Rozdział 15 – Ostatnia noc

Swoim zwyczajem usunęliśmy wszystkie śmieci w kąt. Później szykowaliśmy się już do spania. Gdy miałam już na sobie koszulę nocną, stanęłam przy tablicy korkowej i popatrzyłam na nią ze smutkiem. Po chwili podszedł do mnie Tahno.
- Bardzo szlachetnie postąpiłeś z tym mopem – pochwaliłam go.
- Przecież wiesz, że to nic wielkiego.
Teraz on też smutno wpatrywał się w kalendarz.
- Pamiętasz pierwszy dzień? – spytał, wskazując kartkę ze skreśloną jedynką. – Poznaliśmy wtedy Zuko, kłóciliśmy się o mleczko do demakijażu, nauczyłaś mnie „Deszczowego tańca”. Zarąbiście było.
- Drugiego dnia – tym razem to ja się odezwałam – Byliśmy na zakupach, mocno się pokłóciliśmy i wieczorem na przystanku autobusowym pierwszy raz mnie pocałowałeś. Od tej pory jesteś dla mnie kimś wyjątkowym.
- Trzeci dzień to był dzień walki o mop! Poznaliśmy prawdziwą tożsamość Starego, Kianna przyjechała i uratowała nam życie. Od tego dnia jestem w tobie zakochany.
- Naprawdę? Dzień później ode mnie. No, ale w końcu czwartego dnia pierwszy raz całowaliśmy się tak na serio… Byliśmy na koncercie Equalistów i spędziliśmy noc w areszcie…
- … a piątego dnia poznałaś Mako, a ja się naćpałem. Ty zemdlałaś i ta noc upłynęła w szpitalu.
- Szóstego dnia poszłam na randkę z Tajemniczym Strażnikiem, tak wtedy nazywałam Mako.
- Razem z Amonem i Kianną cały czas cię śledziliśmy! Gdyby ich ze mną nie było, to Mako już dawno dostałby ode mnie z półobrotu! Wkurzył mnie gość! Zresztą ty trochę też mnie zdenerwowałaś.
- Ale wszystko dobrze się skończyło! A nawet bardzo dobrze… – rozmarzyłam się na wspomnienie naszych miłosnych wyznań.
- W sumie to tak, ale i tak nie lubię tej Fretki. Że też Mako musiał wprosić się dziś na melanż, cham jeden!
- Impra przy dźwiękach muzyki dance z rodziną Zuko na parkiecie. Git po prostu.
- Wierz mi, krewnych Zuko nie było w planie! Zresztą ja tak naprawdę nie lubię tej muzy, wolę The Avatars.
- Tez lubisz The Avatars? Co za ulga! Bo ja już myślałam…
Zaczęliśmy się śmiać. Po chwili jednak ucichliśmy, bo Kianna i Amon już spali, a nie chcieliśmy ich obudzić. Tahno drżącą ręką skreślił siódemkę w kalendarzu. Długopis wyleciał mu z ręki. Oboje schyliliśmy się, by go podnieść, i walnęliśmy się centralnie głowami.
- Auu! – jęknęłam. Tahno też. Gdy sięgnęliśmy rękami po złośliwy długopis, nasze dłonie spotkały się.
- Przez te siedem dni zrozumiałam wiele rzeczy. Zmieniłam się. Na lepsze.
- Ja chyba też – stwierdził Tahno w odpowiedzi na moje wyznanie. – I wiesz co? Nie zdejmę tych kartek. Będą tu wisiały aż do czasu, gdy znów tu przyjedziesz i gdy znów będę musiał skreślać kolejne kartki. Mam tylko nadzieję, że tym razem będzie ich więcej.
- To brzmi jak zaproszenie, Tahno.
- Bo to jest zaproszenie – odpowiedział. Nagle coś przyszło mi do głowy.
- Pamiętasz statystyki? Jest remis, 2:2.
Nawet nie zdałam sobie sprawy, że zabrzmiało to jak prowokacja. Mimowolnie położyłam się, a Tahno wylądował na mnie z triumfującym uśmieszkiem. Wyobrażacie sobie pewnie, jak to jednoznacznie wyglądało.
- Teraz jest już 3:2. Dla mnie. Wygrałem – powiedział Tahno, po czym zaczęliśmy się całować. Oboje wiedzieliśmy, że na następne takie zbliżenie będziemy musieli długo czekać, więc cieszyliśmy się każdą chwilą. Leżeliśmy na podłodze (zresztą i tak Kianna z Amonem zajęli kanapę). Było cudownie.
- Kocham cię. Może brzmi to banalnie, ale naprawdę cię kocham – wyszeptał.
- Ja ciebie też. Ale związki na odległość się nie sprawdzają. Nie możemy być razem – wszystko to powiedziałam bardzo szybko, bo doskonale zdawałam sobie sprawę, że to był dla Tahno bolesny cios. Ale co innego mi pozostało?
- Rozumiem. Wiesz, zaskoczyłaś mnie taką dojrzałą decyzją. Masz dopiero siedemnaście lat.
- A ty dziewiętnaście. To duża różnica.
- Tak, ale dziewiętnaście i dwadzieścia jeden lat to już prawie nic. Zresztą spójrz na Kiannę i Amona: różnica między nimi jest o wiele większa, a jak się kochają!
- Myślisz, że będziemy razem aż tak długo?
- Nawet, jeśli nie, to i tak cię nie zapomnę. Zawsze będziesz w moim sercu. Nawet wtedy, gdy będę miał jakąś głupią laskę pokroju Mehty.
- Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.
- Ja też.
Już nawet nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Jedno wiem na pewno: Tahno był przy mnie całą noc. Czułam go. Czułam jego ciepłe ciało, jego pocałunki.
I pomyśleć, że następną noc spędzę bez niego, w innym kraju. W innym świecie. W innej rzeczywistości.

