojowniczkami Kyoshi!
- Tak. Twoi wolniacy dali nam niezły wycisk! Aż żałuję, że nie dołączyłam do ciebie, tylko wróciłam na wyspę…
- Oj, chyba nie do końca.
- Zbyt dobrze mnie znasz! – jęknęła. – No fakt. Gdybym po twojej koronacji na Przewodniczkę Ayano nie wróciła do domu, to Darnell nigdy by mi się nie oświadczył… I nie miałabym teraz takich pięknych, idealnych dzieci.
Luioh zachichotała. Widywały się z Rikabu od czasu do czasu, ale nie tak często, jak obie by chciały – Rikabu bała się, że mogłoby to wkurzyć Luioh, i dlatego utrzymywała ich kontakty w jak największej tajemnicy.
- A coś ty taka smutna? – zauważyła przyjaciółka. – Wygrałaś, a wydajesz się przygnębiona…
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo kolejna nadpobudliwa postać weszła na salę – tym razem była to jak zwykle rezolutna Ty Lee.
- Impreza! – zapiszczała. – Moje gratulacje, Luioh! Byłaś świetna. Choć Suki się to nie spodobało… Widziałyście ją gdzieś?
- Nie. Zniknęła gdzieś z Sokką.
Ty Lee zacmokała.
- No no no… Może wreszcie się pogodzą? Bo już mnie męczyły jej humory. Hmm… Mam! Wiem!
- Co? – Luioh zaczęła się bać.
- Mam pewien pomysł! O tak świetny pomysł! Rikabu, chodź! Pomożesz mi!
Ty Lee porwała uczennicę, a zdezorientowana Luioh została sama. No i dobrze. Nie miała ochoty z nikim gadać. Martwiła się o Sokkę. A co, jeśli Suki zadźgała go i porzuciła w jakimś rowie? Jeśli tak, to Luioh też powinna zacząć się bać…
Wtedy jednak drzwi ponownie się otworzyły.
- Sokka! Nareszcie! – wykrzyknęła Przewodniczka z ulgą. Bez Sokki czuła się jak bez prawej ręki! – Jesteś! Już się bałam…
Za nim weszła Suki.
- Chciałam cię przeprosić – oznajmiła prosto z mostu. – Zachowałam się nie w porządku… Dzisiaj i przed laty.
- Nie wracajmy już do tego, mistrzyni – uśmiechnęła się dziewczyna. – Pogodziliście się? – zapytała, z nadzieją trzymając kciuki.
Skinęli głowami.
- To cudownie! Nareszcie! To się powinno wydarzyć już dawno temu.
- Musimy to jakoś uczcić! – zadecydował Sokka. – Kto się ze mną napije?
Wtem Suki zrzedła mina.
- NIESPODZIANKA! – krzyknęły Ty Lee i Rikabu, wpychając na salę… Aanga i Toph.
- Spotkanie po latach! – Ty Lee nie posiadała się z radości. – Chodźcie, chodźcie!
Toph i Suki zaniemówiły. Ostatnio widziały się na pogrzebie Zuko i Katary…
Sytuacja była niezręczna.
- Witajcie – rzekł Avatar w końcu. – Nareszcie Drużyna Avatara jest znowu razem.
Nagle wszystkim zrobiło się głupio.
- Szkoda, że nie zdobyliśmy się na zakopanie topora wojennego, kiedy Katara i Zuko jeszcze żyli – wyszeptała Toph.
Suki spuściła głowę. Dotarło do niej, jaką była egoistką…
- Nie byłaś w stanie wybaczyć przez wiele lat, Suki – powiedział Aang.
- I to przysporzyło mi tylko więcej cierpienia – zrozumiała wreszcie.
- Ale wreszcie to zrobiłaś… Prawda? – spytał Aang z nadzieją.
- Nie musimy się przyjaźnić – powiedziała Toph, podchodząc do Suki. – Przepraszam – dodała cicho.
Suki wolno pokiwała głową.
Nie była tą, która łatwo zapominała. Nie zapominała nigdy. O tym, co łączyło Sokkę i Toph, też nie zapomni… Ale nagle poczuła, że nie ma już tej siły, która napędzała jej nienawiść. Zniknęła gdzieś, pozostawiając po sobie jedynie gorzki posmak.
- To jak? Pijemy? – zaproponowała Ty Lee.
Powoli atmosfera zaczęła się rozluźniać i duża była w tym zasługa Rikabu i Ty Lee. Obie kobiety były tak radosne, szczere i prostoduszne, że nie dało się nie uśmiechać w ich towarzystwie… I nawet ci, którzy zawsze mieli Ty Lee za idiotkę, musieli przyznać, że pomysł sprowadzenia mieszkających w Ba Sing Se Toph i Aanga był jednym z jej najlepszych.
W którymś momencie Luioh wyszła, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Powinna być szczęśliwa. Wszyscy się pogodzili, wszystko wróciło do normy… A więc dlaczego wciąż czuła niepokój?
Wzdrygnęła się, słysząc za sobą kroki.
To był Sokka.
Stanął koło niej w altanie i odetchnął głęboko, spoglądając na rozświetlone światłami latarni Ba Sing Se. Wieczór właśnie zamienił się w noc.
- Nareszcie – powiedziała. – Tak się cieszę, że się pogodziliście.
- Ja też. Czekałem na to wiele lat.
- Ba Sing Se – westchnęła Przewodniczka. – W tym mieście zawsze dzieje się coś przełomowego. Wiatr zmian wieje tu ze zdwojoną siłą. Nie wydaje ci się? Lubię to miejsce. Aż nie chce mi się wracać do Ayano! Ale jutro będziemy musieli się pakować. Wiesz, Aina zaproponowała, żebyśmy zorganizowali obóz treningowy za miastem. Czeka nas po powrocie dużo pracy…
- Ja nie wracam do Ayano.
Serce Luioh zatrzymało się na moment. Teraz już wiedziała, skąd wziął się jej niepokój. Podejrzewała… Wiedziała to.
- Wracam na Biegun Południowy z Suki – kontynuował. – Do domu i do moich dzieci. Zaczniemy wszystko od nowa.
- To… niesamowite! Przecież o tym zawsze marzyłeś! – odparła szybko. Zbyt szybko. – Powodzenia…
Zrobiło jej się smutno. Odwróciła się, aby nie zobaczył jej miny.
- Przez tyle lat żyliśmy razem – rzekł Sokka cicho. – Będzie mi ciebie brakować, Luioh. Gdyby nie ty… Byłbym dziś nikim. Albo w ogóle by mnie nie było. Dałaś mi więcej, niż ja kiedykolwiek mógłbym ci ofiarować.
- A teraz odchodzisz – stwierdziła, zaskoczona goryczą, jaka zabrzmiała w jej głosie. Co się z nią działo?! – Powinnam się cieszyć – powiedziała w końcu. – Ale nie potrafię. Bo cię stracę. Bo przyzwyczaiłam się do ciebie. Bo zawsze byliśmy razem, a sama świadomość tego, że jesteś obok, sprawiała, że czułam się jakoś lepiej. Ja… sama nie wiem. Jak dam sobie radę ze szkołą? Jak dam sobie radę, gdy pokłócę się z Jinsenem? Jak dam sobie radę… żyć bez ciebie? – wyrzuciła w końcu, nagle zdając sobie sprawę z tego, co czuła przez ten cały czas. Gardziła sobą za to, ale prawda była taka, że decydując się na małżeństwo z Jinsenem, znalazła rozwiązanie idealne: zachowała przy sobie dwóch mężczyzn, których kocha. Jeden był jej mężem, a drugi… Czymś więcej? W głowie miała mętlik. Sokka był kimś więcej, niż przyjacielem. Wspierała go i cierpiała wraz z nim, gdy płakał, bo nie mógł wrócić do żony. Z całego serca życzyła mu tego, by wrócił do Suki. A teraz, kiedy to wreszcie nastąpiło, zachłannie pragnęła zatrzymać go przy sobie…
- Luioh – Sokka obrócił ją ku sobie i dotknął dłonią jej policzka. – Dasz sobie radę. Muszę odejść. Będziemy się przecież odwiedzać. Teraz, kiedy są te maszyny latające, możemy to robić często…
- Ale to nie będzie to samo.
Sokka spoważniał nagle.
- Już i tak zbyt długo pozostawałaś rozdarta – szepnął. – Między mną a Jinsenem.
- Nie mogę mieć was obu – zrozumiała. – A ty? – spytała nagle. – Kiedy to zrozumiałeś? Kiedy pojąłeś, ze nie możesz mieć mnie i Suki jednocześnie?
- Przez wiele lat myślałem, ze w ogóle muszę zapomnieć o Suki. Ale nie mogłem… A ty byłaś z Jinsenem. Patrzyłem na wasze szczęście, wspierałem was… Ale gdzieś głęboko czułem zazdrość, że to jego wybrałaś – wyznał wreszcie. – Kocham cię – powiedział. – Nie tak, jak kocham Suki. Nie zrozum mnie źle. Ale… – powiedział, przeplatając między palcami kosmyk włosów Luioh – Gdyby gdzieś był kraj, w którym mógłbym mieć dwie żony…
- Sokka! – Luioh aż poczerwieniała. – To było nieprzyzwoite! – wydusiła. Nagle zachciało jej się śmiać. – Wiesz, że myślałam o tym samym? Gdybym mogła poślubić ciebie i Jinsena, to byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie…
Zaczęli się śmiać. Co oni wygadywali! Gdyby ktoś ich teraz usłyszał… Ale przed sobą nie musieli się wstydzić. Rozumieli się.
Po chwili posmutnieli. To było pożegnanie. Naprawdę musieli się rozstać.
Chwycili się za ręce. W altanie byli zupełnie sami. Nikt na nich nie patrzył. Cieszyli się, bo ktoś mógłby opacznie zrozumieć ich zachowanie…
Tyle razem przeszli. Niejednokrotnie uciekali z objęć śmierci, aby wpaść w swoje… Tak, jak teraz.
Pocałowali się, jakby znowu byli w celi w podziemiach pod areną w Ayano, na dzień przed tym, jak Luioh obiecała zabić Sokkę, a potem sama omal nie przypłaciła tego życiem. Jak wtedy, gdy sunęli platformą do góry, trzymając się za ręce, na minuty przed walką.
- Przez tyle lat nawet cię nie tknąłem – powiedział Sokka. – Ale skoro mamy się rozstać… Poza tym pocałunki…
- … nie są obietnicami – dokończyła Luioh. – Kiedyś ta filozofia doprowadzi mnie do katastrofy. Wracajmy już – postanowiła, choć wcale nie miała na to ochoty. Pragnęła zostać z Sokką na zawsze. – No już – ponagliła, wiedząc, że im więcej czasu z nim spędzi, tym trudniej będzie jej pozwolić mu odejść.
Ale musiała to zrobić. Następnego dnia, gdy Sokka i Suki odchodzili, stanęła na tej samej altanie, aby odprowadzić ich wzrokiem. Uśmiechała się, ale wewnątrz przełykała łzy. Rozumiała już, czym jest miłość, i że jej prawdziwym dowodem jest pozwolenie ukochanej osobie odejść, aby ta odnalazła swoje szczęście. Gdyby tak bardzo go nie kochała, nie dałaby rady.
Odwróciła się. Ktoś położył jej dłoń na ramieniu.
Spojrzała na Avatara zaczerwienionymi oczami. Wielkie łzy lały jej się po policzkach i nic nie mogła na to poradzić.
- Słusznie uczyniłaś – powiedział. – Ja kiedyś zrobiłem to samo. Pozwoliłem Katarze odejść… To boli, wiem. Ale nikt nie obiecywał, że żyć będzie łatwo.
- Masz rację – zgodziła się. – Dzień wybaczenia wreszcie nadszedł.