 

EPILOG

Nie opisuję pożegnania, bo pożegnania zawsze są smutne i bolesne, nawet jak na komedię romantyczną. Powie tylko, ze po Amona przyjechali kumple z zespołu (Kianna wzięła od wszystkich autografy). Po mnie i Kiannę przyjechali moi rodzice. A teraz? Kianna i Amon są ze sobą w kontakcie, o ile wiem, Amon został oskarżony o pedofilię i siedzi w kiciu. Ale oboje i tak się kochają. Ja opowiedziałam Celli i Sassi o wszystkim. Na szczęście okazało się, że Sassi się odkochała i Tahno jej się znudził. A propos Tahno, to piszemy do siebie listy. Jeśli dobrze pójdzie, to spotkamy się w moje urodziny. Do tego czasu mogę go do woli zdradzać z chłopakami pokroju Mako, a on mnie z kaskami typu Mehty. Ale spoko, nie zrobimy tego. Przynajmniej na razie…

 

P.S. I tym oto sposobem dotarliśmy do końca… Cóż, Siedem dni było zdecydowanie inne od opowiadań, które zwykłam publikować. Uznałam, że jest wprost idealne na wakacje – lekkie, łatwe i przyjemne. I do tego całkiem śmieszne! Dlatego też postanowiłam się nim z wami podzielić, choć sam tekst powstał wiele lat temu. Mam jeszcze parę takich starych historii w zanadrzu i być może podzielę się nimi na Tumblrze, żeby nie zaśmiecać tego bloga opowiadaniami niezwiązanymi ze światem Avatara.