 

POSŁOWIE

Zaplanowałam sobie, że to będzie moje najkrótsze opowiadanie. Planowałam trzy, góra cztery rozdziały. A tymczasem co? Napisałam dziesięć razy więcej! To wszystko dlatego, że moje pomysły mają tendencję do rozszerzania się – nagle zaczyna mi się wydawać, że jakaś postać zasługuje na więcej uwagi, że dany wątek musi zostać rozwinięty, albo w ogóle pojawia mi się w głowie całkiem nowa fabuła… I tak oto powstało Wybaczenie.
To miała być historia o tym, jak żyją ludzie, którzy sobie wybaczyli, a jak ci, którzy nie byli w stanie tego zrobić. Pomysł był taki: Suki dowiaduje się o zdradzie Sokki. Nigdy mu nie wybacza i obydwoje cierpią z tego powodu, raniąc przy tym swoje dzieci. Natomiast Aang miał być przeciwieństwem Suki – wybacza nie tylko Toph, ale też Socce, dzięki czemu może żyć szczęśliwie. KONIEC. Ale później zaatakowały mnie pomysły… Przede wszystkim Luioh. Zaplanowałam, że to właśnie ona pomoże Socce się podnieść. Że założą razem szkołę miecza. Nawet nie wiecie, ile miałam alternatywnych zakończeń tej historii! Nie byłam do końca pewna, na co się zdecyduję. Rozważałam różne warianty. W jednym z nich Luioh i Sokka mieli się pobrać, w innym Suki miała zginąć, w jeszcze innym Toph miała uciec z Sokką… I gdy tak myślałam, to zajęłam się jeszcze historią Jinsena, jego życiem oraz kobietami, które spotykał na swej drodze, a którym też poświęciłam nieco uwagi (Zora i Pia). Potem jeszcze przyszła mi do głowy piękna historia Finetha i Eirlys, a któregoś dnia uderzyła mnie wizja miasta drugiej szansy, zwanego w sekrecie Miastem Przeklętych… Narodził się Yuuta, który też wymagał swej historii. I jeszcze Renna, Meiji i ich ślub – nie mogłam tego pominąć! I tak oto Wybaczenie urosło do niewyobrażalnych rozmiarów – krótka historia, która w założeniu miała być opowiadaniem obyczajowym z przesłaniem, że warto wybaczać, zakończyła się w rezultacie epicką bitwą… Jak zwykle! Ja chyba za bardzo lubię takie scenariusze ;)
W sumie i tak mam poczucie, że nie poświęciłam niektórym wątkom zbyt wiele uwagi. Przede wszystkim przepraszam Hinniego – chciałam opisać to, jak chłopak radzi sobie ze zdradą ojca i jak staje się głową rodziny, zmuszony do zaopiekowania się własną matką, która dotychczas była silną kobietą niepotrzebującą wsparcia. I pragnęłam też napisać więcej o Suki, o tym, jak się zmieniła. Jak nie potrafiła przeżyć dnia bez płaczu, jak cierpiała. Jak pogmatwane były jej uczucia – z jednej strony nienawiść, z drugiej tęsknota. Chęć naprawy wszystkiego hamowana przez dumę wojowniczki Kyoshi, która nie pozwalała jej wybaczyć zdrady Sokki. I tak – to opowiadanie miało się skończyć źle. Luioh miała zginąć, a Suki miała nigdy nie wybaczyć mężowi. Ale gdy pisałam ostatnie rozdziały… Zmiękłam. Nie mogłam ich tak skrzywdzić. Poszłam na kompromis i dlatego zakończenie można uznać za pozytywne.
Lwią część Wybaczenia zajęła niezwykła relacja Sokki i Luioh. Sama nie wiedziałam, co z niej wyjdzie. Chciałam, by było to uczucie idealne, oparte na wzajemnym zaufaniu i głębokiej przyjaźni. To, co ich łączy, to miłość platoniczna – miłość niespełniona, niematerialna. I przez to właśnie idealna – to nie połączenie ciał, to połączenie dusz. Zabrzmiało filozoficznie, prawda? Heh ;)
Jak zwykle czuję, że miałam coś jeszcze napisać. I jak zwykle nie pamiętam, co, więc skończę na podziękowaniach. Bo gdyby nie Wy, wspaniali Czytelnicy, to nie byłoby tego opowiadania – to Wy dajecie mi siłę i motywację do pisania! Dlatego dziękuję Wam z całego serca za to, że byliście ze mną. I nie martwcie się – już mam dla Was nowe opowiadanie!

Pozdrawiam!

~Painted Lady

Rozdział 34 – Wybór

Milczące zgromadzenie wypełniło ciasny pokój, w ciszy przyglądając się leżącej na łóżku postaci, której złotorude włosy niczym promienie słońca rozlały się po poduszce. Katara i Renna już od wielu godzin pochylały się nad nią, co i raz ocierając pot z czoła. Miejscowi medycy zrobili, co mogli, aby zatamować upływ krwi i opatrzyć obrażenia, ale aby uratować Luioh, trzeba było czegoś więcej. Jedynie moc uzdrawiania, jaką dawała wybranym magia wody, mogła coś zdziałać. Po raz kolejny uzewnętrzniła się dwoistość tego żywiołu oraz natury tych, którzy nim władali – jeszcze niedawno Renna używała magii krwi, aby niszczyć, a teraz używała magii uzdrawiania, aby leczyć.
Pozostali w milczeniu przyglądali się uzdrowicielkom. Rikabu popłakiwała cichutko. Azula i Laneth siedzieli, trzymając się za ręce, ciężko podpierając ściany. Mężczyzna miał łzy w oczach. Nie mógł na to patrzeć… Wstał i zaczął krążyć po pokoju, uderzając pięścią o ściany. Dlaczego nie mógł niczego zrobić? Nienawidził bezczynności. Chciał się na coś przydać. Chciał uratować swoją siostrę… Ale nie mógł nic zrobić.
Hoa stanęła tuż przy drzwiach, z tyłu, onieśmielona towarzystwem, w jakim się znalazła. Same postacie z legend… Władca Ognia Zuko i jego żona, lady Katara. Król Ziemi Meiji Feng i księżna Renna. Laneth, wódz Azunethów, i Azula, wieczna księżniczka Narodu Ognia. Rikabu, wojowniczka Kyoshi. Sokka z Południowego Plemienia Wody…
Pomyślała o tamtym przystojnym mężczyźnie, Jinsenie, który nie chciał odstąpić Luioh nawet na krok. To on przyniósł ją tutaj, do miejscowej przychodni, rozpaczliwie szukając ratunku dla ukochanej. Dzięki jego szybkiej reakcji udało się zatamować upływ krwi. Dziewczyna straciła jej dużo, ale nie tak dużo, ile straciłaby, gdyby ostrze miecza przekłuło jej tętnicę. Wtedy wykrwawiłaby się bardzo szybko, bowiem krew płynęła przez tętnice szybko, była jasna i jakby… żywa. A krew, która sączyła się z żył, była ciemna i powolna, niczym lawa lejąca się z dogasającego już krateru na wiele godzin po erupcji.
Teraz jednak Jinsen wyszedł, czy raczej został siłą wyprowadzony. Nie spał już od paru dni. Potrzebował odpoczynku. Sam słaniał się na nogach i nie docierało do niego to, że musi żyć dalej.
Bez Luioh.
Jej serce nie biło.
Nie oddychała.
Krążenie krwi ustało.
I nieważne, jak ciężko Renna i Katara pracowały, nic się nie zmieniało. Rennie udało się jedynie kilkukrotnie przywrócić obieg krwi do ruchu, ale to nie wystarczało. Nawet z magią krwi były bezradne…
- To dziwne – wyszeptała Katara, dotykając skroni dziewczyny. – Wszystkie oznaki wskazują na to, że ona… – przez gardło nie przeszło jej słowo „nie żyje” – … ale jej mózg wciąż pracuje. Potrafię to wyczuć, ale nie potrafię tego wytłumaczyć…
Kobieta nie chciała się poddać. Po początkowej, standardowej reanimacji zaczęły z Renną improwizować, próbując przywrócić dziewczynie wszystkie funkcje życiowe.
Zuko spoglądał na żonę z podziwem. Była taka nieustępliwa. Nie poddawała się bez walki. Zawsze, kiedy były choć strzępki nadziei, trzymała się ich kurczowo…
Wzdrygnął się na wspomnienie tego, co zostało z Przewodnika. Katara zabiła człowieka. Tak, jak niegdyś skończyła z Ozaiem, tak też skończyła z Yuutą.
Ale efekt był nieporównywalnie straszniejszy. Spalili szczątki Yuuty najszybciej, jak tylko zdołali – byleby tylko nie musieć na nie patrzeć. Yuuta był pomyleńcem udającym geniusza, powiedział wtedy Sokka. Tacy jak on zawsze mają szansę, że im się powiedzie.
Sam Sokka opierał się ciężko o ścianę. Zuko przyłapał go, jak opróżniał jakąś butelkę z mocnym trunkiem, ale nie oceniał przyjaciela. Dobrze wiedział, co on musiał teraz czuć – Zuko czuł się tak samo, gdy Katara zapadła w tę dziwną śpiączkę po ciosie, jaki otrzymała od Aanga. Musiał lecieć z nią aż na Biegun Północny… Ale udało się: uratował ją. Nie stracił kobiety, którą kocha…
Sokka chwiejnym krokiem podszedł do łóżka, w którym spoczywała Luioh. Oczy miał zaczerwienione i spuchnięte od płaczu.
- To ja miałem dziś umrzeć – wymamrotał. – Nie tak się umawialiśmy, Luioh. Nie taka była umowa. Wszystko ci się pomieszało…
Nikt się nie odezwał. Katara i Renna cofnęły się taktownie. Młodsza zajęła się sprawdzeniem rany, którą Luioh miała w boku – teraz już zaszytą, ale nawet po magicznym uzdrawianiu została w tym miejscu paskudna blizna – a starsza sondowała teraz całe ciało dzięki srebrzystej smudze podświetlonej wody otaczającej jej dłonie.
Sokka nachylił się nad uczennicą.
- Jesteś taka podobna do Suki – wyszeptał, głaszcząc ją po włosach. – Piękna, mądra i odważna… I ty też mnie opuściłaś. Tak, jak ona. Tak, jak Yue. Tak, jak Toph… To ja miałem dziś umrzeć! – powtórzył żałośnie, płacząc. – A nie ty! Nie ty!
Katara zrobiła krok, aby odciągnąć brata i uścisnąć go, ale Zuko powstrzymał ją, kładąc jej dłoń na ramieniu.
A Sokka nachylił się jeszcze bardziej. Z bliska twarz Luioh była taka spokojna. Taka blada. Jej długie rzęsy takie jasne. Usta tak sine…
Pocałował ją w spierzchnięte wargi. Nie zważał już na to, że wszyscy patrzą. Że myślą sobie na jego temat nie wiadomo co. Już nic go nie obchodziło.
Podniósł się i spojrzał po twarzach zgromadzonych wyzywająco. Odwrócili wzrok. Nikt go nie oceniał.
Sokka porwał butelkę z niedokończonym trunkiem z mocnym postanowieniem, że zaleje się teraz w trupa, padnie w jakimś rowie i już nie wstanie. Nie miał po co. Musiał się napić…
I wtedy usłyszał, jak ktoś z trudem nabiera oddechu w płuca.
Obrócił się tak prędko, że niemal się nie przewrócił. Wszyscy poderwali się z miejsc. Nikt jednak nie protestował, kiedy przepchnął się na sam przód, opuszczając po drodze butelkę.
- Jej serce… Serce zaczęło znowu bić! – oznajmiła Katara z lekkim niedowierzaniem.
- Oddycha! Ocknęła się! – dodała Renna.
- Luioh! – imię dziewczyny powtarzali teraz wszyscy. Ale to Sokka znalazł się najbliżej – chwycił ją za rękę.
- Sokka – wychrypiała słabo, odwzajemniając uścisk. – Nic ci nie jest?
Nie był w stanie odpowiedzieć – zalał się łzami i przytulił mocno do jej piersi.
- Udusisz ją! – syknął Laneth ostrzegawczo.
- Laneth? – zdumiała się Luioh, ledwo kojarząc fakty. – Rikabu! Azula…
Była oszołomiona. Wszyscy płakali. Każdy mówił coś do niej i tylko Sokka wciąż jej nie puszczał.
- One uratowały ci życie – powiedziała Rikabu z uśmiechem. – Lady Katara i księżniczka Renna.
- Ja… Dziękuję wam – wydukała Luioh, unosząc się lekko na posłaniu. Katara skinęła skromnie głową.
Wzrok Azunethki padł na Rennę.
- Przepraszam, księżniczko – wyszeptała. – Ja… Byłam na ciebie zła. Wściekła. Życzyłam ci jak najgorzej… A to ty uratowałaś mi życie. Czy mi wybaczysz?
- Co? Dlaczego się na mnie gniewałaś? – zdumiała się dziewczyna.
Luioh zarumieniła się lekko.
- Cieszę się, że jesteś szczęśliwa z Jinsenem. Nie będę stawała wam na drodze…
- Ale… Och, to jakieś nieporozumienie! To były tylko plotki! – zaśmiała się Renna. – Moim mężem jest Meiji Feng! Poślubiłam go niewiele ponad tydzień temu!
Luioh szeroko otwarła usta ze zdumienia.
- To moja wina. Wprowadziłem cię w błąd – wyjaśnił zawstydzony Sokka. – Ale nie celowo. Byłem pewien, że te pogłoski o romansie Renny i Jinsena są prawdziwe… Ale oni są tylko przyjaciółmi. Przepraszam cię, Luioh.
Azunethka nie miała siły się na niego gniewać. Dopiero co wracało do niej życie… A więc przez ten cały czas sądziła, że Jinsen ją oszukał… Że ją zostawił… Cierpiała, starając się o nim zapomnieć… A to wszystko była nieprawda!
- Jinsen jest tutaj. Kazaliśmy mu iść się wyspać, bo nie odstępował cię ani na krok – powiedziała Hoa.
- Co?! – Luioh poruszyła się tak gwałtownie, że aż łóżko zaskrzypiało. – Jinsen jest tutaj? Muszę go zobaczyć. Muszę…
- Przyprowadzimy go do ciebie…
- Nie! Musze pójść sama…
- Jesteś jeszcze zbyt słaba…
- Nie przekonacie jej – zaśmiał się Laneth.
- Pomogę ci. Pójdę z tobą – zaproponował Sokka, użyczając jej swego ramienia. Luioh oparła się o niego, powoli odzyskując czucie w nogach. Mistrz miecza podtrzymał ją, a ona sama, utykając lekko, ruszyła ku drzwiom.
- Nigdy nie wierzyłam w takie historie – wymamrotała Renna, kiedy wyszli. – Serce Luioh… Na nic nie reagowało. Było martwe…
- A kiedy Sokka ją pocałował, to zaczęło bić – zakończyła Katara, wzruszając ramionami. – Wciąż nie chce mi się w to wierzyć!
- Idioci z nas! – żachnęła się Rikabu. – Trzeba było od razu pójść do Jinsena i powiedzieć mu, by pocałował Luioh… Wtedy od razu by wstała!
Wszyscy zaśmieli się, rozładowując ciężką sytuację.
Wreszcie mogli odetchnąć z ulgą.