I co teraz? Na dzień dzisiejszy nie mam nawet jednej linijki w Wordzie, którą mogłabym się pochwalić. Musicie uzbroić się w cierpliwość – pomysł jest, chęci są. Brakuje tylko – jak zwykle! – czasu i dogodnych warunków do pisania. Muszę też poważnie pomyśleć nad wypełnieniem luk w fabule, choć zanosi się na to, że po prostu zacznę pisać, licząc, że w trakcie coś przyjdzie mi do głowy ;)

Już jakiś czas temu w komentarzach napisałam, co z grubsza planuję, ale pozwolę sobie zacytować samą siebie także i tutaj.

O czym będzie nowe opowiadanie? Będzie to historia pomostowa między Legendą Aanga a Legendą Korry opisująca ostatnie kilkanaście lat przed narodzinami nowej Avatar (oczywiście nie rok po roku, tylko najważniejsze wydarzenia). I… to na razie byłoby na tyle. Nie chcę zdradzać więcej. Mogę wam tylko powiedzieć, że jeśli to opowiadanie będzie napisane w moim znanym przez was stylu – magia, miłość, przyjaźń, trudne decyzje, dorastanie, umieranie, dziedzictwo, przeszłość, przyszłość… To brzmi tajemniczo, ale przykro mi – musicie poczekać! I oczywiście całość można będzie potraktować jako AU – wydarzenia będą nawiązywać do moich poprzednich tekstów oraz do Legendy Korry. I choć według kanonu raczej byłyby niemożliwe, to i tak chcę je opisać… Pojawi się też kilku starych bohaterów, a także kilku nowych, których – mam nadzieję – pokochacie :)

Jak zwykle chciałam też serdecznie podziękować każdemu, kto zatrzymał się na mojej stronie choćby przez moment i przeczytał cokolwiek. Jesteście cudowni! Bardzo was cenię i zależy mi na tym, by moimi tekstami dostarczyć wam jak najwięcej pozytywnych emocji. Liczę na to, że jeszcze się nie rozstaniemy. Czeka nas jeszcze długa droga!

W oczekiwaniu na nowe opowiadanie możecie odwiedzić niedawno powstałe forum dla wszystkich fanów A:TLA i LoK. Polecam i pozdrawiam gorąco!

~Painted Lady

Rozdział 14 – Melanż

Obudziłam się. Kianna i Amon jeszcze spali, a Tahno gdzieś zniknął. Siódmy zmysł podpowiadał mi jednak, że powinnam szukać go na balkonie. I rzeczywiście, był tam.
Podeszłam do niego od tyłu i zakryłam mu oczy dłońmi.
- Tahno, zgadnij, kto to!
- Mehta, kochanie, to ty?
Natychmiast się od niego odsunęłam.
- Frajer – powiedziałam z głębokim przekonaniem. Tahno zwyczajnie się zgrywał.
Odwrócił się w moją stronę. Palił papierosa.
- Świetnie, Tahno. Gratuluję. Dragi, pety, co jeszcze?
- Nie jestem nałogowym palaczem. Owszem, zdarza mi się od czasu do czasu, ale…
Wytrąciłam mu papierosa z ręki.
- W mojej obecności nie będziesz palił. ZROZUMIANO?
- Taak, o-oczywiście – odparł ze strachem Tahno. Jak chcę, to potrafię być groźna. Lepiej, żeby nikt nie próbował mnie wkurzać.
- Wiesz co – zagadnął Tahno jak gdyby nigdy nic – Pomyślałem sobie…
- Pomyślałeś?! Chyba raczej znów się naćpałeś.
- W przeciwieństwie do tego twojego Ognistego Szczura potrafię myśleć! – wkurzył się Tahno.
- To była Ognista Fretka – poprawiłam go.
- Wszystko jedno. No więc organizuję dziś imprezę pożegnalną. Dla… ciebie.
Zaskoczył mnie.
- Och, Tahnusiu ty mój, jesteś taaki cudowny! – powiedziałam tonem słodkiej idiotki.
- Wiem. Ale dzięki, że mi przypomniałaś.
- Nie dość, że cudowny, to jeszcze skromny! Drugiego takiego jak ty chyba bym nie znalazła.
- Drugą Korrę tez byłoby trudno znaleźć.
- To miał być komplement?
- Tak! Dobrze mi poszło?
- Doskonale – czułam się trochę jak mamusia, która chwali dziecko za to, że nauczyło się korzystać z kibelka.
- Dzięki – odparł Tahno i już chciał mnie pocałować, lecz się odsunęłam.
- Wybacz, ale śmierdzi ci papierosami z gęby.
Tahno odsunął się i uśmiechnął do mnie.
- Chyba jednak nie znalazłbym drugiej takiej dziewczyny, jak ty – powiedział i poszedł się myć. I jestem pewna, że szczególnie uważnie wyszorował zęby.
Niemalże cały dzień zleciał nam na przygotowaniach do imprezy. Gdy wszystko było już gotowe, Tahno powiedział:
- No to zaczynamy party! Łuhuuu! – i włączył płytę Council 5.
- Eee, młody, włącz coś normalnego – rzekł zdegustowany Amon.
- Normalnego? – zdziwił się Tahno. No tak, przecież on nie wie, co to znaczy.
- Amon, pasuje ci Crazy Lieutenant? – spytał nieśmiało.
- Masz płytę Crazy Lieutenanta? Tę najnowszą?
- No jasne!
- No to super! Teraz to dopiero nazywa się impreza! Tak! – i oboje zaczęli skakać i udawać Crazy Lieutenanta.
- Ło raju, Amon, lubisz Crazy Lieutenanta?! – krzyknęła Kianna z przerażeniem.
- Tak! Kocham go!
- Ale przecież ty grasz metal! I jesteś satanem!
- To nie znaczy, że nie lubię muzyki dance! I jakbyś nie wiedziała, zespół Crazy Lieutenanta jest moim ulubionym!
Ani ja, ani Kianna nie spodziewałyśmy się czegoś takiego. Nasi dreammani lubią muzykę dance. Ciekawe, czy słuchają też disco polo i techno? Ale tego już wolę nie wiedzieć. Popatrzyłyśmy na siebie. Wiedziałyśmy, że nie mamy innego wyjścia.
- No cóż… Czego się nie robi z miłości – powiedziała Kianna tonem samobójczyni i zaczęła tańczyć z chłopakami. Chcąc nie chcąc, dołączyłam do nich. I wiecie co? Wcale nie było tak źle! Przynajmniej mogliśmy się powygłupiać! Zaraz… Przecież my cały czas się wydurniamy… W takim razie musiałabym jeszcze mocniej pomyśleć nad znalezieniem dobrych stron. Ale teraz mi się nie chce. I dedicated my life to youuu! (to fragment hitu Crazy Lieutenanta).
W pewnym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Pójdę otworzyć – powiedział Tahno, który nagle przypomniał sobie, że jest gospodarzem. Przybiegł po chwili i wyszeptał z przerażeniem:
- T-to Z-Zuko… J-ja n-nie otworzę…