- Na pewno dasz radę? – zapytał troskliwie Sokka, podtrzymując Luioh. – Mogę cię ponieść…
Ale dziewczyna szła wytrwale, oddychając ciężko. Nawet nie zapytała, gdzie jest Jinsen – szła, jakby kierował ją jakiś niewidzialny drogowskaz…
I wtedy go ujrzała. Nie spał. Nawet nie wszedł do żadnego z pokojów. Stał przy oknie, pozwalając, by promienie słońca parzyły jego wiecznie opaloną skórę. Opierał się o parapet ciężko, z rezygnacją. Był skulony i załamany. Łzy lały się ciurkiem z jego oczu, a on sam łkał bezgłośnie, nie mogąc się pogodzić ze stratą tej, którą kochał. Dlaczego?! Dlaczego stracił ją właśnie wtedy, kiedy dopiero co ją odnalazł?! Zawiódł. Przybył zbyt późno. Nie ocalił jej… I co on miał teraz zrobić ze swoim życiem? Jak miał żyć… bez niej?
Jakiś ruch w kąciku oka zwrócił jego uwagę. Kobieta w długiej, białej koszuli nocnej zmierzała ku niemu, utykając lekko. Szła coraz szybciej i szybciej, choć każdy krok wymagał nadludzkiego wysiłku…
Odwrócił się w jej stronę.
Pomyślał, że to sen.
Ale Luioh uśmiechała się do niego.
Pobiegł ku niej i chwycił ją w ramiona.
- Luioh! – krzyknął, unosząc ją w górę. Ściskał ją mocno. Nie puszczał. Już nigdy nie puści. – Myślałem, ze cię straciłem!
- Jinsen – odparła, zbyt szczęśliwa, by powiedzieć cokolwiek innego. – Odnalazłeś mnie. Przybyłeś po mnie.
- Już nigdy nie pozwolę ci odejść – obiecał.
Przywarła do niego mocno.
- Mój pierścień – zauważył, biorąc ją za rękę. Nie krył wzruszenia. – To dzięki niemu cię znalazłem…
Nie mógł przestać jej obejmować. Gładził ją po włosach, po policzkach. Ocierał łzy, choć sam wciąż ronił nowe.
- Obiecałem Pii, że kiedy znowu cię spotkam, to natychmiast ci się oświadczę – oznajmił.
Luioh uśmiechnęła się do niego. Odwróciła się i spojrzała na Sokkę – stał parę kroków od nich, w bezpiecznej odległości, nie naruszając ich prywatności. Opierał się swobodnie o ścianę. Nie chciał psuć ich ponownego spotkania…
Rzuciła mu pytające spojrzenie. On uśmiechnął się tylko i pokiwał głową, rozbawiony, że w ogóle zdobyła się na taki gest.
Luioh ponownie pozwoliła sobie zatonąć w ramionach Jinsena.
Na razie postanowiła nie dawać mu odpowiedzi.

***

Minęło parę dni.
Ayano powoli zaczęło powstawać z popiołów. Po śmierci Przewodnika wszyscy odetchnęli z ulgą. Nie było już tyrana, ale nie było tez nikogo, kto rządził Ayano… Na szczęście żadne zamieszki nie wybuchły. Ludzie mieli już dosyć rozlewu krwi. Postanowili czekać cierpliwie na dalszy rozwój wydarzeń i pozwolić decydować ważniejszym od siebie.
Luioh wpatrywała się w układające się do snu miasto, opierając się o balustradę. Jutro razem z innymi miała wyjechać do Azunethii. Wiatr tańczył w jej długich włosach. Przyjemnie było poczuć powiew świeżego powietrza – teraz, kiedy Ayano nie musiało się już ukrywać pod koronami drzew, nie było już duszno i parno. Wszędzie aż tchnęło świeżością. Nowymi drogami, zmianami… I ważnymi decyzjami.
- Jak się czujesz? – zapytała Katara. Razem z Renną codziennie ją doglądały, kontrolując stan zdrowia Azunethki. Rana w boku wciąż bolała, ale na szczęście nie otwierała się.
- Lady Kataro – spytała zamyślona dziewczyna – Czy kiedykolwiek kochałaś dwóch mężczyzn na raz? Czy to w ogóle możliwe?
Kobieta uśmiechnęła się i stanęła koło niej.
- Oczywiście – odrzekła prosto. – Serce kobiety jest niezwykłą tajemnicą. Jest tak pojemne, że prości mężczyźni nie potrafią sobie tego nawet wyobrazić!
- To wcale nie ułatwia sprawy – zmartwiła się Luioh.
- Są różne odcienie miłości – kontynuowała Katara. – A każdy z nich równie wartościowy. Matka może kochać dzieci tak samo, ale czym innym jest już miłość do przyjaciela, a czym innym do męża. Dlatego można kochać dwóch mężczyzn równocześnie. Tak samo mocno… Ale inaczej. W inny sposób.
- A więc jak wybrać? – zapytała.
- Wiesz – zaczęła Katara – Pewnego razu pewien młody król przebył cały świat, aby mnie ratować. Przeleciał na grzbiecie Appy długą drogę ze stolicy Narodu Ognia aż na Biegun Północny, gdzie mnie uzdrowiono. Gdy tylko się ocknęłam, natychmiast mi się oświadczył… Zgodziłam się, bo zdałam sobie sprawę z tego, że go kocham. A jednak równocześnie nie przestałam kochać Avatara. Do dziś kocham go tak samo mocno… Ale inaczej. W inny sposób.
- Ale ja wciąż nie wiem – zmartwiła się Luioh. – Kogo mam wybrać?
- Myślę, że już wiesz – zaskoczyła ją Katara. – Że wiedziałaś od samego początku. Musisz tylko poszukać odpowiedzi tutaj – powiedziała, wskazując palcem jej serce. – Dobranoc, Luioh. Śpij dobrze – pożegnała się nagle, pozostawiając ją samą na balkonie.
Dziewczyna westchnęła ciężko, wdychając do nozdrzy rześkie, nocne powietrze.
I nagle ogarnął ją spokój.
Katara miała rację.
Już wiedziała.
Wiedziała od samego początku.