- W takim razie my to zrobimy. Chodź, Kianna! Do boju! – rzekłam wojowniczo. W drzwiach ujrzałyśmy Zuko.
- Dobry wieczór, dziewczęta – przywitał się. – Robicie prywatkę i nie zaprosiliście sąsiada? Przecież wiecie, że zabawa bez Zuko to zabawa stracona!
- Skoro pan tak sądzi, to proszę – powiedziałam i przepuściłam go.
- Łuhuuu, idziemy! – rzekł Zuko.
- Idziemy?! Jest was więcej?! – krzyknęła Kianna. Po chwili otrzymała odpowiedź. Za Zuko weszła chyba cała jego rodzina. Każdy jej członek trzymał w ręku mop lub przepychacz – w zależności od poziomu zaawansowania. Wśród tych ludzi był także Iroh, znany mi i Kiannie.
Jeśli wcześniej myślałyśmy, że ten melanż to obciach, to byłyśmy w błędzie. Teraz to dopiero była krwawa jatka! Iroh miał ze sobą płytę The Fartbenders, więc domyślacie się, przy jakiej muzie się bawiliśmy. W pewnym momencie Tahno stanął na środku z paczką papierosów i spytał:
- Kto chce zajarać?
- Ja – zgłosił się Iroh. – Muszę mieć jeszcze bardziej męski głos, tak jak mój idol, Bumi.
- Nie, Tahno, nie rób tego! Nie zapalaj tego peta! – krzyknęłam.
- Spoko Korreńka, na razie nie będę się z tobą miział – odparł tonem macho i zapalił. Po chwili stało się to, czego się obawiałam: uruchomił się alarm przeciwpożarowy i włączyły się spryskiwacze. Wszyscy byli mokrzy.
- Na drugi raz się mnie słuchaj, Tahno – warknęłam.
- Mam propozycję – powiedział skruszony – Skoro pada deszczyk, to może zatańczymy…
- … „Deszczowy taniec”! – dokończyłam za niego i wszyscy poszli w tany.
Teraz dopiero było fajnie. Naprawdę.
Po jakimś czasie znów zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Amon, czy przypadkiem kogoś nie zapraszałeś? A może to rodzina Zuko zapodała gejom info o melanżu? – powiedziała Kianna z nieukrywaną ironią.
- Chodźmy otworzyć – zadecydował Tahno, zwracając się do mnie, Kianny i Amona. Po poprzednim doświadczeniu bał się iść sam (i wcale mu się nie dziwię). Za drzwiami stali nasi sąsiedzi z dołu, ta babka i jej mąż-goryl.
- Co wy wyprawiacie?! – wrzasnęła tak, że myślałam, że pękną mi bębenki w uszach. – Już dawno po 22:00, a wy tu imprezy urządzacie! No i znów mi i mojemu mężowi kapie woda na łóżko! Ostrzegałam, że jeśli to się powtórzy, to wezwę policję! I dotrzymałam słowa!
- O nie, znowu gliny – rzekł Amon znudzonym tonem. No tak, w końcu zdążyliśmy się już do nich przyzwyczaić. Policjantem, który miał nas zaaresztować, okazał się… Mako. Myślałam, że chcąc się zemścić na mnie i Tahno, zrobi to, ale on tylko zwrócił się do naszych sąsiadów:
- Panuję nad sytuacją. Możecie państwo iść spać.
- Dziękujemy, panie władzo – wymamrotał mąż-goryl. Gdy wraz ze swoją żoną zszedł na dół, Mako wszedł do mieszkania.
- Co to za impreza? – spytał.
- Pożegnalna. Amon jutro rano wyjeżdża na trasę koncertową do Królestwa Ziemi, a ja z Kianną na Biegun Południowy – odpowiedziałam.
- I nikt mnie nie zaprosił? No dobra, nie gniewam się. Ściszcie muzykę, żeby sąsiedzi się nie czepiali i… szalejemy!
Muszę przyznać, że gdy Mako wszedł na imprezę, lepiej się bawiliśmy. Przyjemnie mi było, gdy tańcząc z nim widziałam zazdrosną minę Tahno. By jednak się na mnie nie obraził, zaraz później tańczyłam z nim.
Gdzieś koło północy ludzie zaczęli opuszczać melanż. Rodzina Zuko zabrała gdzieś swoje mopy i przepychacze. Tahno oddał też naszego mopa Zuko w prezencie. Popatrzyłam na niego zdziwiona – przecież tyle o niego walczyliśmy, a on go teraz dobrowolnie oddaje! Tahno, widząc moją minę, powiedział cicho:
- Ja i mój zespół nigdy nie sprzątamy, więc po co nam mop? Oddałem go Zuko, patrz, jaką ma radochę.
Mako pożegnał się ze mną wyjątkowo wylewnie – nawet mnie pocałował. Tahno był cały czerwony z zazdrości i gdy Mako wyszedł, odetchnął z ulgą.