***

Zalała ją fala upału. Od stóp do głów było jej niezmiernie ciepło. A tak gorąco mogło być tylko w jednym miejscu na ziemi – na pustyni Si Wong, tam, gdzie się wychowała, wędrując ze swym taborem od oazy do oazy. Teraz jednak nie była w oazie. Bystre słońce świeciło wysoko nad nieboskłonem, a promienie padały prosto na czubek jej głowy. Poza tym nie było jej gorąco tylko od zewnątrz. Jeszcze większe ciepło zalewało ją od środka. Spojrzała na siebie. Miała na sobie luźną, koronkową suknię. Była biała, nie licząc podłużnego i gęstego, złotego haftu ciągnącego się od dekoltu aż do pasa, w którym obwiązana była kolorową wstążką. Dolną część sukni zdobiły kwiaty. Miała je również w lekko kręconych włosach…
Uniosła głowę i rozejrzała się. Stała pośrodku szpaleru utworzonego z roześmianych Azunethów. Najmłodsze dzieci rzucały kolorowe kwiaty pod jej stopy, kwiaty, jakie nie rosły na pustyni, ani nawet w oazach, specjalnie na tę okazję zamówione od wędrownych handlarzy.
To był jej ślub. Ślubna suknia, kwiaty… I ten, który właśnie podszedł do niej z lewej strony i wziął ją pod rękę. Czując, jak serce przyspiesza jej do galopu, spojrzała w lewo, na jego uśmiechniętą twarz…
Sokka nie powiedział ani słowa, były one bowiem zbędne. Trzymając ją pod ramię, poprowadził ją wzdłuż barwnego korowodu weselników. Stąpali po płatkach kwiatów, a wokół czuło się wszechogarniającą atmosferę szczęścia… W uszach dudniły jej bębny. Bębniarze nie przestawali w nie uderzać, choć pot ściekał im z twarzy. Nie mogli, bowiem uderzanie w bębny odstraszało złe duchy, które zawsze gromadziły się między ludźmi podczas ważnych wydarzeń… Jednak ona nie zwracała uwagi na nic prócz Sokki. Nie mogła oderwać spojrzenia od jego błękitnych oczu tak wyraźnie odcinających się na tle ciemnej skóry…
- To zupełnie tak, jak w moim śnie! – zorientowała się ze zdumieniem. – A więc to prawda! Mahdotonta zsyła jednak prorocze sny!
Sokka uśmiechnął się do niej czule. Chwycił ją jeszcze mocniej i poprowadził naprzód.
Luioh nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Że to się dzieje naprawdę. Że idzie do ślubu, prowadzona przez Sokkę, a jej rodzina i przyjaciele wiwatują na jej cześć. Nawet jej matka przybyła – wiadomym tylko sobie sposobem dowiedziała się o ślubie córki i wraz ze swoim taborem Mahdotontów przybyła do Azunethii, aby towarzyszyć jej w tym najważniejszym momencie w życiu.
Azunethka niemal namacalnie czuła jej wsparcie. Ekscytację jej ludu. Byłaby potknęła się albo zemdlała, gdyby nie silne ramię Sokki.
Jego dłoń zsunęła się niżej, gdy tylko dotarli do specjalnie przygotowanego podestu. Podał rękę Luioh i uniósł ją do góry, pomagając pannie młodej wejść na górę…
Tam, gdzie czekał na nią Jinsen, który ujął jej dłoń swoją prawą dłonią, poczerniałą i pomarszczoną od płomieni ognia. Nie dało się jej już do końca uzdrowić – została taka, przypominając obojgu o tym, co był w stanie poświęcić, aby tylko odnaleźć ukochaną.
Stanęli naprzeciw siebie. Laneth, wódz Klanu Pierwszego, drżącym ze wzruszenia głosem wypowiedział ceremonialne formuły. Para młoda uklękła, a wtedy podeszła do nich opiekunka Azula. Nałożyła na ramiona obojga stuły w barwach czterech żywiołów. Był to zwyczaj Mahdotontów, ale Azuneci nie zmienili go.
Potem do Luioh i Jinsena podszedł jeszcze Laneth. W ręku miał dwie pozłacane ślubne tiary. Ta, którą nałożył siostrze, wyglądała niczym rozchodzące się promienie słońca. Umocowany do niej pustynny klejnot spoczął na czole młodej kobiety. Kolejna z tiar, męska, znalazła się na głowie Jinsena – była mniejsza niż kobieca, a pozłacane promienie krótsze.
Wreszcie wstali z klęczek, trzymając się za ręce.
Spojrzeli sobie w oczy.
- Nareszcie – wyszeptał Jinsen. – Kocham cię, moja żono.
- I ja ciebie też, mężu – odparła. Nie była to żadna oficjalna formuła, lecz to, co właściwie czuli.
A potem pocałowali się tak, że aż wszyscy się zarumienili.
Luioh była pewna, że wybrała mądrze, decydując się na ślub z Jinsenem, a nie z Sokką. Obaj ją kochali… Ale Katara miała rację. Luioh już dawno temu dokonała wyboru, tylko po prostu nie zdawała sobie z tego sprawy. Odkąd tylko poznała Jinsena, poczuła to coś, co każe człowiekowi zatrzymać się i wziąć za rękę. A tamtej nocy przed opuszczeniem Ayano wraz z dostawcami, kiedy nachyliła się nad Sokką, aby go pocałować, w ostatniej chwili zrezygnowała. Nie mogła tego zrobić. Gdyby wtedy złożyła na jego ustach pocałunek, to nie byłoby już odwrotu. Pocałunki nie były obietnicami, ale tamten spełniałby taką rolę… Nie zrobiła tego jednak: wróciła do swej sypialni i włożyła na palec pierścień w kształcie smoka pożerającego własny ogon. Wtedy jeszcze wierzyła, że Jinsen ją zdradził… Ale nawet mimo to nie potrafiła o nim zapomnieć. Nie potrafiła przestać go kochać…
Rozległy się głośne brawa. Dudnienie bębnów nie ustawało ani na moment. Sokka z dumą patrzył na swoją uczennicę.
Był taki szczęśliwy, gdy widział, jak się uśmiecha.
I cieszył się, że dokonała słusznego wyboru.
Kochał ją i ona jego też. Żadne z nich zapomniało o tym, co ich łączyło. Sokka jednak cieszył się, że to z Jinsenem Luioh postanowiła się związać. Czuł ulgę, że jemu nie złożyła takiej propozycji. Nie dlatego, że by tego nie chciał… Po prostu musiałby wtedy jej odmówić. Była od niego młodsza. Taka czysta i niewinna. A on? Był przegranym mężczyzną po przejściach. Nie zasługiwał na kogoś tak wspaniałego, jak Luioh… W uszach zabrzmiały mu wypowiedziane w celi słowa nieżyjącej już Nuo Cheng. Jesteście dla siebie stworzeni, ale nic z tego nie będzie. Stara kobieta miała rację.
Najbardziej niepokojąca była jednak myśl o tym, co by się stało, gdyby Luioh jednak wybrała jego, a nie Jinsena. Gdyby przyszła do niego, rzuciła mu się na szyję i wyznała, że to z nim chce spędzić resztę życia. Że powinni założyć rodzinę. Że on może zacząć z nią wszystko od nowa…
Wiedział, że powinien wtedy odmówić.
Ale nie był pewien, czy byłby w stanie.
I dlatego był niezmiernie wdzięczny losowi, że oszczędził mu tego dylematu.
Ceremonia ślubna dobiegła końca…
A przynajmniej tak się wszystkim wydawało.
W chwili, gdy Luioh i Jinsen chcieli zejść z podestu, Azula powstrzymała ich.
- Zaczekajcie. Mamy jeszcze jedną młodą parę.
Wszyscy zgromadzeni odwrócili głowy i ujrzeli, jak pośrodku szpaleru idzie kolejna para w odświętnych, weselnych strojach: Eirlys i Fineth.
- Mamo! Tato! – Jinsen wytrzeszczył oczy ze zdumienia. To nie mogło się dziać naprawdę!
- Twój plan się powiódł – zaśmiał się Laneth. – Stara miłość nie zardzewiała.
Jinsen mógł się już tylko uśmiechać.
Był dziś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!
Po zaślubinach drugiej młodej pary wszyscy zeszli z podestu, aby przyjąć gratulacje zgromadzonych.
- I co teraz? – zapytał Jinsen swojej żony.
- Wrócimy do Ayano.
Eirlys i Fineth zasmucili się.
- Nie zostaniecie z nami w Azunethii?
- W Ayano ja i Sokka założyliśmy szkołę walki – wyjaśniła Luioh, posyłając swemu mistrzowi uśmiech. – To jest dzieło naszego życia i nasze największe marzenie. Nie możemy go tak po prostu zostawić.
Sokka poczuł ulgę. A więc miał jakiś cel w życiu… A to wszystko dzięki Luioh. Czy kiedykolwiek będzie w stanie się jej odwdzięczyć? Ona go uratowała. Ona oderwała go od dna.
- To świetnie się składa – ucieszył się Meiji Feng, podchodząc do nich z Renną. – Ponieważ Ayano potrzebuje władcy. Jako Król Ziemi nie mogę pozwolić, by takie piękne miasto na moich ziemiach zmarniało. Pragnąłbym, by był to ktoś, kogo znam i komu ufam. Ktoś, kto byłby dobrym królem… Sokka, myślę, że to powinieneś być ty. masz już doświadczenie wodza Południowego Plemienia Wody oraz Króla Biegunów.
- Jestem zaszczycony – odparł wojownik, składając głęboki ukłon. – Ale myślę, że jest ktoś, kto bardziej nadaje się na to stanowisko. Ktoś, kto nieomal nie stracił życia w walce o wolność Ayano. Ktoś o czystym sercu i wzorowej moralności. Ktoś dobry i odważny… Ktoś, kogo Ayańczycy już zdążyli pokochać.
Sokka spojrzał na Luioh.
Wszyscy spojrzeli.
Meiji Feng z zadowoleniem pokiwał głową.
- Przyjmuję twoja propozycję – oznajmił. – Luioh z Klanu Pierwszego! Oficjalnie mianuje cię Przewodniczką Ayano!
Dziewczyna szeroko otworzyła usta ze zdumienia. Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć.
- Kto? Że niby ja? Ale ja… Królu, ja nie… – język jej się plątał. Jakim cudem nie mogła wycedzić ani słowa?!
- Jesteś urodzoną przywódczynią, córko – odezwała się nagle Shivali. – Już najwyższy czas, byś wypełniła swoje przeznaczenie.
Luioh nabrała głębokiego oddechu. Czy to był sen?
Ukłoniła się przed Meiji Fengiem z szacunkiem.
- Zgadzam się, Królu Ziemi – odparła oficjalnie. – Zgadzam się zostać Przewodniczką Ayano.
Wszyscy uśmiechnęli się z zadowoleniem i zaczęli bić brawo.
- Mam jednak pewne zastrzeżenie – rzekła Luioh. – Żądam, aby Ayano otrzymało taką samą autonomię, jak Omashu.
Król Ziemi wytrzeszczył na nią oczy. Wszyscy zaniemówili.
- Czyżbyś już pożałował wyboru? – zaśmiała się Renna, szturchając męża w bok.
Ten tylko się uśmiechnął.
- Dobrze – zgodził się. – Ale nie mogę pozwolić na to, by w twoim ręku spoczywała cała władza, dlatego też rozkazuję ci powołać Radę Przewodniczącą złożoną z najbardziej zasłużonych mieszkańców oraz Izbę Poselską, która będzie reprezentować interesy zwykłych mieszkańców.
- Niech i tak będzie – zgodziła się Luioh.
Podali sobie ręce.
- To lubię: twarde negocjacje, z których nic nie rozumiem! – zaśmiała się Rikabu ku rozbawieniu pozostałych. – Dajcie głośniej muzykę! Idziemy tańczyć! Ja zamawiam pana młodego!
Jinsen już chciał gdzieś uciec, ale ku jego zdumieniu Rikabu pociągnęła za rękę Finetha.
Wszyscy poszli tańczyć. Luioh poczuła dotyk czyjejś ręki na ramieniu.
- Hoa! Tak się cieszę, że przybyłaś na mój ślub, przyjaciółko.
- Nie mogłam tego przegapić – odparła. – Ale wiesz co…
Nachyliła się nad Luioh i szepnęła jej cicho do ucha:
- Jeśli kiedykolwiek poczujesz, że masz dość, i zatęsknisz za czymś innym… Zapragniesz odmiany… To wiesz, gdzie mnie szukać.
Azunethka poczerwieniała gwałtownie, patrząc, jak Hoa oddala się, kołysząc biodrami, i jak ktoś porywa ją do tańca.
- O co jej chodziło? – zdziwił się Jinsen.
Luioh spojrzała na Sokkę, a on na nią.
I wybuchnęli tak gromkim śmiechem, że aż dudnienie bębnów nie było w stanie ich zagłuszyć.

***

W drodze powrotnej do Ayano mijali Ba Sing Se.
- Jesteś pewien, ze chcesz to zrobić? – spytała po raz ostatni Luioh.
- Tak. Muszę – odparł zdecydowanie. – Dla nich i dla siebie. Najwyżej pozbierasz po wszystkim moje szczątki, dobrze?
Westchnęła. Wcale nie było jej do śmiechu.
- Powodzenia – rzuciła tylko.
Dom Aanga i Toph znajdował się w Górnym Pierścieniu, w najbogatszej dzielnicy. Ucierpiał nieco podczas porodu Toph, ale szybko zajęto się jego odnową.
Sokka przypomniał sobie dzień, w którym tak jak dziś zapukał do drzwi. Wtedy był innym człowiekiem. Był w niewoli pożądania, które doprowadziło go na samo dno. Zamiast jechać na wyspę Kyoshi i spróbować uratować małżeństwo, przyjechał tutaj. Co on sobie wyobrażał? Chciał porwać Toph jak ci wszyscy bohaterowie durnych romansów i zacząć z nią nowe życie. Chciał uciec i ukryć się, aby nie dosięgnął ich gniew Avatara…
Ale dziś był już innym człowiekiem.
Drzwi otworzył mu Aang.
Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Odkąd Katara uświadomiła go, że Avatar wie o jego romansie – że wiedział od samego początku, że widział to, co zaszło… Tamtą przeklętą noc, sok z kaktusa i Sadzawkę Projekcji… Sokka zorientował się, że jest skończonym idiotą. Po co on tu przyszedł?
- Co zrobisz najpierw? – zapytał trwożnie. – Uderzysz mnie? Utopisz? Zabijesz? Masz do tego pełne prawo. Nie będę protestował.
- Wejdź – odparł sucho Aang.
Zdumiony Sokka wszedł do środka.
- Spójrz mi w oczy – poprosił Aang.
- Uderz mnie – poprosił. – Zlej mnie tak, żebym nie mógł się podnieść… Dobrze? Ale nie każ mi patrzeć ci w oczy. Słyszysz?!
Sam nie wiedział, kiedy zaczął krzyczeć. Powinien wyjść. Wyjść jak najprędzej…
- Sokka – powiedział Aang cicho. Z bólem. – Wybaczam ci.
- To jakaś sztuczka? Czegoś takiego nie da się wybaczyć. Nie można wybaczyć. Jestem… jestem okropny. Zdradziłem ciebie, Suki… Zawiodłem wasze zaufanie. Ja… Nie jestem godzien wybaczenia. Nie możesz mi wybaczyć, Aang! – krzyknął. – Możesz mnie uderzyć. Zadać mi ból, tak, jak ja tobie! Wtedy będziemy kwita. Nie będziesz musiał mnie więcej oglądać. Zniknę z twojego życia… I z jej życia też. Bo jestem głupcem. Skrzywdziłem was… Tak… Tak tego żałuję! Gdybym mógł cofnąć czas… I być z Suki, z dziećmi… To nigdy…
Sokka nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. W jednej chwili krzyczał, w drugiej płakał… Tracił panowanie nad sobą.
I wtedy Aang podszedł do niego i objął go po przyjacielsku, pokrzepiająco.
- Czasu nie cofniesz – rzekł. – Ale nie rób tego więcej. Wybaczam ci, przyjacielu.
- Dlaczego? – nie rozumiał. – Dlaczego to robisz, Aang? Nikt nie jest na tyle dobry, by wybaczyć coś takiego. Nawet ty. Zwłaszcza ty! Jesteś cholernym Avatarem! Mógłbyś zmieść mnie z powierzchni ziemi!
- I żyć dalej w cierpieniu? Mam go już dość. Po co powodować kolejne? Nie wolno mi szerzyć nienawiści. Jedynym, czego pragnę, to to, by Toph była szczęśliwa. Gdyby zechciała, to pozwoliłbym jej odejść z tobą.
- Nie zatrzymałbyś nas?
- Nie. Ale Toph podjęła inną decyzję – zakończył z niespodziewanym uśmiechem. – Już dosyć, Sokka. Chodź na górę. Chcę pokazać ci moje dzieci. I Toph też pewnie będzie chciała z tobą porozmawiać.
- O nie – Sokka zaprotestował gwałtownie. – Lepiej nie. Ja już sobie…
- Chciałeś przede mną uciec?
Głos Toph zaskoczył go. Nawet nie usłyszał, kiedy zeszła po schodach! Stała przed nim z dwójką dzieci na ramieniu. Była taka niska, taka chuda… A mimo to trzymała bliźnięta, jakby nie ważyły więcej od piórka!
Aang wziął je z ramion żony.
- Urocze, prawda? – zagadnął.
Toph rzuciła się Socce na szyję i przytuliła go. Przez chwilę wspomniał to, jak kiedyś jej bliskość działała na niego. Oszałamiająco i odurzająco… Przypomniał sobie ich wspólne chwile.
Nie czuł jednak żalu. To był błąd, coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć.
- Przepraszam – wyszeptał. – Czy ty też mi wybaczysz?
- Wygląda na to, że tak – zaśmiała się. – Miejmy to już za sobą, Sokka. Wszyscy wszystko wiedzą, wszyscy sobie wszystko wyjaśnili… Pora na nowy rozdział w życiu. Prawda?
- Prawda – zgodził się, kiwając głową z głębokim przekonaniem. – Pora na nowy rozdział.

 

P.S. To, co spotkało Luioh w tym rozdziale, jest z medycznego punktu widzenia niemożliwe. Ale… to w końcu fantastyka, prawda? ;) A Luioh zasłużyła na lepszą przyszłość. Ciekawa jestem, czy spodziewaliście się takiego zakończenia i czy podobnie jak Katara przewidzieliście, jaką decyzję podejmie Azunethka… Ale na ostateczne podsumowanie przyjdzie jeszcze czas – Toph i Sokka powiedzieli, że pora na nowy rozdział. I ten rozdział się pojawi, bo choć to już ostatni rozdział Wybaczenia, to przed wami jeszcze epilog! Zachęcam was do przypomnienia sobie opowiadania Ciemność z zeszłego roku  – epilog będzie z nim powiązany.

~Painted Lady

Rozdział 33 – Finał igrzysk, Część II

Nim całkowicie pochłonie was najnowszy rozdział, chciałabym zachęcić was do obejrzenia mojego nowego filmiku z Asami Sato w roli głównej. To moja ulubiona żeńska postać z Legendy Korry. Ta dziewczyna straciła wszystko. Zdradził ją nie tylko chłopak, lecz i ojciec. Mimo to Asami pozostała silna, idąc przez życie jako uczciwa i pełna współczucia osoba… I to właśnie dlatego tak bardzo ją uwielbiam :) Piosenkę, którą usłyszycie – Tragedy Christiny Perri – po raz pierwszy usłyszałam jakieś trzy dni temu. Od razu skojarzyła mi się z Asami: delikatna i elegancka, lecz równocześnie wzruszająca i silna. Choć nie planowałam robienia filmiku, to po prostu musiałam – nie potrafiłam słuchać tej piosenki bez wyobrażania sobie losów Asami.

Filmik możecie obejrzeć tutaj:

YOUTUBE

TUMBLR

~Painted Lady

 