Rozdział 13 – Żar uczuć

Normalnie zapomniałam, że obiecałam na dzisiaj nowy rozdział… Wybaczcie! Kolejny tak kiczowaty tytuł, że aż nie wierzę, że kiedyś wpadłam na coś podobnego… Matko! Ale trudno. Zostaje. Przecież obiecałam.

~Painted Lady

 

Gdy odzyskałam przytomność, byłam już w szpitalu. Koło mnie leżał Tahno. Miał podłączoną kroplówkę.
- Korreńka? Nareszcie się obudziłaś! Tak się martwiłam… Przepraszam, że się wczoraj z tobą kłóciłam, nie musisz spać z Tahno, jak nie chcesz!
Kianna przytuliła mnie. Miała łzy w oczach. Nad nami stał Amon.
- Co… co się stało? – spytałam niezbyt rozgarniętym tonem. Kianna cały czas płakała i nie chciała mnie puścić.
- Może ja ci powiem – zdecydował Amon. – Jak zobaczyłaś wczoraj…
- Wczoraj? – zdziwiłam się.
- Tak, wczoraj, byłaś nieprzytomna przez całą noc. Ale spoko, byliśmy przy tobie.
- Dzięki, jesteście cudowni! I co dalej? Nic nie pamiętam.
- No więc jak dotarło do ciebie, że Tahno się naćpał i mógł umrzeć, to zemdlałaś.
- Lekarka Katara twierdzi, ze to z powodu wielkiego szoku i głębokiej więzi emocjonalnej między tobą a Tahno – powiedziała Kianna. Spojrzeliśmy na Tahno.
- Co z nim? – spytałam.
- Dawka rzeczywiście była śmiertelna, ale na szczęście w porę zareagowaliśmy. Nie wiadomo, czemu to zrobił. Wyjdzie z tego jeszcze dzisiaj.
- Ale ja już się dobrze czuję, więc chyba pójdę się umyć i ubrać – stwierdziłam.
Gdy wróciłam, Tahno już odzyskał przytomność.
- Tahno! Nic ci nie jest? Jak się czujesz? – krzyknęłam radośnie i podbiegłam do niego.
- Na razie wszystko dobrze – uspokoił mnie.
- Jesteś taki blady…
- O to proszę się nie martwić, to tylko kwestia leków. Widzę, że już pani wstała – rzekła Katara, która nagle pojawiła się na sali. – Teraz dam panu Tahno antybiotyk i będziecie mogli wracać do domu.
- Och, dziękujemy! – krzyknęliśmy jednocześnie.
- Nie ma za co, przecież od tego jestem – Katara uśmiechnęła się, dała Tahno lekarstwo i wyszła. Uff…
W domu zachowywaliśmy się jak gdyby nigdy nic. Było dużo śmiechu, żartów. Amon poprosił Kiannę o chodzenie (taki satan, a tu proszę…). Tahno skreślił zaległą czwórkę i piątkę w kalendarzu. Tylko on zachowywał się dziwnie. W ogóle się nie odzywał. Wcale mu się nie dziwiłam – jedna noc spędzona w celi, druga w szpitalu pod kroplówką… Mało brakowało, a by zginął. Być może cały czas był jeszcze w szoku.
Ja jednak, wstyd się przyznać, miałam na głowie zupełnie co innego. Czekała mnie dziś wieczorem randka z Tajemniczym Strażnikiem. Musiałam się odpowiednio przygotować – no wiecie, takie babskie sprawy. Planowałam niepostrzeżenie wymknąć się z mieszkania, ale nie udało się. Zauważyła mnie Kianna.
- Korreńka, gdzie ty idziesz o tej porze? – spytała ze zdziwieniem. Była dwudziesta.