Furkocząca maszyna przelatywała nad Królestwem Ognia z głośnym hukiem. Całym latającym pojazdem mocno telepało. Wszyscy pasażerowie co i raz wywracali się na siebie, nie mogąc utrzymać równowagi.
- Zginiemy tu! ZGINIEMY! – wrzeszczała Rikabu, w panice biegając po pokładzie.
- Czy ty w ogóle masz pojęcie, co robić?! – krzyknął Jinsen, dopadając siedzącego i majstrującego przy sterach Linga, wynalazcę maszyny ochrzczonej mianem Smoka 1.
- J-ja… – zająknął się mężczyzna, wciskając na chybił trafił jakieś kolorowe przyciski – Ja nigdy nie testowałem Smoka 1…
- CO?!
- Nie miałem jak i kiedy! – usprawiedliwił się.
- No to pięknie! – wkurzył się Laneth. – Kapitan nie wie, co robi…
- Nad wszystkim panuję! – zapewnił Ling. Maszyna zaprzeczyła jednak jego słowom, mocno i gwałtownie przechylając się na bok.
- Czy mówiłam już, że tęsknię za Appą? – jęknęła Katara.
- Jakieś pięćdziesiąt razy – zauważyła złośliwie Azula.
- Przestańcie – Zuko miał już wszystkiego dosyć. Co się działo? Lecieli w środek puszczy, aby ratować Sokkę i Luioh, mając jedynie słowo Jinsena, który zapewniał, że oni naprawdę tam są i że grozi im niebezpieczeństwo. Władca Ognia i tak już zbyt długo zabawił w Królestwie Ziemi. Musieli jak najszybciej wracać do domu. Poza tym znowu zostawili Kenaia samego, tym razem w Ba Sing Se. Chłopak bardzo chciał lecieć, ale nie pozwolili mu. Był to rozsądny zakaz, ale jak to wytłumaczyć nastolatkowi? Z pewnością poczuł się gorszy od Renny, która przecież poleciała. A taka zazdrość między rodzeństwem nigdy nie kończyła się dobrze…
- Zwolnij! – krzyknął Jinsen, szarpiąc za rękaw Linga. – To tutaj!
- Tutaj? – zdumiał się mężczyzna. Pozostali natychmiast podbiegli do pulpitu sterującego i spojrzeli na to, na co i on spoglądał: nie na mapę, lecz na jakiś nadajnik mieniący się różnymi kolorami.
- Technika – prychnął Laneth. – Stara, dobra mapa najlepiej się sprawdza. Tu przecież nic nie widać!
- Bo nic tu nie ma – wyjaśnił Ling. – Tylko las. Nadajnik nic nie wykrywa…
- Mówię wam, że to tutaj! To miasto jest ukryte pod koronami drzew. Jeśli zlecimy niżej, to zauważycie…
- Jeśli zlecimy niżej, to rozbijemy się o drzewa! – zaprotestował głośno Meiji. – Nie możemy tak ryzykować! Na pokładzie są kobiety…
- Ja nie boję się ryzyka – warknęła Renna, uciszając męża. – To ty powinieneś się bardziej obawiać o swoje życie. Jesteś przecież królem!
Dziewczyna przepchnęła się i stanęła tuż obok Jinsena.
- Co radzisz? – spytała.
- Musimy obniżyć lot i skierować się tutaj – powiedział, wskazując na jakąś zieloną plamę na nadajniku. – Mamy na pokładzie magów ognia. Jeśli się wychylą i podpalą te liście…
- Nie! Cały las zająłby się ogniem! – zaprotestował Meiji.
- To może magowie ziemi się przydadzą – podsunęła Rikabu. – Usuną parę drzew… Tak dla pewności, żebyśmy na nie nie wpadli i nie nadziali się na gałęzie. A potem…
- A potem przebijemy się przez ten kamuflaż i wlecimy prosto do miasta – dokończył Jinsen.
- To szaleństwo! – tym razem to Laneth miał wątpliwości. – Jeśli tam jest miasto, to wlecimy na jakieś zabudowania! I co wtedy?
Nagle nadajnik zaczął wydawać jakiś piskliwy dźwięk. Wszyscy aż zatkali uszy.
- Wyłącz to! – wrzasnął Zuko do Linga.
- Mieliście rację! Tam coś jest! – wynalazca nawet go nie usłyszał. – Jakieś zabudowania! A w miejscu, które wskazał pan Jinsen, jest jakieś pole… Coś jakby naturalny amfiteatr… Tam możemy wylądować!
- Coraz mniej z tego rozumiem – Meiji pokręcił głową. Do ostatniej chwili miał wątpliwości, czy to całe miasto naprawdę tam jest. Jak to możliwe? W jego królestwie było coś, o czym nie wiedział?
- Dobrze – oznajmił Laneth. – W takim razie usuńmy parę zbędnych drzewek.
Meiji Feng skinął porozumiewawczo głową. Machnął ręką i wezwał kilku gwardzistów, którzy władali magią ziemi. Ustawili się wszyscy przed wyjściowym włazem i otworzyli go.
- Uważajcie! – ostrzegła ich Katara.
Laneth wyszedł pierwszy, podsadzając się rękoma. Najpierw wyłoniła się jego głowa, a później tułów wraz z resztą ciała. Poczuł we włosach mocne podmuchy wiatru.
- Chodźcie! – ponaglił.
Kilku magów ziemi łącznie z Meijim wyszło na zewnątrz maszyny latającej. Trzymając się mocno metalowych rur i barierek, skupili się na drzewach, które najbardziej zasłaniały im widoczność. Były bardzo wysokie i stare, a ich pnie niebywale grube – do powalenia jednego drzewa potrzebnych było kilku magów.
- Na trzy! – krzyknął Laneth. – Raz… Dwa… Trzy!
Dwa drzewa wraz z korzeniami wyrwały się z ziemi i przewaliły się na pozostałe.
- Jeszcze tamte dwa! – wskazał Meiji.
Powtórzyli ruchy.
Wtem Smok 1 zachwiał się niebezpiecznie, a wszyscy magowie ziemi zsunęli się z dachu maszyny, krzycząc głośno. W ostatniej chwili chwycili się metalowej rury.
- Trzymajcie się! – krzyknął Meiji i wolną ręką użył magii metalu na jednej z blach okrywających kadłub. Ta przesunęła się bliżej, wsuwając się pod ich nogi i ratując ich od upadku.
- Podajcie ręce! – krzyknął Zuko, który wychylił się z włazu. Wraz z kilkoma innymi żołnierzami wciągnęli magów z powrotem na pokład.
- Mało brakowało, a bylibyście spadli! – krzyknęła Renna, podbiegając do Meijiego. – Miałeś uważać, idioto! – dodała troskliwie.
- To nie nasza wina! Miej pretensje do Linga! – żachnął się Laneth, przytulając do siebie Azulę. – To on nie potrafi sterować!
- Do mnie?! Zerwaliście mi obudowę z kadłuba! – oburzył się mężczyzna. – Czy wiecie, ile czasu ją przyspawałem?!
- Zamilcz, człowieku – uciszył go Jinsen. – Lądujemy!
Smokiem 1 ponownie mocno szarpnęło. Nadajniki zapiszczały chaotycznie.
- Straciłem kontrolę! – jęknął Ling. – Spadamy!
Spanikowany wynalazca puścił ster, podczas gdy maszyna pędziła w dół.
- Wszyscy do włazu! – rozkazał szybko Zuko. – Musimy opuścić pokład, nim się rozbije!
- Jak?! – odkrzyknęła przerażona Renna.
- Chyba znów przyda nam się magia ziemi… Laneth, Meiji, szybko! Zróbcie coś!
- Ale co?!
- Wiem! – Rikabu ponownie wpadła na pomysł. – Zjeżdżalnie!
- CO?!
- Takie, jak w Omashu! Użyjcie magii ziemi, wychylcie się na zewnątrz i wznieście je, żebyśmy mogli po nich zjechać! Lady Katara i księżniczka Renna zamrożą je, żebyśmy mogli zjechać po lodzie…
- To… – Jinsen już chciał powiedzieć, że głupie, ale nie mógł. – Genialne – rzekł tylko, chwytając Rikabu za rękę, bo Smokiem 1 znowu mocno potrząsnęło. – A teraz biegnijmy!
Maszyna spadała w dół. Nadajniki szalały. Stracili wszelką widoczność, gdy kadłub przebił się przez korony drzew, o których mówił wcześniej Jinsen. Liście zasłoniły przód maszyny, a gałęzie przebiły szybę…
I wtedy spostrzegli, że nie są już w lesie.
Byli w mieście.
A Smok 1 spadał na jakąś wielką, piaszczystą arenę…

Sokka sam nie wiedział, co takiego mówił, gdy Luioh otrzymała śmiertelny cios. Co takiego krzyczał. Natychmiast podbiegł do dziewczyny i uklęknął, równocześnie urywając kawałek szaty i przyciskając go do rany Luioh, aby zatamować upływ krwi… Ale ona wciąż leciała. Szmata już po paru chwilach nasiąknęła krwią i zrobiła się cała czerwona…
- Luioh – wyszeptał, płacząc.
Wtem jakby z oddali usłyszał czyjeś krzyki. Coś huknęło głośno, a ludzie podnieśli się z trybun w panice.
Spojrzał w górę. Oślepiło go światło. Korony drzew, pod którymi ukryte było Ayano, zniknęły gdzieś. Jakaś wielka, warcząca maszyna spadła z nieba prosto na arenę. Nim zajęła się ogniem, wyskoczyli z niej ludzie. Magowie wody, magowie ziemi… I magowie ognia…
Wtem rozpoznał Katarę.

- Skaczemy! – Katara i Renna jako jedyne nie potrzebowały utworzonej z ziemi zjeżdżalni – nabrały wody ze swoich bukłaków, formując z nich falę, na której uniosły się i opuściły pokład. Odbiegły jak najdalej pędzącego w dół statku.
Laneth, Meiji i reszta magów ziemi szybko wzniosła zjeżdżalnie. Katara i Renna natychmiast pokryły je cienką warstwą lodu, po którym wszyscy w ostatniej chwili zjechali. Dosłownie w ostatniej – Smok 1 z głośnym hukiem wbił się w ziemię i wybuchnął, zajmując się ogniem. Zuko i jego gwardziści szybko poskromili żywioł, ochraniając resztę przed pochłonięciem przez płomienie.
Rozejrzeli się.
- Jinsen… Miałeś rację – wydukał zdumiony Meiji. – To jest… miasto – wymamrotał, obejmując wzrokiem trybuny i spanikowanych ludzi biegających we wszystkie strony, przerażonych tym, co właśnie zobaczyli. Krzyczeli coś o końcu świata…
Król Ziemi spojrzał na Jinsena, ale tego już przy nim nie było – pobiegł prosto między jakichś obcych żołnierzy będących na arenie, wyciągając ku nim miecze.

Jinsen biegł jak szalony. Czuł, że ona tam jest. Że go potrzebuje… Że musi się pospieszyć…
- Do ataku! – krzyknęli będący na arenie żołnierze, rzucając się na niego i resztę.
Wtem detektyw ujrzał Sokkę. Stał pośrodku obcych sił z mieczem w ręku, cały uwalany krwią. Jeden z żołnierzy zamachnął się na niego…
To był tylko krótki moment. Jinsen poczuł wiele sprzecznych uczuć.
Sokka.
Nie lubił go. Może nie nienawidził, ale na pewno nie darzył sympatią. To on zawsze stawał na drodze między nim a Luioh. To on zawsze z nią był. To przez niego zawsze wpadała w tarapaty…
Ale jeśli Luioh dowie się, ze pozwolił mu zginąć, to nigdy mu tego nie wybaczy.
Krzyknął głośno i wpadł między Sokkę i żołnierza, odpychając napastnika i raniąc go ostrzem.
- Dzięki – wymamrotał zdumiony Sokka, dysząc ciężko. – Jinsen… Muszę ci powiedzieć…
Ale chłopak już go nie słuchał.
Zobaczył ją.
Czas stanął dla niego w miejscu. Wokół szalała bitwa. Żołnierze z ukrytego miasta nacierali na siły Króla Ziemi, Władcy Ognia i wodza Klanu Pierwszego Azunethów. Były to siły niewielkie, ale waleczne, zdolne do poświęcenia…
Ledwo był świadom tego, co robi. Jakimś cudem żaden cios go nie dosięgnął, kiedy szedł w stronę leżącej na ziemi Luioh. Jej długie, złotorude włosy rozlały się wokół niej. Igrały w nich promienie słońca…
Dopiero po chwili zaczął biec, nie zwracając najmniejszej uwagi nie tylko na otoczenie, ale też na drżenie warg i łzy, które pociekły mu po policzkach.
Uklęknął i wziął ją w ramiona.
Była blada. Jej usta były sine. Z przeszytego boku lała się krew.
A na palcu miała pierścień, który jej podarował.
- Spóźniłem się – wychlipał. – Przepraszam, Luioh. Przepraszam, że nie było mnie z tobą… Że nie zdołałem cię uratować…
Miał ochotę drzeć się wniebogłosy. Ryczeć z żalu. Rozwalić wszystko i wszystkich. Obwiniać każdego.
Zamiast tego wziął ją w ramiona i wstał powoli, unosząc dziewczynę. Jej głowa, ręce i nogi zawisły bezwładnie. Niemal przelewała mu się przez ramiona…
Ruszył przez pole bitwy, nie zważając na nic. Musiał przenieść ją w bezpieczne miejsce.
I tylko czasem ktoś przerywał walkę, aby na niego spojrzeć. Nikt się jednak nie odezwał. Nikt mu nie przeszkodził.
Pozwolili mu przejść.