- Ja… muszę trochę pobyć sama – skłamałam i wybiegłam z domu. Byłam już spóźniona. Pomyślałam sobie, że to szaleństwo – w ogóle nie znam tego chłopaka, kto wie, czy nie ma przypadkiem złych intencji? Można powiedzieć, że to taka randka w ciemno. Gdy dotarłam do Narook’s Seaweed Noodlery, Tajemniczy Strażnik czekał na mnie przed wejściem. W cywilu był skejtersko ubrany, miał włosy postawione na żel w delikatnego irokeza i miał piękne, złotobrązowe oczy. Och, dokładnie tak wyobrażałam sobie bohatera mojej ulubionej piosenki Asami Sato „Fire Ferret Boy”!
- Przepraszam za spóźnienie – powiedziałam.
- Nic nie szkodzi! Ja też się spóźniłem, tylko mniej. Ładnie wyglądasz.
- Dzięki – rzekłam z dumą. Mała czarna nigdy nie zawodzi, ha!
W klubie doskonale się bawiliśmy. Co prawda wciąż nie znałam jego imienia, ale tak było ciekawiej. Miałam też dziwne wrażenie, że ktoś nas śledzi, ale nie przejmowałam się tym. Nagle on spytał:
- Ten kolo, który wskoczył na scenę w czasie koncertu Equalistów, to twój chłopak?
Zwlekałam chwilę z odpowiedzią.
- Nie, to mój brat – wymyśliłam genialne kłamstwo, no git po prostu.
Tajemniczy Strażnik chyba zorientował się, że to ściema, ale tylko się uśmiechnął. Koło godziny dwudziestej drugiej opuściliśmy imprezę.
- Ale było fajnie! – stwierdziłam. Szliśmy teraz na koncert. Oczywiście nie wiedziałam, jaki. Gdy byliśmy już przed małą salą koncertową, mój towarzysz powiedział:
- Skończmy z tymi tajemnicami! Jak ci na imię?
- Korra. Jestem z Południowego Plemienia Wody.
- Ja nazywam się Mako.
- Mako? Zaraz… Czy ty nie jesteś przypadkiem… Tak! To ty! Ognista Fretka, wokalista punkowej kapeli The Fire Ferrets!
- O! Znasz mnie?
- Znam twoje piosenki z internetu, imię też! Nie wiedziałam, że tak wyglądasz, więc cię nie poznałam!
- Więc już chyba domyślasz się, na czyj koncert idziemy?
Łał! Koncert The Fire Ferrets! Randka z Fretką! Jestem prawdziwą farciarą!
Mako wskoczył na scenę, wziął do ręki gitarę i zaczął śpiewać, skakać, szaleć. Świetnie się bawiłam, słuchając takich hitów jak „Zawsze tam gdzie fretki” lub „Fretki to nie zabawa już”. Mako co chwila ze sceny puszczał do mnie oko, a ja byłam wniebowzięta. Po jednej z piosenek powiedział publiczności:
- Teraz wykonamy jedyną balladę pod tytułem „Jej piękne fretki”. Poproszę jakąś dziewczynę na scenę… O, może ciebie! – oczywiście chodziło o mnie. Mako wziął mnie za rękę i przysunął do siebie. Później zwrócił się do publiczności:
- Przedstawiam wam dziewczynę, którą poznałem wczoraj zupełnie przypadkowo. I już od tamtej chwili wiedziałem, że to ta jedyna.
Myślałam, że zemdleję. O w mordę! Mako przybliżył się jeszcze bardziej. Wyszeptał „Kocham cię” i chciał mnie pocałować. Publicznie! Czułam się, jak bym brała z nim ślub. Po chwili upewniłam się w tym przekonaniu, bo usłyszałam, jak ktoś z końca sali krzyczy „Nie! Nie zgadzam się!”. Obejrzałam się i… To był Tahno. Kianna i Amon przytrzymywali go, aby nie dowalił Mako. Wiedziałam, że ktoś mnie śledził!