- Sokka! – Katara odparowała nacierającego na nią strażnika Yuuty, używając wodnego bicza, i podbiegła do brata.
- Czy Suki jest z wami? – zapytał od razu z nadzieją.
- Nie – odparła smutno Katara. – Nie było czasu…
- A Aang? A… Toph?
- Nie. Toph dopiero co urodziła dzieci. Bliźnięta…
Mężczyzna wstrzymał oddech.
- Nie twoje – wyjaśniła szybko Katara.
Sokka wypuścił powietrze z płuc.
- Jakim cudem…? – zapytał, ale urwał w połowie. Nie było czasu na wyjaśnienia…
Wolniacy, którzy wcześniej przebywali z nim w więzieniu, wydostali się z trybun i odebrali strażnikom miecze, aby stanąć do walki. Walczyli teraz na arenie według taktyki Sokki, którą przedstawił im przed walką z tygrolwami…
Spojrzał w górę, w kierunku loży Przewodnika.
Była pusta.
- Uciekł! – syknął.
- Kto?
- Tym miastem rządzi Yuuta. Jest niski i chudy, ma ciemną skórę i włosy… – wyjaśnił szybko. – Ty i Renna musicie go dorwać. On jest magiem wody… Wnukiem Hamy. Zna magię krwi.
- C-co…?!
- Musicie go zabić – rzekł Sokka, kładąc dłonie na ramionach siostry. Dopiero wtedy Katara zauważyła, że ma czerwone od płaczu oczy. Że łzy, które rozmazały mu piach na policzkach, jeszcze dobrze nie wyschły. – On jest mordercą. Zabił wielu ludzi… I… Luioh…
Jej imię z trudem przeszło mu przez gardło. Nie był w stanie nawet o niej myśleć, bo zalewała go tak wielka fala bólu, że najchętniej wskoczyłby na własny miecz i zakończył to cierpienie…
Jeśli za coś kochał siostrę, to właśnie za jej wyrozumiałość. Nie zadawała zbędnych pytań – skinęła tylko głową.
- Gdzie?
- Wyjdźcie z areny i skierujcie się do pałacu. Biegnijcie do podziemi, do basenu… Ale pospieszcie się – ponaglił. – Bo inaczej ten tchórz ucieknie z miasta przez kanał…
Pięści zadrżały mu mocno. Sam chciałby dorwać Yuutę. Osobiście… Ale nie miałby z nim szans. Jeśli ktoś mógł go pokonać, to tylko Katara i Renna… Jego powinnością było zostanie na arenie i poprowadzenie wolniaków do bitwy.
- Renna! – Katara głośno zawołała córkę walczącą u boku Meijiego. – Chodź!
Podbiegła natychmiast.
- Musimy wydostać się z areny – powiedziała i wyjaśniła szybko cel.
Pobiegły szybko, mijając walczących i odpychając ich ciosy. Zuko i Meiji osłaniali swoje żony. Pobiegliby za nimi, ale musieli zostać i walczyć ze swoimi ludźmi – tak, jak Sokka, u którego boku walczyła teraz Hoa. Młoda kobieta dowodziła magami wody z Mglistych Bagien, zagrzewając ich do walki.
Zuko chciał zapytać, skąd oni się tu wzięli, ale nie było na to czasu.
Czas był tylko na śmierć.