- O, Korra, to chyba twój „brat” – powiedział Mako. – Niczym się nie przejmuj, pocałuj mnie…
Wyrwałam się.
- Wybacz, Mako, ale kocham tylko jednego chłopaka.
Zeskoczyłam ze sceny i wybiegłam z sali, mijając Kiannę i Amona. Tahno był już na zewnątrz – stał pod ścianą budynku i… płakał. Tak! Podeszłam do niego nieśmiało.
- Tahno… Przepraszam cię, przepraszam za wszystko. Nie powinnam była cię wtedy podglądać, to wszystko by się nigdy nie zdarzyło…
- Nie żałuję niczego, od kiedy cię poznałem. No, może tylko tego, że naćpałem się jak głupi…
- Czemu to zrobiłeś?
- W ogóle się do mnie nie odzywałaś, jak wracaliśmy z celi. Myślałem, że wszystko stracone… Byłem załamany. Teraz cię śledziłem, pomyślałem, że to lepsze niż ćpanie. Nie chciałem ciebie stracić.
- Ale… Dlaczego? – spytałam, z trudem powstrzymując łzy. A więc to przeze mnie mógł zginąć!
- Kocham cię. Tak po prostu.
- Nie wiem, czy to takie proste, Tahno…
- Nie jest. Ty przecież kochasz Mako.
- Głuptasie! Kocham ciebie i tylko ciebie! Odkąd się pokłóciliśmy i ty wtedy pocałowałeś mnie na przeprosiny, nie mogę przestać o tobie myśleć. Broniłam się przed tym uczuciem, bo podobasz się też mojej przyjaciółce, Sassi. Ale…
- To było silniejsze od ciebie. Wiem, też to czuję. – Tahno przytulił mnie mocno i wyszeptał: – Już cię nie puszczę. Żaden Mako nie będzie się do ciebie podwalał.
Tym razem to ja przejęłam inicjatywę i zaczęłam go całować. O ile wcześniej w takich sytuacjach czułam ciepło, to teraz był to ogień.
Spostrzegłam Kiannę i Amona – przyglądali się nam nie kryjąc wzruszenia.
Gdy skończyliśmy się całować, zauważyłam również Mako. Podszedł do mnie.
- Przepraszam, Korra. Nie powinienem…
- Jestem ci wdzięczna. Dzięki tobie Tahno wreszcie wyznał, co czuje. Gdyby nie ta nasza randka i twoje wyznanie, pewnie nigdy by się nie odważył.
- Cieszę się, że postrzegasz to właśnie tak. Nie będę wam przeszkadzał. Powiem ci tylko, Tahno – zwrócił się do niego – że masz wspaniałą dziewczynę. Dbaj o nią. Życzę ci powodzenia.
- Dzięki, stary.
Mako odszedł. Ja z Tahno i Kianna z Amonem obejmując się wróciliśmy do domu. Tahno skreślił szóstkę na tablicy korkowej i wszyscy poszli spać. I nie próbujcie nawet dociekać, kto z kim – w końcu mieliście już na biologii pewne tematy… Spoko, przecież żartuję!

 

P.S. Za nami już kulminacyjny moment tej nieprawdopodobnej historii. I wiecie co? Początkowo obsadzenie Mako w roli Tajemniczego Strażnika wydawało mi się bez sensu. No bo Mako? Policjantem? A potem z Comic Con w San Diego dowiaduję się, że w drugiej księdze Legendy Korry Mako będzie kim? Policjantem! Nie no, to kolejny skandal! Serio, ja i Bryke mamy sporo identycznych pomysłów. Podejrzanie za dużo ;)
Mam nadzieję, że dotrwacie do końca opowiadania – jeszcze tylko dwa rozdziały, więc nie pomęczycie się długo!

~Painted Lady