Renna i Katara szybko wbiegły do pałacu, ślizgając się po wypolerowanej posadzce. Nie było w nim żadnych strażników – wszyscy walczyli na arenie.
- Tędy! – wykrzyknęła księżniczka, dostrzegając pochylający się w dół korytarz. Nie myliła się – kiedy otworzyła drzwi, ujrzała prowadzące na dół strome schody. Wokół czuć było wilgocią…
- Szum wody – zorientowała się Katara. – To tutaj!
Szybko zbiegły po schodach. Kiedy znalazły się na dole, rozejrzały się wokół. Stały nad niewielkim basenem wypełnionym czystą wodą…
Basenem, nad którym stał mężczyzna w czarnej szacie z niebieskim płaszczem.
- Yuuta – zrozumiała Katara natychmiast. – Wnuk Hamy. Jesteś do niej podobny…
- Kogo ja tu widzę – wysyczał mężczyzna. – Lady Katara, zdrajczyni własnego ludu. Ta, która oddała się Władcy Ognia… I jej córka, księżniczka Renna. Dwie morderczynie.
- Co? – oczy Katary rozszerzyły się ze zdumienia. – Jak śmiesz! My…
- Czy skłamałem? – zapytał retorycznie, idąc spokojnie wzdłuż krawędzi basenu. – Jesteście morderczyniami. Matka i córka. Dobrze wiem, że to ty, Kataro, zabiłaś Ozaia. Nikt inny… Tylko ty. A twoja córka zgładziła niewinną kobietę… Nawet tutaj, do mojego ukrytego miasta, dotarły te wieści. Szerzyły się niczym… zaraza – zaakcentował mocno, unosząc z basenu strumyczek wody.
Renna i Katara zareagowały natychmiast – też użyły magii i uformowały wąskie bicze.
- Co tak nerwowo? – zdziwił się Yuuta, pozwalając wodzie na powrót opaść do basenu.
- Skąd wiesz, że to ja zabiłam Ozaia? – zapytała Katara ostro. Musiała wiedzieć! Przecież to była tajemnica!
Przewodnik zaśmiał się.
- To proste. Znasz magię krwi. Każdy, kto ją zna, już nigdy nie będzie czysty. Już zawsze będzie skażony… Bo każdy mag krwi to urodzony morderca. To nam jest najprościej zadać ból. Nam jest najprościej zabić… I dlatego jesteśmy do siebie podobni.
- Nieprawda! – krzyknęła Renna. – Nie mamy z tobą nic wspólnego!
- Nie, księżniczko? Przecież ty też znasz magię krwi. Też nauczyłaś się jej od mojej babki. Też zabijałaś z jej pomocą…
- Nie zrobiłam tego celowo – wysyczała. – To był wypadek…
- On cię prowokuje, Renna – uspokoiła córkę Katara. – Nie słuchaj go.
- Powinniśmy współpracować – kontynuował Yuuta. – Trójka potężnych magów krwi. Razem zastraszylibyśmy każdego…
- Sądzisz, że tylko strach poddanych daje władzę? – zapytała Katara. – Mylisz się, Przewodniku. Jest coś więcej. To nie strach, lecz miłość poddanych jest kluczem do utrzymania władzy.
- Aleś ty głupiutka – zadrwił. – Miłość poddanych? I może jeszcze nadzieja, o której zawsze wspominasz we wszystkich legendach, jakie o tobie kiedykolwiek słyszałem? Nie, Kataro. To nie miłość. To nawet nie podziw czy autorytet. To strach. Czysty strach… Każda władza opiera się na przemocy. To podstawowa zasada. Legitymizacja władzy następuje wtedy, gdy ludzie dobrowolnie zgadzają się na przemoc… Pewnie byś o tym wiedziała, gdybyś była lepiej wykształcona. Ale ty jesteś tylko wieśniaczką, która poszła do łóżka z największym wrogiem naszego narodu!
- Milcz! Nie jesteś nawet z plemienia wody! – odkrzyknęła Renna. – Urodziłeś się w Królestwie Ognia! Sokka nam powiedział!
- To tak, jak ty – zauważył. – Mag wody z Królestwa Ognia. Wiecznie obcy, wiecznie pogrążony w wewnętrznym konflikcie tożsamości… Czy mam rację? I jak możesz mówić, że nie mamy ze sobą nic wspólnego? Mamy, Renna. Mamy bardzo wiele wspólnych cech.
- ZAMILCZ! – wrzasnęła księżniczka. Straciła już cierpliwość do tego mordercy. – Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo się różnimy. Dam ci przykład!
Uniosła ręce w sposób, w jaki zrobiłby to lalkarz wprawiający w ruch sznurki przywiązane do marionetki, i poruszyła palcami, skupiając się na jednostajnym szumie krwi Przewodnika. Słyszała ten szmer, choć cichy, gdzieś z tyłu głowy. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale to się po prostu działo – w chwili, w której otworzyła się na drugą osobę i otworzyła wewnętrzne oko, potrafiła wyczuć przepływającą w żyłach krew. Nawet, gdyby przymknęła powieki, wiedziałaby dokładnie, gdzie stoi jej matka, a gdzie Yuuta. Słyszała bowiem krew napędzającą ich do życia…
Kiedy ostatnim razem używała magii krwi? Wolała o tym nie myśleć.
Wykonała gwałtowny ruch rękami, a Przewodnik zatoczył się, przerażony niewidzialnymi sznurkami przywiązanymi do swoich członków. Jego ręce wykręciły się. Wrzasnął z przerażenia.
- To niemożliwe! – wychrypiał. – Przecież nie ma pełni księżyca… Nie ma nawet nocy!
- I tym się właśnie różnimy – wysyczała. Niemal widziała jego naczynia krwionośne, wszystkie pęcherzyki płucne… To było takie łatwe. Mogła sprawić, by jego krew popłynęła szybciej. By wytrysnęła gwałtownie, powodując krwotok wewnętrzny. By zupełnie się zatrzymała…
- No dalej! – krzyknął Przewodnik. – Zabij mnie! Zabij mnie tak, jak tamtą dziewczynę! Zrób to! Jesteśmy tacy sami. Zabijanie magią krwi jest takie proste!
- Renna… – oczy Katary rozszerzyły się z przerażenia. Mówiła jeszcze coś, ale córka jej nie słyszała. W uszach słyszała jedynie szum krwi…
Nagle przypomniała sobie Saminę. Jej ciało nadziane na widły, przekłute i broczące krwią… I te oczy. Blade, niewidzące oczy, świdrujące ją oskarżycielskim spojrzeniem…
Gwałtownie opuściła ręce i zachwiała się. Przewodnik zwalił się na posadzkę.
- Ja… – wymamrotała Renna. Była przerażona. Przerażona samą sobą…
Przez chwilę chciała go zabić, a myśl o tym sprawiła jej przyjemność.
Nie była człowiekiem. Była potworem…
Matka podtrzymała ją. Usłyszała pusty śmiech Yuuty.
- Jesteś zbyt słaba, by mnie zabić – rzucił jej prosto w twarz. – Jesteś tchórzem.
Wargi Renny zadrżały, a oczy zrobiły się dziwnie wilgotne. Czuła się jak śmieć. Jak robak…
- Nikt nie będzie nazywał mojej córki tchórzem! – krzyknęła Katara, unosząc sporych rozmiarów falę i uderzając nią prosto w Przewodnika.
I wtedy rozpoczęła się walka.
Yuuta przetoczył się szybko, podparł o krawędź basenu i również uformował falę, którą skierował prosto na matkę i córkę. Kobiety krzyknęły i uciekły na boki, odwzajemniając po chwili jego cios. Było im ciężko. Przewodnik był wyśmienitym magiem wody. Przez wiele lat uczył się od samej Hamy, która znała wszelkie tajemnice tego żywiołu przechowywane przez Południowe Plemię Wody. Ani Katara, ani Renna jeszcze nigdy nie miały okazji zmierzyć się z kimś równym sobie we władaniu magią wody. A może nawet lepszym? One były dwie, a ledwie dawały radę unikać jego ciosów. Przewodnik zepchnął je do defensywy, a sam nacierał tak, jakby była to najprostsza rzecz pod słońcem. Walczył ofensywnie, formując z kropel wody najrozmaitsze kształty, obłapiające Katarę i Rennę ze wszystkich stron. Nie czekając nawet na ich odpowiedź, wzniósł ścianę z lodu i skruszył ją w miliony lodowych odłamków, posyłając je w stronę kobiet. Te nie miały wyjścia – rzuciły się na posadzkę, osłaniając głowy, i przycupnęły za jednym z kamiennych maszkaronów, z którego ust woda wlewała się do basenu.
- On ma przewagę – stwierdziła Katara. – Już nie wiem, co robić! Same go nie pokonamy…
Renna zacisnęła oczy.
- Mam pewien pomysł – wyartykułowała z trudem. – Ale… Ale nie pomyśl o mnie źle, mamo. Dobrze? Ja nie jestem taka. Nie jestem… Nie myślę jak morderczyni. Nie jestem…
- Powiedz, córeczko – poprosiła, starając się, by jej ton zabrzmiał uspokajająco.
Renna westchnęła jeszcze parę razy.
- Ciało człowieka w większości składa się z wody – powiedziała. – Bez niej nikt nie byłby w stanie przeżyć. Myślę, że gdyby pozbawić jego ciało wody… Wtedy go pokonamy.
- Ale jak to zrobić? – nie pojmowała Katara.
- Wyobraź sobie, że nie jest człowiekiem. Że jest rośliną. Że jego ręce są konarami, a włosy liśćmi… I że można wysączyć z niego wodę tak, jak z rośliny. Tak, jak uczyła cię Hama… I jak ty mnie nauczyłaś.
Katara szeroko rozwarła oczy ze zdumienia, kryjąc przerażenie.
Ale tylko na moment.
- Nie wiem, czy to się uda – powiedziała. – Skóra to nie liść. Nie wiem, czy woda przesączy się przez nią tak łatwo… Ale musimy spróbować. Nie mamy nic do stracenia. Ja to zrobię – zadecydowała szybko. – I poniosę wszelkie konsekwencje.
Renna popatrzyła na nią ze zdumieniem.
- Mamo…
- Ty zatrzymasz go tylko w jednym miejscu. Użyj magii krwi – rozkazała. Na jej obliczu malowała się determinacja.
Wiedziała, że musi to zrobić. Pomysł Renny był straszny… Nieludzki. Ale i dobry. Ale jej córka… Nie była słaba. Tylko strasznie ciężko to wszystko znosiła. Gdyby zabiła Yuutę, nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Nie wybaczyłaby sobie, choć był mordercą, a jego śmierć była jedną drogą ratunku! I dlatego Katara postanowiła zrobić to za nią. Renna powinna pozostać niewinna… Tak niewinna, jak się tylko da. Nie powinna mieć już więcej ludzkiej krwi na rękach. To by ją zniszczyło, zniszczyło tę cienka powłokę samokontroli, którą udało jej się wypracować.
Nie można było tego zaprzepaścić.
Ostrzał Yuuty nie ustawał. Lodowe odłamki sypały się na nie z góry. Kamienny maszkaron nie dawał wystarczającego schronienia…
- Teraz! – krzyknęła Katara.
Renna wychyliła się zza maszkarona, podczas gdy jej matka odwróciła uwagę przeciwnika, atakując go wodnym biczem z przeciwnej strony. Yuuta zbyt skupił się na odparciu jej ataku i zapomniał o czającej się Rennie, która uniosła ręce i unieruchomiła go z pomocą magii krwi. Wrzasnął, próbując się wyrwać z jej mocy, i zaszamotał się wściekle.
- Zmieniłaś zdanie?! – zaszydził. – Zabijesz mnie jednak?!
- Nie – Katara nie dała dojść córce do słowa. – Ja to zrobię.
- Ty?! – zaśmiał się Przewodnik opętańczo, ignorując groźne błyski w oczach Katary. – Łagodna lady? Filantropka? Ta, która nieustannie wygłasza przemowy o nadziei?
- Czasami trzeba zrobić to, co konieczne – odparła cicho. Ten szept był bardziej przerażający od krzyku. – A ja nie zawaham się przed zrobieniem tego, co trudne i słuszne.
Oczy Yuuty wytrzeszczyły się ze zdumienia, gdy ujrzał, jak Katara unosi ręce, marszcząc czoło w skupieniu. Początkowo nic się nie działo – ciałem Przewodnika wstrząsnęło parę dreszczy. Próbował się wyrwać z mocy magii krwi, ale Renna trzymała go mocno.
I wtedy ciało mężczyzny oblał pot. Zimny pot, w którym dało się wyczuć woń panicznego strachu.
Ale to nie był zwyczajny pot. Zamiast kilku kropelek pojawiło się ich tysiące. Yuuta w parę chwil zrobił się cały mokry. Jego ciało otoczyła przeźroczysta mgiełka pary, która parowała z lejącego się strumieniami potu. Krzyknął rozpaczliwie, ale Katara pozostawała niewzruszona. Para zgęstniała wokół Przewodnika, a pod jego stopami utworzyła się spora kałuża. Jego skóra straciła naturalny, brązowawy koloryt – pojaśniała, ściągnęła się, popękała z wysuszenia w wielu miejscach. Yuuta w kilka chwil postarzał się o dziesiątki lat. Jego czoło pokryło się zmarszczkami, a fałdy skóry zafalowały, rozpaczliwie starając się utrzymać w sobie wodę. Zgarbił się i skurczył w sobie – upadł na posadzkę, niepodtrzymywany już dłużej przez Rennę. Resztki wody wyparowały z jego ciała, pozostawiając jedynie porzucone na krawędzi basenu truchło – ni to człowieka, ni to potwora, małego, pomarszczonego i wysuszonego karła.
Katara opuściła ręce, dysząc ciężko.
A potem spojrzała na to, co zrobiła.
Wyprostowała się, dumnie unosząc podbródek do góry. Kiedy Renna wreszcie na nią spojrzała, odrywając przerażony wzrok od tego, co pozostało z Yuuty, ujrzała swoją matkę w zupełnie innym świetle.
To nie była słabiutka, płaczliwa dziewczynka. To była silna, zdecydowana i bezwzględna kobieta, nie wahająca się przed niczym i będąca w stanie zrobić wszystko, aby uratować tych, których kocha. W jej niebieskich oczach gorzał ogień. Kąciki ust nawet jej nie drgnęły. Stała tak, niepokonana, z ostrym spojrzeniem wbitym w resztki Przewodnika leżące na posadzce.
Renna po raz pierwszy pomyślała, że jest naprawdę podobna do matki.
I że wszystkich najczarniejszych cech charakteru wcale nie odziedziczyła tylko po ojcu.
Czuła strach.
Ale i szacunek.
Katara wreszcie spuściła głowę, spoglądając na córkę. Napięcie zniknęło. Wyglądała na umęczoną.
- Nie myśl o mnie źle – poprosiła, bezwiednie powtarzając słowa Renny.
Dziewczyna dopiero wtedy spostrzegła, że cofnęła się ze strachu aż pod samą ścianę. Jej matka potrafiła być naprawdę groźna i bezwzględna… Kiedy tylko tego chciała.
Uspokoiła oddech. Równocześnie ruszyły w swoją stronę i objęły się czule, po raz pierwszy czując bezgraniczne zrozumienie i jedność.

Walka na arenie trwała bez przerwy. Cywile już dawno pouciekali z trybun i poukrywali się w swoich domach. Zostali tylko strażnicy Przewodnika oraz ci, którzy z nimi walczyli: wolniacy, lud z Mglistych Bagien, gwardia Króla Ziemi, gwardia Władcy Ognia oraz tych kilkunastu wojowników z Azunethii, którzy pod wodzą Lanetha walczyli za swoją rodaczkę. Każdy, kto w tej chwili wszedłby na trybuny – choć nie było takich śmiałków – ujrzałby w amfiteatrze zmaterializowany chaos. Wszystkie żywioły, nie licząc powietrza, stanęły przeciw sobie. Woda i ogień, ziemia i ostrza mieczy – wszystko to wirowało w śmiertelnym tańcu, nie ustając ani na moment.
Siły nie były jednak wyrównane. Ciasny pierścień służb bezpieczeństwa Ayano otaczał wrogów coraz szczelniej, nie dając im szans odwrotu. Przeważali liczebnie. Ich było nieco ponad dziewięć tysięcy, a siły wolniaków i ich sprzymierzeńców były o połowę mniejsze. Na początku bilans wyglądał jeszcze gorzej, ale do przybyłych z odsieczą dołączyli ci ze strażników, którzy zbuntowali się przeciw tyranii Przewodnika i w tym decydującym starciu stanęli po stronie uciśnionych.
Ale wciąż było ich mniej.
Przegrywali.

Katara i Renna niemal równocześnie zerwały się na równe nogi, słysząc bulgotanie i dostrzegając ruch w basenie. Szybko uformowały wodne bicze, by zaatakować… i wtedy ujrzały, jak z wody wyłania się odziany jedynie w liście mężczyzna.
A za nim kolejni współplemieńcy obu płci władający magią wody.
- Huu! – Katara z trudem rozpoznała mężczyznę, którego widziała tak wiele lat temu na bagnach. – Wy… Przedostaliście się kanałem!
- Dzięki medytacji pod świętym drzewem, zorientowałem się, że dzieje się coś złego – wyjaśnił. – Nasi ludzie nie wracali… A ja wyczułem przemoc. Cała puszcza aż jęczała z bólu… Czas, w którym plemię z Mglistych Bagien nie mieszało się w sprawy świata, skończył się. Pora zmienić przebieg tej bitwy!
Uniósł do góry rękę i wydał z piersi bojowy okrzyk, zagrzewając swoich do walki.
Wtem potknął się.
- Co… – wymamrotał, odsuwając się od wysuszonego truchła, które zaplątało mu się pod stopami.
- To Yuuta, Przewodnik Ayano. Poznajcie się – oznajmiła bezczelnie Renna. W jej głosie pobrzmiewało obrzydzenie, ale i satysfakcja.

W chwili, w której nadzieja zaczęła opuszczać serca nawet najwytrwalszych wolniaków, losy bitwy uległy zmianie. Kiedy magowie wody wkroczyli na arenę, pełni sił i niewyczerpani walką, na yuutystów padł blady strach. Próbowali się im przeciwstawić, ale ich szeregi topniały, a oni sami padali już ze zmęczenia. W końcu skapitulowali, a połączone siły wolniaków i całej reszty zatriumfowały nad Ayano.